Punktem wyjścia do tez stawianych przez Grossa jest analiza zdjęcia opublikowanego trzy lata temu przez "Gazetę Wyborczą". Dziennikarze przygotowujący reportaż z okolic Treblinki dostali je od jednego z rozmówców, wedle którego fotografia przedstawia grupę miejscowych plądrujących zaraz po wojnie okolice byłego obozu zagłady w poszukiwaniu kosztowności i przyłapanych na tym procederze przez milicję. Gross zwraca uwagę na swobodny nastrój sfotografowanych kontrastujący z widokiem ułożonego przed nimi rzędu czaszek. Autor "Złotych żniw" wielokrotnie podkreśla, że to zdjęcie doskonale ilustruje zjawisko czerpania przez Polaków korzyści materialnych z holokaustu i obojętność Polaków wobec Zagłady. Jednak z drugiej strony kilkakrotnie wspomina o wątpliwościach interpretacyjnych, dopuszczając również możliwość, iż fotografia przedstawia okolicznych wieśniaków "przygonionych tutaj do wyrównywania gruntu po uprzednich wykopkach".

Gross analizuje wydarzenia, które miały miejsce po wojnie na terenach byłych obozów zagłady. Szczegółowo przedstawia sytuację w okolicach Treblinki, ale podkreśla, że podobne zjawiska miały miejsce także gdzie indziej - m.in. w Sobiborze i Bełżcu. W Treblince teren byłego obozu został przekopany przez poszukiwaczy kosztowności z okolicznych wiosek, którzy po wojnie wydobywali na powierzchnię szczątki pomordowanych. Gross widzi w tym procederze kontynuację czerpania zysków z Zagłady dokonanej w Treblince. W czasie istnienia obozu miejscowi handlowali z ukraińskimi strażnikami dostarczając im m.in. żywność i wódkę w zamian za pieniądze i kosztowności odebrane mordowanym Żydom. Okoliczni chłopi zarabiali także na wodzie i żywności dostarczanej do wagonów z kolejnymi transportami Żydów wiezionych do obozu zagłady. Gross stawia tezę, że pieniądze zarobione przez miejscowych na działalności obozu zagłady w Treblince "zrewolucjonizowały miejscową gospodarkę".

Przypadek wzbogacenia się mieszkańców wiosek obok obozu w Treblince Jan Gross przedstawia jako część szerszego zjawiska - czerpania materialnych zysków z holokaustu przez Europejczyków. Najwięcej - pisze Gross - zagarnęli Niemcy, ale na całym kontynencie miejscowa ludność w poszczególnych krajach przejmowała pozostałe po mordowanych Żydach mienie: domy, mieszkania, meble, a także stanowiska pracy. Zdaniem autora "Złotych żniw" w Polsce to zjawisko miało szczególnie dużą skalę ze względu na fakt, że to właśnie na terenach II RP mieszkała największa część populacji europejskich Żydów i to właśnie tutaj dokonał się holokaust.

Jan Gross idzie dalej - stawia tezę, że przejmowanie majątku Żydów ściśle wiązało się z ich mordowaniem. "Ilu Żydów w okupowanej Europie zamordowali <miejscowi> z ogólnej liczby 6 mln zgładzonych w Holocauście? Sadzę, że historycy wyceniliby tę liczbę na między 1 a 2 mln. Ilu Żydów zamordowali współobywatele na obszarze przedwojennej RP? Przypuszczam, że będzie to liczba sięgająca kilkuset tysięcy. A ilu Żydów wymordowali sąsiedzi i współobywatele na terenach rdzennie polskich? Badania prowadzone na ten temat są jeszcze w toku i z dokładniejszą oceną zapoznamy się w niedalekiej przyszłości, tymczasem szacowałbym liczbę ofiar na między 100 a 200 tysięcy" - pisze Gross.


Kolejny rozdział książki poświęcony jest zjawisku bezpośredniego udziału polskiej ludności w mordowaniu Żydów. Autor odwołuje się do badań na ten temat z 2005 roku przeprowadzonych przez Alinę Skibińską i Jakuba Petelewicza. Badania te dotyczyły wszystkich spraw wytoczonych w województwie kieleckim na podstawie dekretu z 31 sierpnia 1944 roku o ściganiu osób współpracujących z okupantem. Oskarżono 250 osób, których ofiarami padło "co najmniej", jak pisze Gross, "kilkuset" Żydów ukrywających się podczas okupacji w kieleckiem. Bezpośrednią przyczyną zabójstw i denuncjacji (co Gross traktuje jak zabójstwo) była chęć przejęcia majątku ukrywających się Żydów. Sprawcami byli polscy granatowi policjanci, członkowie lokalnych oddziałów partyzanckich wszelkich formacji oraz chłopi. W bardzo wielu sprawach oskarżeni piastowali jakieś stanowisko i funkcje w lokalnych władzach - sołtysów, wójtów, naczelników straży pożarnych, członków straży wiejskich itp.

"Z przytoczonych relacji wynika, że mordowanie Żydów podczas okupacji było sprawą publiczną, przedmiotem zainteresowania ogółu. Zwykli członkowie społeczności lokalnej brali w nim udział, nie żadni +ludzie marginesu+ łatwo identyfikowalni i świetnie wszystkim znani. Więcej nawet - zaangażowanie przedstawicieli miejscowych elit w opisanych zbrodniach i uczestnictwo zbiorowe miejscowej ludności nadawało mordom imprimatur grupowe, swoistą sankcję. /.../ Bezpośredni wykonawcy, najbardziej aktywni uczestnicy zbrodni, pozostawali często wybitnymi członkami społeczności lokalnych, wieś solidaryzowała się z nimi" - pisze Gross.

Autor "Złotych żniw" odnosi się do przekazywania przez Żydów majątków na przechowanie zaufanym Polakom, jako zabezpieczenie swego bytu po tak zwanej aryjskiej stronie. Gross, powołując się na opinię historyka z warszawskiego getta i twórcy jego archiwum, Emanuela Ringelbluma, podaje, że "w przeważającej większości wypadków, niemal w 95 proc., nie zwracano ani towarów, ani rzeczy, tłumacząc się stereotypowo zabraniem rzeczy przez Niemców, kradzieżą, itp.".

Innym problemem było szmalcownictwo, czyli szantażowanie denuncjacją na gestapo Żydów szukających ratunku poza murami getta, jeżeli nie wykupią się za odpowiednią sumę. Cytowany przez Grossa Ringelblum ocenia, że szmalcowników krążących wokół murów warszawskiego getta były "roje", nazywa ich "szarańczą, która setkami, a może i tysiącami" opada Żydów po aryjskiej stronie.


Sposobem czerpania zysków z holokaustu było też - jak pisze Gross - przechowywanie Żydów za opłatą, przeważnie bardzo wygórowaną. Zdaniem Grossa, "decyzje o ewentualnym wzięciu Żydów na przechowanie za pieniądze dodatkowo ułatwiała świadomość, że w każdej chwili można ich było wypędzić albo nawet zamordować".

Autor "Złotych żniw" stawia też tezę, że ukrywanie Żydów wcale nie było na terenie Polski bezwarunkowo karane śmiercią, jak przyjęto w polskiej historiografii. Tezę tę wspiera wyżej wspomnianymi badaniami Skibińskiej i Petelewicza, m.in. na temat udziału tzw. granatowej policji w mordowaniu Żydów. Z cytowanych materiałów wynika, że policjanci ci korzystali z "względnie dużego elementu swobody i braku zależności od zwierzchniej władzy niemieckiej" w podejmowanych przez nich akcjach przeciwko ludności żydowskiej. Autorzy badań, a za nimi Gross, piszą, że "w omawianych przypadkach nie było sytuacji, by schwytani Żydzi byli eskortowani (przez grantową policję - PAP) do getta czy aresztu /.../ Pojmani są zazwyczaj na miejscu lub w pobliskich lasach mordowani, a grzebanie zwłok poleca się miejscowym chłopom". I konkludują: "Ci, którzy Żydów ukrywali, rzadko ponosili za to konsekwencje przewidziane zarządzeniami niemieckimi".

Jako czerpanie zysków z holokaustu Gross przedstawia też przejmowanie przez Polaków stanowisk pracy opuszczonych przez Żydów. Gross opisuje, jak podczas okupacji wytworzyła się nieistniejąca wcześniej grupa polskich lokalnych handlarzy, przedsiębiorców i rzemieślników, którzy zajęli miejsce Żydów i nie zamierzali oddać zdobytego miejsca pracy powracającym po wojnie ocalonym z holokaustu.

"Zaczynamy rozumieć, że normą zachowania w polskim społeczeństwie (...) było tropienie i wynajdywanie ukrywających się Żydów (a więc i Polaków, którzy dawali im schronienie), nie zaś niesienie prześladowanym Żydom pomocy. (...) Dlatego fotografia chłopów z Treblinki - też, oczywiście, normalnych, pracowitych, pobożnych i odznaczających się całą harmonią cnót - oprócz obrzydzenia wywołuje w nas podskórny niepokój: bo nie jesteśmy do końca pewni, czy w ostatecznym rachunku nie patrzymy się aby na zdjęcie z rodzinnego albumu" - podsumowuje autor "Złotych żniw".