W XX wieku być może największym anglojęzycznym poetą regularnie pisującym ody był W. H. Auden. Wydanie jego "Wierszy zebranych" w edycji Edwarda Mendelsona z 1976 roku zawiera kilkadziesiąt utworów, które można by zakwalifikować jako ody. W literaturze starożytnej oda istniała w dwóch odmianach: pindaryjskiej (od Pindara, poety greckiego z przełomu VI i V wieku p. n. e.), która miała cechy liryki chóralnej o tematyce religijnej, oraz horacjańskiej (od Horacego), która miała cechy liryki indywidualnej o tematyce osobistej. Auden wydaje się łączyć te dwa typy poetyckiej wypowiedzi: obserwacja podmiotu lirycznego staje się u niego pretekstem do ogólniejszych rozważań na temat różnych aspektów współczesności. W ten sposób w odach Audena tradycja antyczna stapia się z modernistyczną wrażliwością: porządkują one świat, nadając mu sens utracony w politycznej i technologicznej zawierusze XX wieku. Bo oczywiście dla Audena ten sens jeszcze istniał i najwyższym powołaniem poety było go ocalić.
p
Nasze ciało jest uformowaną rzeką
Novalis
Wyrwana z wojowniczej przeszłości, z łoskotu
czołowych kolizji chmur i skał, w krainie
wypiętrzonych rozpadlin, lawin i trolli, zabójczych
dla wszystkiego, co oddycha,
rozdziera nam widok poniżej linii topnienia,
gdzie skute jeziora leżą pod gniewnym kręgiem, w krainie
kozich dzwonków, wiatrochronów, wędzisk, górniczych lamp,
za pan brat
ze stylem bycia i gestami, z których bierze się jej łagodność,
płynie, jak powinna, przez jakąkolwiek podupadłą krainę,
wciąż anonimowa, wciąż dająca się przeskoczyć, a jej strumienie
zapuszczają sądujące zakola.
Już wkrótce osiąga rozmiar godny nazwy i staje się powodem
brudnych walk między wrogimi siłami, mknie przez krainę
rurociągów i turbin, jakby spadała w dół
stromych schodów,
aż wybucha pianą w krętym wąwozie wyciętym w miększych
warstwach, obrębiona niebosiężną granią, w krainie
wyzyskiwaczy, lin holowniczych, dróg przewozu, która jest
zmorą kupców.
Wylewa się z przedgórza, najpierw w ciszy meandrów,
później w zmarszczonych warkoczach, i płynie starą krainą,
pyszniąc się na szerokim płaskowyżu winnic i tłoczni cydru,
jej królewski trakt
zdobią przez chwilę dygresję topoli, a następnie
kominów: wpada do chłodzącej i piorącej retorty, w krainie
młotów parowych i gazometrów, które zmieniają
jej barwę.
Raz szeroka, raz wąska jak bruzda, zależna od faz księżyca,
zmącona prochem odpadów, obmywa bardziej płaską krainę,
monotonną, gorącą, gdzie sterczą hale odziarniarek,
i wreszcie zbliża się
do miejsca pływów i tam gubi majestat,
ulegając dezintegracji, i w bagnach delty, w krainie
żerdzi, broni na ptactwo, szczypców do ostryg, trudzi się
nad swym ostatecznym
aktem kapitulacji, wymazania, pojednania
w ogromnym amorficznym zbiorowisku - to już nie kraina,
o której śni słodkie, utulone dziecko, lecz obraz
śmierci jako
sferycznej kropli życia. Szpetne potwory,
jak chcą nasze opowieści, też mogą trafić do nieba,
choćby jako woda, bezinteresowna matka
wszystkiego, co wyjątkowe.
lipiec 1966