p

Reklama

Paweł Śpiewak*

Jak premier zdominował politykę

Kiedy Lech Kaczyński był jeszcze posłem, bardzo mocno zareagował na moją radiową wypowiedź, że w Sejmie IV kadencji (2001 - 2005) nie ma inteligentów. Przypomniał mi, że on i jego brat zasiadają w poselskich ławach, więc lepiej żebym uważał, co mówię. Ta anegdota nie tylko pokazuje egocentryzm Kaczyńskich, ale także wiele mówi o tym, jak widzą oni polską inteligencję. Z socjologicznego punktu widzenia jest to wizja dość szczególna. Takie biograficzne szczegóły z życia Kaczyńskich jak żoliborskie pochodzenie, potem studia na Uniwersytecie Warszawskim czy późniejsza praca naukowa zgadzają się z potoczną definicją tego, co znaczy być inteligentem, ale widać, że obecny premier i prezydent są inteligentami dość szczególnego rodzaju. Tym, co cechuje wielu polskich inteligentów, jest powściągliwość w krytycznym czy samokrytycznym ocenianiu niedawnej przeszłości peerelowskiej. To dlatego po upadku komunizmu polscy inteligenci próbujący się odnaleźć w nowych warunkach - w końcu system trwał przez pełne dwa pokolenia - w dużej części zaakceptowali projekt ideowy promowany głównie przez "Gazetę Wyborczą", lecz także przez "Tygodnik Powszechny" i "Politykę". Istotą tego projektu było blokowanie jakiejkolwiek próby refleksji nad przeszłością i rozliczenia się z nią. Dla osób takich, jak Herling-Grudziński, Herbert, Trznadel nie było miejsca w tych pismach.

To stąd wynikał sprzeciw inteligentów wobec lustracji, a z drugiej strony - determinacja PiS, by ją przeprowadzić i objąć nią takie grupy zawodowe jak nauczyciele akademiccy i dziennikarze. Jarosław Kaczyński nie miał bowiem wątpliwości, jak opisać to, co było, wiedział również doskonale, co być powinno. Dał temu wyraz na przełomie lat 80. i 90., kiedy był redaktorem naczelnym "Tygodnika Solidarność".

Wizja Kaczyńskiego zawiera się w dwóch fundamentalnych przekonaniach. Po pierwsze, głównym zagrożeniem dla Polski jest pozostała po komunizmie nomenklatura, która samowolnie uwłaszczyła się na państwowym majątku. Jej istnienie, twierdzi, zaburza funkcjonowanie wolnego rynku, ponieważ jedna grupa jest uprzywilejowana. Ogranicza też wolność mediów, ponieważ pozostają one pod kontrolą oligarchów związanych z dawnym obozem oraz niszczy państwo - ponieważ tworzy podwójną lojalność urzędników. Tak więc warunkiem budowy nowej i naprawdę wolnej Polski jest, według Jarosława Kaczyńskiego, odcięcie się od komunistycznej przeszłości i tego, co po niej zostało. Stąd walka z "układem" i z "bogatymi", którzy zyskali swój majątek w sposób moralnie naganny. Z socjologicznego punktu widzenia teza ta nie jest pozbawiona sensu i nie należy zbywać jej niedbałym machnięciem ręką, jak czynią to politycy pokroju Aleksandra Kwaśniewskiego czy publicyści tacy jak Jacek Żakowski. Czym innym jednak jest diagnoza socjologiczna, a czym innym diagnoza prawna - przeprowadzenie gruntownej dekomunizacji, odebranie majątków dawnym komunistom, ich spadkobiercom i kuzynom nie wydaje się wykonalne. W dodatku, w ciągu prawie 20 lat, które upłynęły od momentu, gdy Kaczyński formułował swoją diagnozę, polski kapitalizm uległ głębokim przeobrażeniom, a gospodarka z narodowej stała się częścią gospodarki globalnej. W konsekwencji starcie Kaczyńskiego z postkomunizmem przestaje mieć wymiar praktyczny, a zyskuje wymiar religijny, manichejski bądź też marksistowski, bo nomenklaturę można przecież postrzegać jako klasę wyzyskiwaczy, którą trzeba zwalczać w imię dziejowej sprawiedliwości. Bez względu na to, jak ocenimy taką interpretację rzeczywistości, trzeba przyznać, że okazała się ona atrakcyjna dla polskiego społeczeństwa - co stanowi niebagatelny problem dla opozycji. I nie zmienią tego ani wynik wyborów, ani przetasowania personalne. Radosław Sikorski porzucił PiS i zdecydował się kandydować z list Platformy, ale nie porzucił PiS-owskiej wizji świata i PiS-owskiego języka. Czym zresztą miałby je zastąpić? Przedwyborczy przekaz PO ogranicza się przecież, jak na razie, do stwierdzenia, że PiS używa agresji i że, ogólnie mówiąc, nie są to mili ludzie. To prawda. Ale jaka z tego ma wynikać wizja przyszłości Polski? Tak długo, jak taka wizja się nie pojawi, centralnej pozycji Kaczyńskiego w polskiej polityce nic nie zagrozi.

Drugim elementem wizji Jarosława Kaczyńskiego jest akcentowanie katolickiego i tradycjonalistycznego wymiaru wspólnoty narodowej oraz zjednoczenie polskiej prawicy na podstawie tej retoryki. O ile jego pragnienie zniszczenia układu jest oczywiste, to tu najwyraźniej odniósł sukces - po najbliższych wyborach z Sejmu znikną konkurencyjne wobec PiS siły konserwatywno-narodowe, a pozycja Kaczyńskiego jako lidera prawicy już teraz nie budzi wątpliwości. Jego przywództwo uznali zarówno konserwatywny liberał Religa, jak i skrajni nacjonaliści jak Wrzodak i ksiądz Rydzyk. Jednak sukces Kaczyńskiego w ożywieniu polskości jako kategorii politycznej oznacza również wzmocnienie bezrefleksyjnej odmiany polskiego patriotyzmu. To z kolei wyznacza dominującą chyba dziś oś podziału, bo dla wielu ludzi - i większości inteligentów - istotą patriotyzmu jest nieustanna dyskusja z przeszłością. Kaczyński, mimo że to on osobiście powstrzymał Giertycha przed wykreśleniem Gombrowicza z listy lektur, jest głównym oponentem gombrowiczowskiego dążenia do uniwersalizmu, chęci dostrzeżenia poprzez doświadczenie polskości także człowieka, a nie tylko Polaka. Zawężenie polskości do katolicko-martyrologicznego nurtu może okazać się największą szkodą, jaką Kaczyński wyrządzi Polsce.

Mimo wszystko byłbym raczej spokojny o stan i przyszłość polskiej demokracji. Jarosław Kaczyński to bardzo twardy polityk, jeden z niewielu, którzy postrzegają politykę w kategoriach zaproponowanych przez Carla Schmitta, czyli jako egzystencjalny konflikt. W dodatku, wydaje się on wierzyć, że konflikt odgrywa rolę pozytywną, że oczyszczające i wyjaśniające konsekwencje, jakie przynosi wspólnocie politycznej, są większe i ważniejsze od moralnych i materialnych kosztów, które się z nim wiążą. Działanie w warunkach permanentnego konfliktu - a bez konfliktu dla Kaczyńskiego nie ma polityki - wymaga bardzo silnego przywództwa partyjnego graniczącego z autorytaryzmem. Inaczej niż wszyscy poprzedni premierzy Kaczyński nie deleguje kompetencji, nie daje swoim ludziom swobody działania, by po pewnym czasie rozliczyć ich z rezultatów, lecz na bieżąco wydaje polecenia. Nadzór szefa rządu jest dziś większy niż w którymkolwiek z poprzednich gabinetów po 1989 roku - jest wręcz zdumiewający. Jednak te wynikające z charakteru premiera tendencje do narzucania innym swoich rozwiązań nie oznaczają, że nie jest on demokratą. Podobnie używanie tajnych służb i działanie na granicy prawa w słusznej - jak sam uważa - sprawie nie oznaczają, że chce Polski autorytarnej.

Paweł Śpiewak

p

*Paweł Śpiewak, ur. 1951, socjolog, historyk idei. Jeden z najbardziej znanych polskich liberałów. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim, w Sejmie V kadencji był posłem z ramienia PO. W latach 80. związany z "Solidarnością", autor jednych z pierwszych prac popularyzujących najważniejsze dzieła zachodniej myśli liberalnej i konserwatywnej, m.in. w książkach: "Ideologie i obywatele" (1991), "W stronę wspólnego dobra" (1998). Wielokrotnie publikował w "Europie" (ostatnio w nr 172 z 21 lipca br. ukazał się wywiad z nim "O bezrefleksyjnej modernizacji"), był także gościem czerwcowej Debaty Dziennika z udziałem Alaina Finkielkrauta.