*
Jarosław Kaczyński jest polskim politykiem. To tylko pozornie banalne stwierdzenie. Bo Kaczyński jest politykiem z powołania. A to nie znaczy - jak w większości przypadków - tylko tyle, że zajmuje się polityką przez całe swoje życie i nie potrafiłby robić nic innego bez dojmującego poczucia deprywacji. Tak rozumianych polityków z powołania - i nie do odwołania - jest bowiem w Polsce (i nie tylko w Polsce) na pęczki. Ale dla polityka z powołania to, co robi, nie jest jedynie środkiem do uzyskania innych cennych dóbr. Uprawia on politykę nie po to, by się wzbogacić, by dogodzić swej próżności, pokazując się publicznie, demonstrując swą władzę i osobiste (realne bądź urojone) przymioty, nie po to też, by zajmować jakieś stanowisko, nawet premiera, by cieszyć się władzą, jej symbolami i gadżetami, by zapokoić apetyt kulinarny i seksualny lub załatwić coś rodzinie i przyjaciołom. Dla polityka z powołania działanie polityczne jest celem, sposobem istnienia. Mamy w Polsce samorządowców, estradowców, polityków-publicystów i publicystów-polityków, działaczy partyjnych, ideologów, administratorów (najczęściej kiepskich), ale tak rozumianych polityków z powołania jest niewielu. Polityków lubiących w polityce nie tylko to, co stanowi jej formy łagodne i wtórne - dyskusję lub debatę, dobijanie targu, zarządzanie zasobami kadrowymi i materialnymi, wygłaszanie mniej lub bardziej mądrych przemówień i medialny spektakl - lecz to, co stanowi jej skandaliczny dla ponowoczesnego liberalnego umysłu rdzeń: konflikt, w którym może być tylko jeden zwycięzca, walkę na polityczną śmierć i życie. Nas, którzy nie jesteśmy politykami, spory i konflikty szybko męczą. Zbyt łatwo szukamy świętego spokoju, pozornej nawet zgody, zbyt jesteśmy łatwowierni i ufni. Jarosław Kaczyński żyje w konflikcie jak salamandra w ogniu, nie spala się w politycznej wojnie, lecz odżywa, gdy przeciwnicy zdradzają już objawy wyczerpania czy wręcz obłędu (vide ostatnie konwencje partii opozycyjnych). Sama walka, sama gra dostarcza mu satysfakcji, walczy, by wygrać, a wygrana nie ma smaku bez ryzyka porażki. Im silniejszy przeciwnik, tym większa satysfakcja z wygranej. Z Kaczyńskim nie można się "dogadać", jeśli nie dostrzeże on w tym kroku wiodącego ku jego własnemu zwycięstwu. Środki dobiera zupełnie pragmatycznie. "Pierwiastek" był dobry, dopóki był sens o niego walczyć, Lepper był dobry tak długo, jak długo wydawał się niezbędny. Nie można nawet zupełnie wykluczyć, że po wyborach miejsce Giertycha i Leppera mogliby zająć Szmajdziński z Olejniczakiem - by podzielić los poprzedniej dwójki.
Jarosław Kaczyński nie jest jednak tylko politykiem, jest politykiem polskim. Nie w tym znaczeniu, że jest politykiem urodzonym w Polsce i nie w tym tylko, że uprawia politykę w polskich warunkach - bez trwałych instytucji, bez partii z prawdziwego zdarzenia, w kraju podlegającym różnorodnym i często bezczelnym naciskom z zewnątrz, z elitą o postkolonialnej mentalności, w kraju niezbornym, konfederacyjnym, kraju pospolitego ruszenia. Jest politykiem polskim, bo Polska nie jest dla niego czymś, co stanowi tylko przypadkową przestrzeń działania. On w swoim najgłębszym przekonaniu gra o Polskę. Jego punktem odniesienia jest Polska - i nic więcej. Tylko Polska. Dla wielu innych polityków jest ona ciężarem, garbem lub co najwyżej trampoliną. Marzą o pozycji w świecie, rozkwitają (często jedynie we własnym mniemaniu) na europejskich salonach, umierają z nudów i wstydu na polskiej prowincji. Skoro zaś nie mogą być kanclerzami Niemiec, kongresmanami lub francuskimi ministrami, ich największym pragnieniem jest wysoka pozycja w organizacjach międzynarodowych, śnią o tym, by być Kofi Annanem czy Paulem Wolfowitzem, i nie ma dla nich większego wyrazu uznania niż poklepanie przez potężnego władcę tego świata w rodzaju George'a Busha albo przejście z nim na "ty". Kolekcjonują wyimaginowane przyjaźnie jak inni zegarki (czasami kolekcjonują też jedne i drugie). Kaczyńskiemu Polska zupełnie wystarcza. Mało jest w Polsce ludzi, którym Polska wystarcza w tak wielkim stopniu. I jest rzeczywiście przekonany, że nie żadna ontologiczna różnica, lecz co najwyżej nieistotna przypadłość wynikająca z niesprzyjających i niezawinionych okoliczności historycznych oddziela ją od przodujących krajów świata. Ta Polska to nie obecni mieszkańcy Polski i nie obecne polskie elity. Ta Polska jest w "głębi", a zstępując do niej, nie należy się powtrzymywać z wyrażaniem pogardy dla skorupy, nawet w drastyczny, choć zalecany przez wieszcza sposób.
Dlatego właśnie, że Kaczyński jest politykiem polskim, zarzuca się mu anachroniczność, nieznajomość świata, a za granicą ciasny nacjonalizm, nie mówiąc już o najgorszym występku - antyniemieckości. Jest przecież zrozumiałe, że komuś może wystarczać Francja, ale Polska? Nie ma już, powiada się, ani takiej polityki, ani takiej Polski (a może nawet nigdy nie było) - nie ma także żadnej potrzeby, by one były. Ważniejsze są inne rzeczy: kooperacja, administracja, stabilizacja, demokracja, liberalizm, dobrobyt, społeczeństwo obywatelskie. Lepiej jest się modernizować, liberalizować, bogacić i cywilizować - nawet bez Polski, jeśliby miała ona te procesy opóźniać lub udaremniać. A wszystko, zwłaszcza historia w wydaniu III RP, zdaje się wskazywać, że tak właśnie jest.
Jeszcze nigdy żaden premier nie wycisnął swą osobowością takiego piętna na polskim życiu politycznym, żaden nie ukształtował tak atmosfery w kraju. Przeciwnicy twierdzą, że PiS pod jego kierownictwem przyczynił się do brutalizacji języka politycznego, że wprowadza podziały w społeczeństwie, polaryzuje go według arbitralnych kryteriów, wzniecając niedobre emocje - zawiść, agresję, nieufność. Wypomina się premierowi małostkowość, pamiętliwość, arbitralność i zmienność ocen, niepotrzebne poniżanie przeciwników czy skłonność do dezawuowania osób, które przestały z nim współpracować. Ci, którzy formułują te i inne oskarżenia, mają jednak problem z wyjaśnieniem, dlaczego ostry język, którego używa Kaczyński, jest tak politycznie nośny. Otóż dlatego, że bardzo często trafia w sedno. Dzięki jaskrawości, przerysowaniu uwidacznia to, o czym wszyscy doskonale wiedzą. Wiemy, co Kaczyński ma na myśli, gdy mówi o "łże-elitach" albo o tym, że "Gazeta Wyborcza" jest jak "Trybuna Ludu" z 1953 roku.
III RP klajstrowała podziały. A przecież wśród Polaków tlił się konflikt sięgający czasów wojny domowej okresu powojennego. Wtedy dokonała się zasadnicza wymiana elit drogą eliminacji fizycznej, społecznej i politycznej. Rok 1989 był radykalniejszym powtórzeniem 1956. Rządzący zręcznie ustawili się w pozycji reformatorów i demokratów, umiarkowaną opozycję włączono w struktury władzy, dokooptowano do elit. Wpleciono niektóre wątki polskiej historii narodowej w oficjalną narrację - ale bez nadmiernego ich akcentowania. Przykładem może być Powstanie Warszawskie. Brutalnie wypychano ze sfery publicznej wszystkich, którzy podważali ten konsens. Wzajemna adoracja zawsze była podszyta agresją wobec politycznych przeciwników. W ramach pluralizmu orzeczono, że może być tylko jedna polityka gospodarcza, jedna polityka historyczna i jeden model demokracji.
Teraz na tych, którzy zadawali ukryte ciosy, posypały się publiczne razy. Natężenie konfliktu sprawia, że następuje proces autodemaskacji, spadają maski mężów stanu, niezależnych ekspertów, obiektywnych dziennikarzy. Zbiorowy cesarz III RP stanął przed nami nagi, bez ideologicznego disco polo, bez namaszczonego tonu, bez nimbu wszechwiedzy. I tak jest lepiej - dzisiaj już wiemy, co wybieramy.
Ten renesans polityczności w Polsce jest także odpowiedzią na to, co dzieje się w świecie, w Europie. Europa przestała być klubem równorzędnych państw. Toczy się w niej ostra walka o przywództwo. O tym, że rdzeń Europy traktuje Europę Środkowo-Wschodnią jak obszar podporządkowany, wie każdy uczciwy polski dyplomata. Dotychczas wydawało się, że jedyną sensowną reakcją jest spuszczenie pokornie głowy lub podlizywanie się "centrom decyzyjnym". Okazało się jednak, że można się "stawiać".
Jarosław Kaczyński jest dominującą postacią na polskiej scenie politycznej. Nie tylko dlatego, że zasady programu PiS są słuszne i lepiej pasują do obecnej sytuacji. Panuje on całkowicie nad swoją partią. Co więcej, wyznacza sposób myślenia opozycji. Nawet jego przeciwnicy - jak Władysław Frasyniuk - przyznają, że słabość tej ostatniej polega na tym, iż nie ma ona lidera na miarę Kaczyńskiego. Donald Tusk jest przywódcą na inne, spokojniejsze czasy. Mógł być kiedyś lepszą, uczciwszą wersją Aleksandra Kwaśniewskiego. Jaka szkoda, że nie wybraliśmy go w 1995 lub 2000 roku. Kwaśniewski, żywy symbol III RP z jej niezaprzeczalnymi sukcesami, ale i blichtrem i marnością, pozbawiony retuszu dokonywanego przez aparat doradców, popełnia błąd za błędem, stając się obciążeniem dla całej opozycji, łącznie z PO. Lepper i Giertych zostali podsunięci opozycji, w której zadziwia liczba byłych ministrów obrony - od Szmajdzińskiego i Onyszkiewicza przez Komorowskiego do Sikorskiego, który teraz niezbyt stylowo do nich dołączył.
Nie ulega wątpliwości, że w ciągu następnych lat Jarosław Kaczyński pozostanie dominującą postacią polskiej sceny politycznej, nawet jeśli przegra najbliższe wybory. I to już samo w sobie jest szokujące dla wielu zewnętrznych obserwatorów i dla tych, którzy w Polsce jeszcze niedawno krzyczeli, że trzeba dobić PiS. Okazuje się, że nie chodzi o zjawisko przejściowe, które można przeczekać lub unicestwić. Lepiej je zrozumieć. Lepiej się zastanowić, co i jak uczynić, by dekonstrukcja przeszła w konstrukcję, a rozbijanie skorupy w wydobywanie Polski z głębi na cywilizacyjną powierzchnię.
p
, ur. 1953, socjolog, publicysta. Profesor uniwersytetu w Bremie i warszawskiego UKSW. Zajmował się m.in. niemiecką socjologią i filozofią polityki, wprowadzał do polskiego obiegu intelektualnego dorobek Maksa Webera. Jego najważniejszymi publikacjami naukowymi są "Upadek idei postępu" (1991) oraz "Postmodernistyczne rozterki kultury" (1996). Przez krytyków nazywany czołowym ideologiem IV RP, jest autorem książki "Demokracja peryferii" (2004) ukazującej patologie polskiego życia publicznego po roku 1989. Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nr 166 z 9 czerwca br. opublikowaliśmy wywiad z nim "Prawica musi zadbać o państwo".