Sąd Okręgowy w Warszawie rozpoczął proces Bogusława B. i Macieja G. Według prokuratury w latach 2005-2007 oszukali oni ok. 170 inwestorów, którzy zainwestowali łącznie ponad 33,5 mln zł. Grozi za to do 12 lat więzienia.

Reklama

B. chce dobrowolnie poddać się karze 2 lat więzienia w zawieszeniu na 5 lat wraz z nałożeniem obowiązku "naprawienia szkody" w wysokości 7,5 mln zł. Przed sądem B. odmówił wyjaśnień.

Zgodnie z zapowiedzią obrony pokrzywdzeni mieliby otrzymać do 25 proc. wpłaconych kwot. Jak podała obrona, B. nie ma możliwości jednorazowej wypłaty tych kwot, dlatego miałyby one nastąpić w okresie od kilku miesięcy do 4,5 roku od uprawomocnienia się wyroku. W tym celu miałaby być powołana specjalna fundacja. Prokurator zgodził się z tym wnioskiem.

Pełnomocnicy oskarżycieli posiłkowych wnoszą zaś, by B. wypłacił im 80 proc. wpłaconych przez nich kwot. Chcą też, by B. jeszcze przed wyrokiem złożył całość tej kwoty na rachunku depozytowym w Polsce. Argumentują, że mieli przez kilka lat podobne obietnice i już nie dowierzają B.

Chcą mieć pewność wypłaty - mówił dziennikarzom pełnomocnik grupy pokrzywdzonych radca prawny Tomasz Michalski. Według niego 25 proc. to za mało.

Obrońca B. wniósł o odroczenie procesu w celu prób wypracowania konsensusu. Sąd chciałby, by pokrzywdzeni podali konkretne żądane przez nich kwoty, a nie ich wartości procentowe.

Sprawę odroczono do 9 stycznia 2013 r., kiedy zapewne rozstrzygnie się, czy dojdzie do poddania się karze przez B. Sprzeciw choć jednego z oskarżycieli posiłkowych co do poddania się karze oznacza, że do niej nie dojdzie i że będzie się toczył normalny proces.

Reklama

B. nie chciał rozmawiać z PAP. Powiedział tylko, że nie zgadza się na ujawnianie swego nazwiska. W sądzie B. deklarował, że żyje z własnych zasobów. Obrońca B. mec. Piotr Kulik mówił, że jest zaskoczony wnioskiem o 80. proc. wypłat. Powiedział, że jego klient chce naprawić szkodę, ale nie za wszelką cenę.

Drugi oskarżony, 55-letni Maciej G., nie przyznał się w sądzie do winy. Powiedział, że gdy w 2005 r. zostawał prezesem jednej ze spółek, jej właściciel B. mówił mu, że są zabezpieczenia przyjmowanych kwot, choć pieniądze znajdują się na długoletniej lokacie.

G. dodał, że gdy mówił B., że spółka nie ma pieniędzy na wypłatę odsetek inwestorom, ten odpowiadał mu, by się nie przejmował, bo zaraz kolejny inwestor coś wpłaci. G. powiedział, że dopiero teraz wie, czym jest piramida finansowa. Podkreślił, że nie dostał wynagrodzenia na koniec swej pracy w 2007 r.

B. nie chciał komentować słów G. Mec. Kulik uznał je za linię obrony tego oskarżonego.

W lutym br. do sądu wpłynął akt oskarżenia w tej sprawie. Jak mówiła wtedy Dorota Tietz z zespołu prasowego Komendy Stołecznej Policji, policjanci wszczęli dochodzenie w 2007 r. po zawiadomieniu Komisji Nadzoru Finansowego. Chodziło o podejrzenia przestępstwa polegającego na prowadzeniu działalności w zakresie obrotu maklerskimi instrumentami finansowymi bez wymaganego zezwolenia.

Ustalono, że Bogusław B. działał w imieniu spółki z siedzibą w Wlk. Brytanii, a prezesem innej ze spółek był Maciej G. Oskarżono ich o to, że wprowadzali inwestorów w błąd, zawierając z nimi poprzez siatkę pośredników umowy. Ich przedmiotem było zarządzanie wpłacanym przez klientów kapitałem; w zamian mieli otrzymywać odsetki.

W rzeczywistości tworzyli oni pozory profesjonalnej działalności inwestycyjnej. Zamiast gwarantowanego inwestorom jednoprocentowego zysku tygodniowo, czyli 52 procent rocznie, oraz gwarancji zwrotu kapitału, stworzyli system służący jedynie do wyłudzania środków, na zasadzie tzw. piramidy finansowej - powiedziała Tietz.

Początkowe umowy były obsługiwane terminowo. Pieniądze pochodziły z wpłat nowych klientów lub z tych samych środków, które przekazał inwestor. Znaczna ich część nigdy nie została zwrócona.

W śledztwie Bogusław B. i G. nie przyznali się do zarzucanych im czynów. Są objęci dozorem policji. Obaj byli już karani za przestępstwa finansowe.

Sprawa Art-B, w której skazany został Bogusław B., była najgłośniejszą aferą początków III RP. Szybko wzbogaceni młodzi właściciele spółki - muzyk Bogusław B. i lekarz Andrzej G. - zostali okrzyknięci "cudownymi dziećmi polskiego kapitalizmu". Szefowie firmy zasłynęli z tzw. oscylatora - wykorzystywania opóźnienia w księgowaniu operacji czekami rozrachunkowymi w bankach, co umożliwiało uzyskiwanie dodatkowych zysków z tytułu podwójnego oprocentowania czeków w czasie tzw. drogi pocztowej. Omijając prawo, mieli zarobić w ten sposób 4,2 bln ówczesnych zł (420 milionów dzisiejszych zł). Z czasem zaczęły narastać wątpliwości; spekulowano m.in. o ich związkach z izraelskim wywiadem.

Obaj mieli zostać latem 1991 r. zatrzymani przez UOP, który w spektakularny sposób "najechał" wynajęty przez nich dwór w Pęcicach i stołeczną siedzibę firmy. Oni sami - ostrzeżeni - uciekli z Polski i osiedli w Izraelu, którego obywatelstwo uzyskali. Trwały tam negocjacje z polskimi prokuratorami i likwidatorem Art-B w sprawie zwrotu części zobowiązań. Izrael odmówił ich ekstradycji.

B. został w 1994 r. zatrzymany w Szwajcarii, wydany Polsce i skazany w 2000 r., m.in. za oscylator, na 9 lat więzienia. W styczniu br. Sąd Okręgowy w Warszawie odmówił G. wydania listu żelaznego. Jest on nadal ścigany przez Polskę międzynarodowym listem gończym m.in. za oszustwa wobec banków.

B. twierdził, że oscylator nie był przestępstwem i nikt na nim nie stracił. Sąd uznał, że niedoskonałość systemu bankowego, brak rozeznania NBP i nieuczciwość bankowców ulegających magii pieniądza, były przyczynami, dla których w ciągu roku Art-B z małej spółki stała się wielką firmą, kierowaną przez rzekomych "artystów biznesu".