Piotr ma 39 lat. Odkąd ukończył studia w Szkole Głównej Handlowej na kierunku finanse i bankowość, zawsze miał co robić. Jeszcze na studiach zaczął pracę w dziale oceny ryzyka kredytowego w Citibanku Handlowym. Potem piął się po szczeblach kariery, która nawet silnym psychicznie ludziom może namieszać w głowie, dać im poczucie łatwego osiągania rzeczy dla innych ludzi niemożliwych. Piotr miał to, czego zapragnął. Mieszkanie, potem dom, samochód, potem dwa, motocykl, potem robionego na zamówienie harleya. I wakacje - Nepal, Wenezuela, Birma, Seszele, Floryda. Od biedy Hiszpania. Zimą koniecznie narty w Val d’Isere, bo Austria już 10 lat temu była raczej obciachem. Elektronika, biżuteria dla żony, plan zakupu apartamentu na East Village lub po zachodniej stronie Central Parku w Nowym Jorku. Bo Stany, w przeciwieństwie do Austrii, są fajne.

I nagle trach. Aż zabolało. To się stało, gdy pracował w Dominet Banku. Nawet nic nie zepsuł, nie popełnił błędu, który mógłby uzasadniać zwolnienie. Ot, tak zwyczajnie padł ofiarą restrukturyzacji przygotowującej fuzję z Fortis Bankiem. Mimo że był niezły i wyrabiał korporacyjne normy. Podpisał dokument gwarantujący półroczną odprawę i wyszedł. Strachu nie czuł, bo przecież po pierwsze, jest dobry i ma doświadczenie, a po drugie, ma kolegów. Jak nie teraz, to za miesiąc, dwa coś mu znajdą. W banku oczywiście.

Przy jego kosztach życia (m.in. kredyt hipoteczny, dzieci w prywatnej szkole) pieniądze skończyły się dość szybko. Oszczędności - niewiele później. Piotr zaczął się przejmować po roku bez pracy. Koledzy się nie sprawdzili, wymarzonego angażu nie było. Znalazł go dopiero, z wielkim trudem, w urzędzie gminy pod Warszawą w dziale finansowym, gdzie odpowiada za rozliczanie faktur. Po SGH i praktyce w dużych bankach to raczej mierne zajęcie. Za grosze, ale pozwalało przeżyć do pierwszego.

Piotr wpadł w depresję. Walczył z nią kilkanaście miesięcy, ale raczej nieskutecznie. Marzył, by się zapaść pod ziemię, rozważał samobójstwo. Sąsiad namówił go na coś, co wcześniej nie mieściło mu się w głowie. Na niemal wyczynowe uprawianie sportu. Padło na triatlon - połączenie pływania, biegu i jazdy na rowerze. Dzięki temu eksbankowiec na posadzie nieodpowiadającej mu ani ambicjonalnie, ani finansowo nie odszedł od zmysłów. Nie poczuł się zawodowym śmieciem, kolejnym nikomu niepotrzebnym absolwentem wyższej uczelni. Zbudował wyspę, na którą psychicznie ucieka 4 razy w tygodniu. Najpierw robi 20 krótkich basenów, potem biegnie przez 15 km, na koniec jedzie rowerem 20–25 km. Zajmuje mu to kilka godzin, ale ma czas, bo pracę w urzędzie zaczyna o 8 rano, a kończy o 16, inaczej niż w banku, gdzie finisz przed 20 należał do rzadkości. Po treningu marzy tylko o tym, by wziąć prysznic i położyć się do łóżka. Ale śladów depresji już nie ma, cieszy się drobnymi rzeczami i każdym dniem, żyje szkołą swoich dzieci, przestał się przejmować życiowymi niepowodzeniami. Schudł, ma lepsze wyniki badań. Wszedł pod klosz, impregnował się na rzeczywistość. Dzisiaj, paradoksalnie, żyje lepiej niż kiedykolwiek. Do tego żona dostała podwyżkę, więc wychodzą na prostą.

Każdy może mieć drugie życie

Zresztą nie tylko Piotrowi psychiczny klosz pomógł zmienić życie. Z badań instytutu ARC Opinia wynika, że już 30 proc. Polaków regularnie uprawia sport. Wielu po to, by zminimalizować stres towarzyszący pracy i obawom przed jej utratą. W porównaniu z początkiem lat 90. (5 proc.) i latami 2000–2005 (10–15 proc.) jest to wynik bez precedensu. Zrozumieliśmy, że aktywność fizyczna nie tylko jest modna, przedłuża życie i poprawia jego jakość, lecz także pozwala stać się człowiekiem z żelaza w wymiarze psychicznym, a amatorskie osiągnięcia sportowe mogą być powodem do dumy w towarzystwie. Do najczęściej uprawianych przez Polaków sportów należą jazda na rowerze (26,4 proc.) i bieganie (20,2 proc.). Z roku na rok ubywa osób, które decydują się na sporty zespołowe. Bo te indywidualne - jak pływanie, bieganie czy rower - sprawiają, że jesteśmy tylko ze sobą, mamy czas, aby na wszelkie sposoby przetrawić problemy, wyciągnąć z nich wnioski i zbudować konkretny plan działania.

Zdaniem specjalistów w czasach, w których przyszło nam żyć - kiedy ekonomiczna niepewność przeplata się z gospodarczym kryzysem i odrobiną optymizmu, kiedy giełdowe wskaźniki częściej świecą na czerwono, a kursy walut przypominają wykres EKG - budowa psychicznych azyli, w których możemy się schronić, będzie zjawiskiem nasilającym się. Gdy w naszym życiu zawodowym mają miejsce negatywne wydarzenia, także takie, na które nie mamy dużego wpływu, tworzenie wewnętrznych systemów odporności pozwoli niemal identycznie jak wcześniej cieszyć się życiem, wbrew otaczającym nas okolicznościom.

- Mechanizm obronny w takich sytuacjach zdecydowanie pomaga, ale musi spełniać jeden podstawowy warunek: być konstruktywny. W przypadku gdy na nasze życie zawodowe, ale także osobiste, mają wpływ czynniki zewnętrzne, niezależne od nas, odwracanie uwagi jest zjawiskiem korzystnym, lecz jedynie do momentu gdy nie zaczyna powodować destrukcji - tłumaczy Maria Rotkiel, psycholog i terapeuta, współwłaścicielka Poradni Poznawczo-Behewioralnej.

Ale w opinii Rotkiel taka strategia nie zawsze jest wolna od pułapek. Bo azyl może obrócić się przeciwko nam. Ma to miejsce zawsze wtedy, gdy nasz klosz zamienia się w uzależnienie, coś, bez czego nie umiemy już żyć. Jeśli to sport, ryzyko jest mniejsze, ale jeśli np. alkohol lub inne używki, mogą zacząć się jeszcze poważniejsze problemy. Tym samym naprawianie naszego życia poprzez próbę bycia psychicznie niezależnym od rzeczywistości może się skończyć nie tak, jak byśmy tego chcieli. A nawet tragicznie.

Nie zmienia to faktu, że coraz częściej chcemy być odporni na życiowe przeciwności, używając w tym celu właśnie takiego scenariusza. Alternatywnych rzeczywistości, w których wolimy żyć, jest zresztą całkiem sporo. To nie tylko sport. To ucieczka z życia zawodowego w rodzinne albo w wiarę i Kościół. To także przeniesienie realnego życia do mediów społecznościowych. Metod jest wiele, cel jeden. Skutecznie ominąć prawdziwe życie.

Impregnowani na rzeczywistość

- Przed kryzysem, także zawodowym, można uciekać, jednak prędzej czy później każdy będzie musiał się z nim zmierzyć - przekonuje gen. Roman Polko, były dowódca jednostki specjalnej GROM, autor książki "Rozgromić konkurencję". - Zwykle nie mamy wpływu na to, że kryzys nas dopada. Jasne, można go wywołać swoimi działaniami, jednak trudne sytuacje zawsze będą się zdarzały. Dobrze wtedy traktować ten życiowy zakręt jako szansę, a nie problem, bo z każdych trudności można wyciągnąć cenną naukę - tłumaczy. W jego opinii prawdziwy strach generuje czekanie na kryzys. Kiedy zaczyna się działać, przestaje się bać.

Podczas pokonywania problemów równie ważne jest posiadanie dobrego planu, którego sukcesywna realizacja upewni nas, że podążamy w dobrym kierunku. Takim planem może być alternatywna rzeczywistość.

Kluczowe w kryzysowym podejściu psychicznym jest zaakceptowanie konieczności dokonania zmian i ograniczenie obaw przed nimi. Jeśli w firmie jest źle albo firmy chwilowo nie mamy, bo właśnie nas zwolniono, musimy żyć jak dotąd. Nawet intensywniej. W takiej sytuacji szczególnie potrzebne są ambitne wyzwania. - Wczoraj twój zespół mógł być najlepszy na świecie, jednak dziś nie ma to już znaczenia, szczególnie jeśli znalazłeś się na życiowym zakręcie. Liczy się tylko jutro i to, jak się do niego przygotujesz - zauważa Polko. Aby być gotowym na reset po załamaniu, trzeba czasem schronić się pod kloszem, gdzie poczujemy się i pełnowartościowi, i bezpieczni. To pozwoli nam się odbudować i ponownie ruszyć do boju.

Z badań CBOS wynika, że jedną z naszych ulubionych recept na psychiczną równowagę jest rodzina. To fundament, który milionom Polaków daje oparcie na co dzień, ale w czasach ekonomicznych tąpnięć jest szczególnie ważny. Wśród wartości najistotniejszych szczęście rodzinne zajmuje zawsze pierwsze miejsce: jest kluczowe dla 78 proc. przebadanych Polaków. Na drugiej pozycji (59 proc.) znalazło się zdrowie, a na trzeciej spokój oraz uczciwe życie (do najważniejszych wartości zaliczyła je blisko połowa respondentów - po 46 proc.). Tymczasem mniej niż połowa Polaków za istotne w swoim życiu uznała pracę zawodową (44 proc.), szacunek innych ludzi (43 proc.) oraz grono przyjaciół (39 proc.). Na przeciwległym biegunie ważności - bez większego znaczenia - wylądowały takie wartości jak życie pełne przygód i wrażeń (4 proc.), sukces i sława (3 proc.) oraz udział w demokratycznych procesach społeczno-politycznych (6 proc.).

Istotę szczęścia rodzinnego jako podstawową wartość częściej akcentują kobiety (83 proc.) niż mężczyźni (72 proc.). Co więcej, na wartości rodzinne coraz częściej stawiają nie tylko osoby gorzej wykształcone i siłą rzeczy bardziej tradycjonalistyczne, lecz także ludzie po wyższych studiach. Kiedyś takie zjawisko było notowane w dużo mniejszym stopniu. Podkreślanie znaczenia rodziny wzrasta wraz z wykształceniem respondentów. Jest to szczególnie widoczne wśród pracowników umysłowych niższego szczebla (90 proc. wskazań), kadry kierowniczej i inteligencji (85 proc.) oraz pracujących na własny rachunek (83 proc.).

Badanie potwierdza niemal powszechne przekonanie (92 proc. wskazań), że do prawdziwego szczęścia człowiek potrzebuje bliskich. Tylko sześciu na stu ankietowanych (6 proc.) sądzi, że bez rodziny można żyć równie szczęśliwie. Dodatkowo aż 2/3 Polaków (66 proc.) deklaruje, że to właśnie z żoną lub mężem oraz dziećmi najchętniej spędza czas, uznając się tym samym za osoby zdecydowanie rodzinne. Ta chęć wspólnego życia w każdej sytuacji nabiera szczególnego znaczenia w sytuacjach podbramkowych - w przypadku bezrobocia czy choroby. Rodzina staje się punktem odniesienia, oazą, na którą można się przenieść i tam realizować ambicje niezrealizowane w życiu zawodowym.

To samo badanie potwierdza, wbrew obiegowym opiniom, jeszcze inne ważne zjawisko, które oddaje znane powiedzenie "Jak trwoga, to do Boga". Ponad 1/4 Polaków wskazała jako punkt oparcia w trudnych czasach religię. Pokazują to również badania prowadzone przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego. Wynika z nich, że średni procent osób, które przychodzą do kościoła, względem tych, które są do tego zobowiązane (dominicantes), wynosi 41 proc. Zaś procent communicantes - czyli osób przystępujących do komunii - wzrasta i wynosi 16,4 proc. O ile pierwszy wskaźnik utrzymuje się od lat na podobnym poziomie (w czasie pierwszego kryzysu w 2008 r. wynosił 40 proc., więc teraz jest nieznacznie większy), o tyle drugi jest coraz wyższy. W 1990 r. wynosił 11 proc., w 2000 r. około 13 proc., dzisiaj o trzy punkty proc. więcej. Oznacza to, że potrzeby duchowe Polaków rosną. Zdaniem ks. Wojciecha Sadłonia z Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego przyczyn takiego stanu rzeczy należy szukać w zmianach społecznych, w tym prawdopodobnie także niepokojach gospodarczych. W opinii ludzi Kościoła zainteresowanie wiarą będzie rosło proporcjonalnie do tego, jak będzie spadać pewność zatrudnienia i rosnąć będą ceny, obniżać będą się możliwości kredytowe i tym samym realnie gorsza będzie jakość życia w Polsce.

Ale Polacy nie mogą być bardziej święci od papieża. Z jednej strony w czasach turbulencji opierają się na wierze, z drugiej odreagowują z kieliszkiem w ręku. Czyli Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. To prawda, że na polskim piciu nie można już tak często jak kiedyś budować wdzięcznych anegdot ("Piję dużo, żeby zapomnieć. O czym? Że dużo piję"), ale od 2008 r., czyli od chwili gdy pierwszy raz od niemal 20 lat poczuliśmy się ekonomicznie niepewnie, spożycie czystego alkoholu na głowę zaczęło rosnąć. Według danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych w latach 1993–2007 każdy Polak pił średnio 7 l mocnego alkoholu rocznie. W 2008 r. było to już 9,6 l. W kolejnych latach do dzisiaj spożycie nie spadło poniżej 9 l. Było najwyższe od 20 lat. - Alkohol to popularny środek wyłączania wątpliwości i zagłuszania dylematów, ale on nigdy nie może być fundamentem dobrej zmiany. Nie pozwoli też na pozytywne ukrycie się przed rzeczywistością, działa krótko, nie motywuje, przeciwnie - przeszkadza w marszu do uporania się z życiem - ocenia Artur R. Jodłowski, psycholog biznesu.

Co do tego, że ideologia światów równoległych, czyli budowania życiowej paraleli w czasach kryzysu, będzie strategią powszechną, nie ma wątpliwości Leszek Mellibruda, trener menedżerów, właściciel Active Business Mind Psychologia Biznesu. - W życiu często stajemy przed koniecznością łączenia przeciwieństw, ognia z wodą. Dotyczy to zarówno sfery zawodowej, jak i prywatnej. Pozyskanie umiejętności kompilowania sprzecznych biegunów będzie jedną z najbardziej przydatnych cech w najbliższych latach. Pozwoli na to, by cieszyć się życiem zawsze, nawet wtedy gdy ktoś dojdzie do wniosku, że jesteśmy kosztotwórczym elementem w firmie, i postanowi nas, trochę jak przedmiot, zrestrukturyzować - ocenia Leszek Mellibruda.

Od naszej wewnętrznej umiejętności restrukturyzacji i stopnia pokrycia teflonem będzie zależeć, czy się po tym podniesiemy, czy nie.