Dzisiejsze zawirowania na scenie politycznej oznaczają zapewne koniec obecnego układu rządzącego. Czy to również kres idei IV Rzeczypospolitej? Taką nadzieję mają zapewne jej przeciwnicy, upatrujący w przyspieszonych wyborach szansy na powrót do "normalności". Sondaże pokazują jednak, że wynik wyborów nie jest bynajmniej przesądzony. Być może zwycięży opcja powrotu do III RP i politycznej "rekonkwisty". Równie prawdopodobne jest jednak to, że czeka nas swoista powtórka z rozrywki, czyli powrót do sytuacji z 2005 roku. Być może znów pojawi się szansa na wielką centroprawicową koalicję. Czy tym razem dojdzie ona do skutku? Trudno powiedzieć, czy po dwóch latach wyniszczających sporów między PiS i PO pozostały jeszcze jakieś możliwości porozumienia. Jeszcze trudniej orzec, co z dorobku ostatnich dwóch lat rządów PiS mogłoby być fundamentem takiego porozumienia.
Od kilku tygodni zastanawiamy się na łamach "Europy" nad oceną tego dorobku. W naszej dyskusji głos zabierali dotychczas socjologowie Henryk Domański i Ireneusz Krzemiński oraz historyk i publicysta Andrzej Nowak. Dziś przedstawiamy opinię znanego historyka i politologa Antoniego Dudka. Jego zdaniem wielka obietnica zawarta w haśle IV RP jeszcze nie została spełniona. Naprawa państwa dopiero się zaczyna. Brak tu na razie spektakularnych sukcesów. Likwidacja WSI, choć cenna, nie może zastąpić zasadniczej reformy sądownictwa, rewizji konstytucji czy reformy finansów publicznych. Jedyną szansą na dokonanie tych reform i na wielki przełom jest wedle Dudka stworzenie frontu polskiej centroprawicy. To ona bowiem jest dziś jedyną realną reformatorską siłą. Jeśli w najbliższym czasie tej wielkiej koalicji utworzyć się nie uda, będzie to świadectwem, że dzisiejsze pokolenie polityków wyczerpało swoje możliwości. Jedyne, co będą mogli zrobić, to przekazać pałeczkę młodym.
p
Jesienią 2005 roku w polskiej polityce dokonał się najgłębszy zwrot od ponad 10 lat, gdy władzę przejęli postkomuniści. Ponieważ zwycięstwo PiS nastąpiło pod sztandarem IV Rzeczypospolitej, a media - uwielbiające chwytliwe slogany i dwubiegunowe konstrukcje - podchwyciły to hasło, wielu Polaków zdaje się dziś wierzyć, że od prawie dwóch lat żyjemy w jakimś innym państwie niż przed 2005 rokiem. Jednak zmiany, do jakich doszło w Pałacu Prezydenckim, kancelarii premiera i parlamencie, stanowiły jedynie wstęp do realizacji projektu głębokiej przemiany ustrojowej, jaka powinna nastąpić, by przyszły historyk mógł odpowiedzialnie napisać, że coś takiego jak IV Rzeczpospolita w ogóle istniało.
Stara prawda głosi, że znacznie łatwiej jest burzyć niż budować. Bilans dwuletnich rządów PiS w pełni ją potwierdza. Braciom Kaczyńskim udało się zrealizować kilka istotnych elementów programu IV Rzeczypospolitej, należących jednak niemal wyłącznie do jego negatywnej części. Po pierwsze, rozbito WSI, które symbolizowały najgorsze patologie III RP. Po drugie, rozpoczęto reformę wymiaru sprawiedliwości, bez naprawy którego nie da się w Polsce w znaczący sposób zmienić żadnej innej sfery funkcjonowania państwa. Po trzecie, zerwano ze sposobem uprawiania polityki zagranicznej symbolizowanym przez takie nazwiska jak Krzysztof Skubiszewski, Bronisław Geremek czy Aleksander Kwaśniewski. Polityki, która wprawdzie miała swoje niezaprzeczalne sukcesy, jak członkostwo Polski w NATO czy UE, ale która równocześnie czyniła z naszego kraju przedmiot w grze toczonej między Berlinem, Brukselą, Moskwą i Waszyngtonem. Po czwarte, rozpoczęto odchodzenie od dominującego w III RP liberalnego modelu polityki historycznej, który zakładał, że państwo uchyla się od aktywnej roli w budowaniu patriotycznej świadomości. Po piąte wreszcie, pierwszy raz od 1989 roku udało się na dłużej osłabić wpływy lewicy w telewizji publicznej, która w Polsce pozostaje daleko ważniejszym narzędziem sprawowania władzy od wszystkich służb specjalnych razem wziętych.
Tym wszystkim, podobnie jak znaczącym wzrostem gospodarczym i spadkiem bezrobocia, lubią się chwalić politycy PiS. Jarosław Kaczyński posunął się nawet do stwierdzenia, że dla samej tylko likwidacji WSI warto było zawiązać koalicję z LPR i Samoobroną. Rzecz jednak w tym, że wszystkie te dokonania zostały okupione niezwykle wysokimi kosztami, a ich pełny bilans stanie się jasny dopiero w perspektywie kilku najbliższych lat. Nie trzeba jednak czekać tak długo, by ocenić, że likwidacja WSI była przedsięwzięciem tyleż widowiskowym, co mało skutecznym. Można natomiast utrudniać związanym z nimi układom personalnym pasożytowanie na strukturach państwa. Dlatego znacznie ważniejsza była koncepcja budowy od podstaw całkowicie nowej służby specjalnej, czyli CBA. Niestety wiele przemawia za tym, że instytucja ta została poświęcona na ołtarzu bieżącej polityki zanim zdołała odnieść jakikolwiek znaczący sukces.
Nie jest też łatwo wskazać spektakularny sukces Zbigniewa Ziobry w walce z prawniczymi korporacjami i trudno nie odnieść wrażenia, że brak mu całościowej wizji zmian w wymiarze sprawiedliwości. To z pewnością najzdolniejszy polityk PiS młodego pokolenia, któremu jednak zdarzało się przedkładać efekt marketingowy nad rzeczywisty sukces instytucjonalny. Najlepiej uwidoczniła to fatalnie rozegrana sprawa warszawskiego kardiochirurga, która spowodowała zapaść w transplantologii i de facto utrudniła walkę z korupcją wśród lekarzy (której rzeczywiste ograniczenie nie jest zresztą możliwe bez równie radykalnych co bolesnych zmian w samym systemie finansowania służby zdrowia). Jednak poziom agresji wobec Ziobry ze strony tych profesorów prawa, którzy tak gorliwie bronią wymiaru sprawiedliwości III RP, zdaje się wskazywać, że udało mu się poruszyć kilka dużych kamieni, i że nie da się już zatrzymać lawiny zmian modernizujących polskie sądownictwo.
Najtrudniej dostrzec korzyści ze zmiany stylu uprawiania polityki zagranicznej. Wprawdzie utwardzenie naszej postawy wobec Rosji uświadomiło niektórym zachodnim politykom o co naprawdę chodzi Putinowi, ale trudno dziś dostrzec jakieś korzyści z ochłodzenia naszych stosunków z Niemcami i przedziwnych zwrotów, jakie towarzyszą relacjom z USA. Jednak wbrew histerycznym głosom tych, dla których wyrocznią są komentatorzy niemieckich czy francuskich gazet, wypada pamiętać, że w polityce zagranicznej trzeba co najmniej kilku lat, by ocenić rzeczywiste rezultaty podejmowanych działań. Podobnej ilości czasu trzeba też, by ocenić skuteczność podjętych przez rząd PiS działań na rzecz dywersyfikacji dostaw ropy naftowej i gazu do Polski. Natomiast nie ulega wątpliwości, że MSZ - mimo lamentów o usuwaniu doświadczonych kadr - dobrze zrobi pokoleniowa zmiana warty. O ile oczywiście w jej efekcie dyplomatów z peerelowskim stażem nie zastąpią działacze młodzieżówki PiS, którzy zamiast kompetencji będą mieli słuszne poglądy.
Relatywnie najlepiej przedstawiają się dotychczasowe dokonania w sferze określanej mianem polityki historycznej. Jednak - co najlepiej pokazał bilans prezydentury Lecha Kaczyńskiego w Warszawie, w którym na pierwszym miejscu wymienia się zwykle utworzenie Muzeum Powstania Warszawskiego - ten obszar był po prostu najłatwiejszy do zagospodarowania. Tu też nie udało się wszakże uniknąć kosztów, wśród których najpoważniejszym było obciążenie hipoteki Instytutu Pamięci Narodowej ciężarem całej operacji lustracyjnej, której skala została zupełnie niepotrzebnie rozbudowana do monstrualnych rozmiarów. W efekcie IPN, który w pierwszej połowie obecnej dekady miał - przy znacznie mniejszych środkach - spore sukcesy w procesie stopniowej odbudowy świadomości historycznej Polaków, dziś traci czas usiłując wybrnąć z labiryntu prawnego, jaki powstał po zmasakrowaniu przez Trybunał Konstytucyjny ustawy lustracyjnej.
Niejednoznaczny jest również dotychczasowy bilans walki o kształt telewizji publicznej. Trudno nie odnieść wrażenia, że sposób, w jaki potraktowano Bronisława Wildsteina, a także niektóre posunięcia jego następcy, świadczą o występowaniu tego samego mechanizmu, który zadziałał w przypadku CBA. Także i tu bieżący interes polityczny - czyli przedłużenie o kilka miesięcy koalicji z LPR i Samoobroną - przesądziły o losie Wildsteina. Patrząc z obecnej perspektywy można się zastanawiać, czy kierownictwo PiS zrobiło rzeczywiście dobry interes.
Zastanawiając się na łamach "Europy" nad bilansem dotychczasowych działań na rzecz stworzenia IV Rzeczypospolitej, Andrzej Nowak stwierdził: "IV RP dotąd nie powstała. Próba jej budowania naruszyła zbyt wiele mocnych interesów". Sądząc po gwałtowności i częstotliwości ataków, jakich celem jest od dwóch lat PiS, a zwłaszcza sami bracia Kaczyńscy, trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia zarówno z przemyślaną kampanią negatywną, jak i zbiorową histerią wielu ludzi, którzy najlepiej czuli się w Polsce administrowanej przez uczestników przyjęć urodzinowych Aleksandra Kwaśniewskiego. Skoro jednak układ sił był i jest taki, jak go opisuje Nowak, to rodzi się pytanie, co kierownictwo PiS dotąd zrobiło, by pozyskać sojuszników do walki o IV Rzeczpospolitą. Nie tych z LPR czy Samoobrony, ale tych, dla których uczynienie Giertycha i Leppera wicepremierami stanowiło przekroczenie moralnego Rubikonu. Prawda jest gorzka. Nie tylko nic nie zrobiło, ale za pomocą kolejnych niefortunnych posunięć - wśród których z pewnością najpoważniejsze konsekwencje miał skrajnie niefortunny sposób rozegrania sprawy lustracji - sprawiło, że gwałtownie wzrosła liczba opiniotwórczych postaci myślących w sposób sprowadzający się do stwierdzenia: "Każdy, byle nie Kaczyńscy". Jednak problem jest znacznie głębszy niż tylko wystraszenie pokaźnej części inteligencji z pomocą zdiabolizowanej przez lewicę lustracji i nieprzemyślanych sloganów o wykształciuchach czy łże-elitach. Trafnie określił go ostatnio wiceprezes PiS i minister kultury Kazimierz M. Ujazdowski, który w artykule zamieszczonym w "Dzienniku" (z 31 lipca br.) napisał, że słabością prawicy jest "nadmierna pragmatyzacja, która utrudnia dopływ do życia publicznego ludzi ambitnych i kompetentnych". Trudno nie zauważyć, że dziś jest to przede wszystkim słabość polityki kadrowej PiS, bo PO - poza magistratami kilku dużych miast na czele z Warszawą - niewiele ma możliwości, by zweryfikować swój personalny pragmatyzm.
Aby IV Rzeczpospolita mogła powstać, potrzebne są - na co słusznie zwracał niedawno uwagę jeden z twórców tego hasła Rafał Matyja - reformy instytucjonalne, wzmacniające i usprawniające państwo, przeprowadzane jednak w taki sposób, by uniknąć jego centralizacji. Oczywistym wstępem do tego, mającym także wymiar symboliczny (a symbole - co najlepiej pokazał Okrągły Stół - są niezwykle ważne), byłoby uchwalenie nowej konstytucji. Nowa ustawa zasadnicza poza wieloma innymi sprawami powinna odrzucić proporcjonalny system wyborczy oraz zmienić obowiązujący obecnie system stanowienia prawa. Na tyle, na ile będzie to możliwe w kraju członkowskim UE, należałoby przy tym dążyć do radykalnego ograniczenia liczby uchwalanych ustaw, podniesienia ich jakości i uchylenia wielu już obowiązujących, z których korzystają głównie urzędnicy. W ślad za tym powinna nastąpić głęboka reforma finansów publicznych, której część musi stanowić zmiana systemu finansowania służby zdrowia, a także likwidacja rolniczego raju podatkowego symbolizowanego przez KRUS. Pożądana jest też rzeczywista (a nie w dużym stopniu pozorna, jak ta z końca lat 90.) reforma szkolnictwa, w tym również wyższego, którym wciąż rządzi korporacja profesorska w większości nieznająca pojęcia konkurencji, bez którego nie można być ani dobrym naukowcem, ani dobrym dydaktykiem. Dokończyć też trzeba - najlepiej z pomocą najbardziej transparentnego mechanizmu giełdowego - proces prywatyzacji i to nie tylko dlatego, że jest to po prostu racjonalne z ekonomicznego punktu widzenia, ale także po to, by przerwać żałosny korowód zmian personalnych w spółkach skarbu państwa traktowanych już bez najmniejszej żenady jako łup kolejnych ekip rządowych, a nawet swoiste lenna poszczególnych ministrów skarbu i ich politycznych patronów. Jednak największe wyzwanie - wykraczające zresztą daleko poza horyzont jednej kadencji parlamentarnej - stanowi obecna zapaść demograficzna, której długofalowe skutki Polska zacznie odczuwać już za kilkanaście lat.
Lista koniecznych reform jest oczywiście dłuższa i od ponad 10 lat nie uległa istotnym zmianom. Problem nie tkwi bowiem w ich określeniu - to zrobiono już wielokrotnie - ale w znalezieniu polityków, którzy będą mieli wystarczający potencjał, by je przeforsować, i odwagę, by czyniąc to, zaryzykować swoją przyszłość. Naturalnie zmian o podobnej skali nie dało się dokonać, dysponując chwiejną większością, jaka istniała w obecnym Sejmie. Potrzebna jest większość konstytucyjna dwóch trzecich i to utrzymująca się przez czas dłuższy niż jedna sesja parlamentu. W tym miejscu dochodzimy do najbardziej newralgicznego punktu, który przesądzi o przyszłości idei IV Rzeczypospolitej, czyli do kwestii ludzi, którzy mają ją zbudować. Reformy nie kończą się wszak na poziomie rządu przygotowującego projekty ustaw czy parlamentu, w którym są one uchwalane. Za reformami muszą stać aktywni ludzie, którzy będą je wcielać w życie i bronić przed nieuchronnymi atakami.
We współczesnej Polsce istnieje wielka proreformatorska siła, która w większości pozostaje całkowicie obojętna na to, co dzieje się na scenie politycznej. Tą siłą jest blisko 9 milionów młodych Polaków z wielkiego wyżu demograficznego lat 80. Większość z nich z Polski nie wyjechała i nie wyjedzie, a wielu z tych, którzy to uczynili, wróci w ciągu kilku najbliższych lat nie tylko z pieniędzmi oraz zdobytym doświadczeniem, ale i z wysoko ustawioną poprzeczką oczekiwań, jak powinno funkcjonować nowoczesne państwo i rządzący nim politycy. Polska prawica z przyczyn historycznych ma dziś po swojej stronie większość pokolenia 40-latków. To im w dużym stopniu swą dzisiejszą pozycję zawdzięczają zarówno PiS, jak i PO. Jednak walka o sympatie polityczne Polaków, którzy weszli w dorosłe życie w ostatnich latach, dopiero się rozpoczyna.
Obecnie piłka jest wciąż jeszcze po prawej stronie boiska. Od dwóch lat sondaże jasno pokazują, że ponad połowa Polaków deklarujących gotowość udziału w wyborach zamierza głosować na PO lub PiS. Równocześnie przywódcy obu tych ugrupowań zrobili niemal wszystko co możliwe, by uczynić ich sojusz niemożliwym. Tymczasem PiS bez wsparcia PO nie zdoła nie tylko zmienić konstytucji, ale - co pokazała historia koalicji z LPR i Samoobroną - przeprowadzić żadnej znaczącej reformy, która naruszałaby interes większej grupy społecznej. Z kolei PO, wchodząc w sojusz z lewicą (opowieści o współrządzeniu z balansującym na granicy progu wyborczego PSL trudno traktować poważnie), będzie miało do czynienia z koalicjantem, który może się okazać trudniejszy do okiełznania, niż ktokolwiek może sobie wyobrazić. Szczególnie gdy Aleksandrowi Kwaśniewskiemu uda się przekształcić LiD z luźnej federacji zaprzysięgłych wrogów "kaczyzmu" w dynamiczny ruch polityczny wyposażony w jakiś pozytywny program, którego na razie nie widać.
Po 2 latach idea IV Rzeczypospolitej zatoczyła koło i podobnie jak przed 2005 rokiem jej realizacja wydaje się możliwa jedynie pod warunkiem, że powstanie wielki front polskiej centroprawicy. Jeśli okaże się to niewykonalne z udziałem liderów PiS oraz PO zaklinczowanych w personalnych sporach, to być może trzeba będzie poczekać aż pokolenie '89 zejdzie ze sceny politycznej. Najbliższe wybory, bez względu na to czy odbędą się za kilkanaście tygodni, czy za dwa lata, mogą się bowiem okazać ostatnią szansą dla polityków obecnych na scenie od 18 lat. Dotyczy to w równym stopniu braci Kaczyńskich co Tuska, Komorowskiego, Kwaśniewskiego, Pawlaka czy Szmajdzińskiego. Polacy - co wynika z wielu badań socjologicznych - są coraz bardziej zmęczeni tymi samymi twarzami i jeśli dotąd nie powiedzieli "dość", to tylko dlatego, że wciąż brak dla nich poważnej alternatywy. Jednak wiara, że tak będzie przez kolejne 18 lat, zdaje się graniczyć z naiwnością.
Polska potrzebuje dziś trzeciej fali reform - znacznie głębszych niż te z końca lat 90., które zainicjował rząd Jerzego Buzka. Prędzej czy później ktoś ją zapoczątkuje, bo oczywiste słabości państwa będą - niczym stan naszych dróg - coraz jaskrawiej kontrastować z tym, co coraz liczniej podróżujący Polacy oglądają w innych krajach UE. Wciąż jeszcze inicjatorami mogą być prawicowi politycy z pokolenia '89, którzy przy tej okazji mogliby zwieńczyć swą karierę czymś bardziej spektakularnym niż likwidacja upiorów z WSI czy piętnowanie moherowej koalicji. Jeśli jednak nie skorzystają z wciąż istniejącej - za sprawą rozkładu sympatii wyborczych - szansy, to ich miejsce zajmą młodsi konkurenci, których - upraszczając i nawiązując do daty wejścia Polski do Unii - określiłbym mianem pokolenia 2004. Jednak dla polskiej prawicy nie musi to być dobra wiadomość, bo na razie nie widać, by najmłodsi Polacy byli zainteresowani tym, co ma im do zaoferowania zarówno PiS, jak i PO. Pocieszanie się, że i lewica nie znalazła dotąd sposobu na skuteczne dotarcie do najmłodszych wyborców i drzemiącego w nich potencjału, który wykracza daleko poza prosty udział w wyborach, jest szkodliwym samouspokajaniem się. To postkomunistyczna lewica jako jedyna przekroczyła magiczny próg 40 proc. głosów i wykreowała polityka, który dwukrotnie wygrał wybory prezydenckie, w tym po raz drugi już w I turze głosowania. Dziś blask zarówno SLD, jak i samego Kwaśniewskiego, mocno przygasł, ale nie znaczy to, że lewica - szczególnie jeśli dojdzie w jej szeregach do prawdziwej, a nie pozorowanej pokoleniowej zmiany warty - jest z góry skazana na przegraną w walce o sympatie młodych Polaków. Byłoby paradoksem, gdyby trzecią falę reform, które stworzą rzeczywistą, a nie marketingową IV Rzeczpospolitą, przeprowadzili właśnie ludzie lewicy.
Jeśli rzeczywiście jeszcze w tym roku dojdzie do przedterminowych wyborów, liderzy PiS oraz PO staną przed alternatywą znaną nam sprzed dwóch lat. I albo powtórzą doskonale znany scenariusz bezlitosnej walki, posługując się w trakcie kampanii językiem Jacka Kurskiego czy Stefana Niesiołowskiego (co definitywnie przekreśli jakąkolwiek możliwość późniejszego porozumienia), albo też - nie rezygnując z naturalnej rywalizacji - zostawią sobie jakiś margines szansy na koalicję. Inaczej jednak niż w 2005 roku tym razem to kierownictwo PO będzie głównym rozgrywającym. Jeśli rzuci wszystkie siły do walki z PiS, automatycznie wybierze sojusz z lewicą. Będzie też wówczas miało do czynienia z obstrukcją ze strony prezydenta Kaczyńskiego, a prawdopodobieństwo, by koalicja PO - LiD dysponowała w Sejmie większością 3/5, wystarczającą do przełamania jego weta, nie wydaje się duże. W ten sposób szanse na jakiekolwiek dalej idące reformy mogą zostać przekreślone na najbliższe trzy lata, czyli do momentu, gdy pojawi się szansa na wybór innej głowy państwa.
Jednak ewentualne przejęcie władzy przez centrolewicę może mieć - oczywiście w znacznie dłuższej perspektywie - także i pozytywne skutki dla prawej strony sceny politycznej, umożliwiając jej najgłębszą od wielu lat przebudowę. Nie chodzi mi jednak o mityczną partię Rokity i Marcinkiewicza, która - w sytuacji ewolucji większości PO na lewo i załamania PiS - miałaby rzeczywiście szanse na polityczne zaistnienie. Jeśli jednak jej utworzenie będzie tylko kolejnym dziełem polityków z pokolenia '89, nie wprowadzi żadnej nowej jakości na naszą scenę polityczną. Rzeczywista przebudowa musi bowiem prowadzić do zmiany generacyjnej, ale i do zaangażowania w sprawy publiczne tych rówieśników Rokity czy Marcinkiewicza, którzy dotąd trzymali się z dala od polityki. Na prawej stronie sceny politycznej jest wielu 20- i 30-latków, dziś pracujących w różnych redakcjach i think tankach, którzy są już intelektualnie przygotowani do stworzenia pozytywnego programu modernizacji Polski, a z czasem do przejęcia przywódczej roli. Ich wiedza o świecie i wyzwaniach stojących przed Polską jest często znacząco większa niż obecnych czołowych polityków PiS czy PO, o mniejszych ugrupowaniach nie wspominając. Jarosław Kaczyński popełnił fundamentalny błąd, ignorując ich istnienie i opierając swoją władzę niemal wyłącznie na weteranach Porozumienia Centrum. Już niedługo przed podobną szansą może stanąć Donald Tusk, jeśli uda mu się stworzyć rząd, w którym średnia wieku nie przekraczałaby 40 lat, a poziom kompetencji jego członków nie paraliżowałby dziennikarzy, dziś bez trudu obnażających merytoryczną i intelektualną miałkość większości ministrów.
Zmiana generacyjna z pewnością nie będzie procesem krótkim ani bezbolesnym, jednak - w sytuacji kolejnej porażki liderów starej prawicy, jaką byłoby ostateczne przekreślenie wielkiej koalicji - może się okazać procesem nieuniknionym. Alternatywą jest bowiem trwanie - przy coraz niższej frekwencji wyborczej - w starych dekoracjach ze skłóconym i wypalonym zespołem polityków, który nie będzie miał już nic do zaproponowania poza nieustannym festiwalem wzajemnych oskarżeń.
p
, ur. 1966, politolog, historyk, pracownik Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ. Znany jest przede wszystkim jako badacz dziejów PRL, a także historii Polski po 1989 roku. W 2004 roku wydał "Reglamentowaną rewolucję", najważniejszą jak dotąd pracę poświęconą politycznym mechanizmom przejścia od realnego socjalizmu do III RP. Od 2001 roku pracownik IPN (m.in. naczelnik Wydziału Badań Naukowych), obecnie jest doradcą szefa Instytutu. Inne publikacje Dudka to m.in. "Walki uliczne w PRL 1956 - 1989" (1999), "Pierwsze lata III Rzeczypospolitej 1989 - 2001" (2002), "Komuniści i Kościół w Polsce" (2003) oraz ostatnio "Historia polityczna Polski 1989 - 2005" (2007). W "Europie" nr 164 z 26 maja br. opublikowaliśmy jego tekst "Wierność Moskwie".