Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny! Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów, prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę, prawa i obyczaje, nawet suknie stare...” – Tak prawie 200 lat temu Adam Mickiewicz opisywał w „Panu Tadeuszu” zgubne skutki bezmyślnego zapatrzenia się w zachodnie wzorce, sprzeczne z tradycjami i wartościami od wieków kształtującymi tożsamość narodową. Wyśmiewał zmianę wiary, mowy, praw i ubiorów, ostrzegając, że „była to maszkarada, zapustna swawola, po której miał przyjść wkrótce wielki post – niewola!”. Historia zatoczyła koło i dzisiaj aktualne jest każde słowo epopei Mickiewicza. Włącznie z niewolą, choć innego rodzaju, niż poeta miał na myśli.
– – alarmuje dr hab. Małgorzata Jacyno z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Skąpiec poznawczy
Przykłady uznawania obcych rozwiązań za lepsze i warte naśladowania można ciągnąć w nieskończoność. Nie ma chyba dziedziny życia, która nie byłaby skażona zagranicznymi kopiami. Gdziekolwiek byśmy spojrzeli, o czymkolwiek wspomnieli, wszędzie widać zagraniczne metki. Od produktów przez szeroko pojęte usługi czy rozwiązania prawne, na ideach kończąc. Kontrahentów zapraszamy na biznesowe lunche z sushi, broń Boże na schabowego z kapustą. Niemieckie samochody są oznaką prestiżu, a polskie firmy przyjmują angielskojęzyczne nazwy. Platforma wprowadza proces kontradyktoryjny, w którym sędzia jest tylko obserwatorem, a wyrok zależy od sprawności oskarżyciela i obrońcy, argumentując, że się on sprawdza np. w USA. PiS tę reformę cofa, także odwołując się do doświadczeń obcego państwa, bo Włosi właśnie z kontradyktoryjności rezygnują. Bezkrytycyzm w sprowadzaniu zachodnich rozwiązań, bez analiz, czy w naszej specyfice społeczno-gospodarczej one się sprawdzą, jest nie tylko powszechnie akceptowany, lecz wręcz oczekiwany. Jeśli w centrach brytyjskich miast wprowadza się zakazy ruchu dla samochodów, to w Polsce od razu zaczynają domagać się tego lokalni włodarze. Nie zwracają uwagi, że np. Londyn jest doskonale skomunikowaną aglomeracją z gęstą siecią metra, a Warszawa ma wąskie gardła i wystarczy remont mostu, by ją sparaliżować.
– – tłumaczy Jakub Kuś, psycholog nowych technologii z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu.
Dodaje, że Polacy przodują w europejskich statystykach opisujących sposób postrzegania rzeczywistości jako grę o sumie zerowej. Jesteśmy w czołówce narodów, w których panuje przekonanie, że aby ktoś mógł wygrać, odnieść sukces, ktoś inny musi przegrać. To daje wybuchowy koktajl, który koroduje więzi społeczne, zaufanie i skłania do podejmowania wyłącznie bezpiecznych decyzji, czyli np. właśnie kopiowania sprawdzonych za granicą rozwiązań.
Takie bezwarunkowe kopiowanie jest jednak zabójcze, prowadzi do kryzysu, bowiem gdy obcy wzór jednak nie zadziała, nie mamy wyjścia awaryjnego i następuje katastrofa. Wystarczy spojrzeć na byłe kolonie francuskie w Afryce. Jak dzisiaj one funkcjonują? Nierówności między centrum a peryferiami są przykrywane przez promocję idei międzynarodowości, deregulacji, otwarcia i różnorodności. Siły nie były i nie są jednak równe, a dzisiaj zależność ujawnia się w sposób coraz bardziej spektakularny. Kraje postkolonialne i peryferyjne stają się przestrzenią składowania niechcianych w centrum kulturowym zjawisk i procesów – pracy w montażowniach, taniej siły roboczej, zanieczyszczeń, konfliktów, ryzyka gwałtownego przenoszenia produkcji, jeśli tylko gdzieś znajdzie się jeszcze tańsza siła robocza. Mamy do czynienia z błędnym kołem i pułapką. Nadzorcy w końcu zawsze odchodzą, dotacje i preferencje znikają, a wspomagane w modernizacji kraje upadają czy utrwalają swoją pozycję zależności, bo narzucone obce wzorce kulturowe, czy to w gospodarce, czy polityce, nie wytrzymują starcia z tradycją i lokalnymi warunkami.
– – tłumaczy dr hab. Małgorzata Jacyno.
W ten sposób łatwo wpaść w pułapkę przeciętności czy wręcz bycia niewidzialnym. Był taki projekt stworzenia wspólnego, unijnego podręcznika o historii Europy. W jednym z proponowanych nie znalazło się ani jedno zdanie o Polsce. Nie było powodu, by uwzględniać w relacjonowaniu historii Europy kraju, którego główną ambicją jest to, by w końcu się znaleźć w Europie. Projekt upadł, ale to świadczy o pozycji naszego państwa.
– – ostrzega dr hab. Małgorzata Jacyno.
– – podaje przykład takiej podległości ekspertka.
Manifestacja dobrego samopoczucia
W okresie transformacji przekonywano nas, że po latach izolacji znów zmierzamy do Europy. Tyle że ani kulturowo, ani geopolitycznie nigdy z niej nie wyszliśmy. Powrót do Europy stał się banalnym hasłem programu politycznego, słabo ukrywającym rezygnację z inwestowania w nową myśl oraz legitymizującym wątpliwe projekty reform i zmian.
– – podkreśla socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
W taką pułapkę popadają zresztą nie tylko wyznawcy liberalnych europejskich wartości, którzy nie widzą zagrożeń dla polskiej kultury w zamianie Zaduszek na Halloween. Zakładanie biało-czerwonych błazeńskich czapeczek na meczach narodowej reprezentacji też niewiele ma wspólnego z patriotyzmem, to tylko skomercjonalizowana manifestacja dobrego samopoczucia. A samopoczucie Polaka wciąż jest wystawiane na próbę, bowiem nieustannie porównuje się on z innymi nacjami, oceniając siebie poprzez rankingi i statystyki. Ale to droga donikąd. Małgorzata Jacyno zwraca uwagę, że rankingi, standardy, wskaźniki czy komentarze są często tak pomyślane, aby podkreślać dystanse między centrum a peryferiami. Obecność Donalda Trumpa na amerykańskiej scenie politycznej jest dowodem tamtejszej ostrej walki politycznej, w Polsce zostałaby symbolem naszej niedojrzałej demokracji. Przyzwolenie na stosowanie podwójnych standardów w odniesieniu do niedemokratycznych rozwiązań staje się coraz bardziej widoczne, kiedy w grę wchodzą interesy ekonomiczne.
Przy takich ciągłych porównaniach łatwo o mity. Choćby ten o dramatycznie niskim kapitale społecznym w naszym kraju. Zgoda, stosując kryteria neoliberalnej demokracji, tak z pewnością jest, ale biorąc pod uwagę inne normy, kapitał może się okazać znacznie większy. Skądinąd można by zapytać, dlaczego więzi i relacje między ludźmi i tworzone przez nie poczucie przynależności i zaufania nazywa się uporczywie kapitałem. Daliśmy się wmanewrować w przyjęcie roli kraju peryferyjnego, który miota się pomiędzy odczuciem niższości i wyższości kulturowej. Jeśli dzieje się coś, co wykracza poza scenariusz doganiania Zachodu, to bohaterem tych wydarzeń jest ciemny lud oraz bardziej lub mniej anonimowe siły antymodernizacyjne. Zachowujemy się więc jak neofici, którzy żywią się fantazjami.
Zakładaliśmy niegdyś z góry, że zachodnie społeczeństwa żyją na większym luzie niż w zaściankowej Polsce, a tymczasem także tam zwykłe życie i codzienność oparte są na wielu sztywnych regułach i obowiązuje np. dress code. Z lubością powtarzamy, że na mitycznym Zachodzie wszyscy mówią sobie na ty, nie ma tam dystansów, hierarchii, choć prawda jest taka, że jest tam i hierarchia, i nierówności. Nasze postrzeganie Zachodu to czysta fantazja o tym, że na tamtejszych czystych chodnikach chodzą zrelaksowani, życzliwie uśmiechnięci, tolerancyjni, zasobni, dobrze wykształceni i dojrzali obywatele, którzy lepiej od nas traktują zwierzęta i środowisko, częściej myją zęby, cenią i szanują inne kultury.
– – zaznacza dr hab. Małgorzata Jacyno –– przekonuje ekspertka.
Innowacyjny rozkład jazdy?
Część naukowców podnosi, że w zglobalizowanym świecie wyczerpała się idea postępu. Nie ma już ani więcej dóbr, ani więcej pokoju, zatruliśmy środowisko, kryzys przechodzi w kryzys. Wymyślono więc kolejnego bożka – innowację, która zastąpiła postęp. Problem jednak w tym, że jak wynika z doświadczeń historycznych, kultura, żeby się rozwijać, potrzebuje również czasu na reprodukcję. Czasu, spokoju i przewidywalności.
– – zauważa dr hab. Małgorzata Jacyno.
Marnym pocieszeniem jest w tej ocenie historia, która uczy, że gdy społeczeństwa się bogacą, zaczynają doceniać kulturę wyższą. Poszukując jej, stają się bardziej wymagające, krytyczne wobec narzucanych wzorców. W Polsce jednak taki kierunek rozwoju społecznego jest mocno utrudniony. Brakuje nauczycieli, którzy mogliby uczyć kultury medialnej, rozdzielania propagandy od informacji, wskazywać na wartości, wyjaśniać, dlaczego coś należy uznać za dobre, a coś za miałkie. Szkoły tego nie uczą, na studiach też jest niewiele takich zajęć. Bez wychowywania w nowym duchu, pracy od podstaw, kolejne pokolenia będą dorastać bez umiejętności rozróżniania amatorów od profesjonalistów, wysokiej jakości od niskiej.
– – podkreśla dr Marek Palczewski, medioznawca z SWPS w Warszawie.
Dzisiaj twórczość jest deficytem, króluje odtwórcze naśladownictwo. To niestety nic nowego, historia naszego kraju jest pełna takich przykładów. Przeżywaliśmy germanizację, orientalizację... Nawet „Listy z podróży do Ameryki” Henryka Sienkiewicza nie są zbytnio oryginalne, bo wcześniej przecież były „Listy z Rosji” markiza Astolphe'a de Custine.
– – zauważa dr Magdalena Tomaszewska-Bolałek, kierownik Food Studies na Uniwersytecie SWPS w Warszawie.
Małpa czy geniusz?
Na edukacyjną rolę mediów też nie ma co już liczyć. Powtarzają zagraniczne formaty, wszelkiego rodzaju show, dominuje prymitywna rozrywka. Z jednej strony słyszymy slogany o konieczności gloryfikacji historii, polskości, ale tego nie robimy. Nie powstają np. gry o charakterze historycznym, no może poza paroma rodzynkami, jak planszówka o Powstaniu Warszawskim. Kiedyś najchętniej oglądanym w Polsce programem telewizji było MTV. Oczywista reakcja na lata siermiężnego PRL. Telewizja ta zaświeciła niczym gwiazda, pełna blichtru, luksusu i celebrytów. Zachłysnęliśmy się tym jednak zupełnie, nie mając rodzimej atrakcyjnej kontrpropozycji. Zachwyt blaskiem był tak silny, że kolejne stacje, by zaistnieć, musiały być jeszcze bardziej atrakcyjne, jeszcze bardziej błyszczeć, mieć ciekawszych celebrytów, ociekać większym luksusem. Tego żądali widzowie.
– – opisuje dr Marek Palczewski.
Efekty widać w postawach społecznych, gdzie zamiast podejmowania decyzji na podstawie analizy, przemyśleń czy wiedzy przyjmujemy gotowe wzorce. Innymi słowy, kopiujemy postawy. Dlatego nie ma publicznej dyskusji np. o tym, kto i dlaczego wplątał Lecha Wałęsę we współpracę, tylko poprzestajemy na stwierdzeniu faktu, a nawet nie faktu, tylko oceny – albo Wałęsa to na pewno agent, albo Wałęsa to na pewno nie TW Bolek. Nie odczuwamy potrzeby zastanowienia się np. nad odpowiedzialnością osób, które kierowały bezpieką. Nad tym, jaki był cel ich działania i czy miało to wpływ na późniejsze lata, włącznie z czasami obecnymi. Rozpala nas tylko spór o to, czy Wałęsa był „Bolkiem”. Skutki są już za trudne.
– – zaznacza medioznawca z warszawskiej SWPS.
Winny jest m.in. polski system szkolnictwa, który niezmiennie od dziesięcioleci nie zachęca do kreatywności, dąży do równania do średniej. W zachodnim świecie od najmłodszych lat wymaga się od uczniów myślenia, podejmowania własnych decyzji. U nas młodzi dorastają w przekonaniu, że wybijanie się oznacza tylko kłopoty, że wygodniej i efektywniej jest dostosowywać się do zastanych okoliczności, wykorzystywać sprawdzone wzorce niż wykazywać aktywność i iść pod prąd. Nawet wiedzę sprawdza się w testach, gdzie nie trzeba udzielać oryginalnych, samodzielnie opracowanych odpowiedzi, tylko wybrać z zestawu już gotowych. W takim systemie fartowna małpa może się okazać geniuszem.
Niestety, internet, który dał każdemu praktycznie nieograniczone możliwości zarówno zaistnienia, jak i weryfikacji, wyrównując szanse, niewiele zmienił w społecznych postawach Polaków. Informatyka w naszych szkołach wciąż pozostaje nauką używania Worda, a to już stanowczo za mało. Nie budujemy w młodych ludziach poczucia własnej wartości opartej na zdobywaniu doświadczeń, także tych związanych z porażkami, nie zachęcamy do odwagi, do zmierzenia się z ryzykiem podjęcia własnej decyzji, do kreatywnego sięgania po nowe technologie, ich przerabiania, nieustannego poszukiwania innych, nietypowych rozwiązań.
– – podsumowuje Jakub Kuś z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu.