Jeden z czołowych badaczy najnowszej historii Polski analizuje sposoby pisania o genezie i istocie III Rzeczypospolitej. Zauważa, że wokół wydarzeń ostatniego dwudziestolecia narosły dwa alternatywne mity, oba skoncentrowane na negocjacjach przy Okrągłym Stole. U źródła obydwu legło przekonanie, że obóz władzy - PZPR i SB - były w ostatnim okresie PRL silniejsze niżby wynikało z wyników wyborów 4 czerwca 1989 roku. Według zwolenników i propagatorów "białej legendy" - skupionych według Dudka wokół "Gazety Wyborczej" - komuniści wcale nie musieli się zgodzić na negocjacje z opozycją. To, że się zgodzili, a następnie potulnie oddali władzę, daje im demokratyczną legitymację i status współzałożycieli III RP.
Zwolennicy "czarnej legendy" - którzy z reguły są również zwolennikami PiS-owskiego projektu stworzenia IV RP - uważają z kolei, że siła komunistycznego aparatu była tak wielka, że zdołał on utrzymać kontrolę nad polską rzeczywistością aż do roku 2005. Zgodnie z tą interpretacją, przy okrągłym stole (pisanym małymi literami) negocjowali nie komuniści z opozycją, lecz "komsomolcy" z "ubekami", a obie te grupy dobrały sobie partnerów spośród działaczy "Solidarności" - odpowiednio środowiska Michnika i Wałęsy.
Antoni Dudek dystansuje się wobec obydwu powyższych interpretacji, zwracając uwagę na szerszy, międzynarodowy kontekst narodzin III Rzeczypospolitej. "Na przełomie lat 80. i 90. system komunistyczny chwiał się w całym imperium sowieckim - pisze. - Do jego upadku doszłoby w Polsce niezależnie od okrągłostołowych negocjacji".
Czy istnieje jakaś granica dla naginania prawdy o najnowszej historii Polski? Nie istnieje i już wkrótce, za sprawą rozkręcającej się kampanii wyborczej, otrzymamy kolejne tego dowody
p
*
W połowie września walczący o głosy politycy przypomnieli sobie o Wincentym Witosie. Kiedy tylko Jarosław Kaczyński odwiedził Wierzchosławice, działacze PSL nie omieszkali przypomnieć, że minister Zbigniew Ziobro odmówił im wniesienia kasacji na korzyść Witosa i innych skazanych w procesie brzeskim w 1932 roku. Doniosła o tym w obszernym artykule "Gazeta Wyborcza", tradycyjnie troszcząca się o godne miejsce w historii Polski dla bohaterów ruchu ludowego. W tekście zabrakło pytania do Waldemara Pawlaka, dlaczego on sam nie zajął się tą sprawą, kiedy był szefem rządu. Dziś Pawlak, do którego obalenia na początku 1995 r. "Gazeta Wyborcza" znacząco się przyczyniła, jest po właściwej stronie politycznej barykady. Jednak po wyborach, jeśli PSL odważy się na koalicję z PiS, będziemy mogli zapewne przeczytać, że Pawlak podąża śladami Witosa, który przed przewrotem majowym był poplecznikiem endecji, a prosty lud piętnował go porzekadłem: "Za rządów Witosa Polska głodna i bosa".
Incydent z niedoszłą rehabilitacją Witosa dobrze ilustruje instrumentalny sposób traktowania historii, zwłaszcza tej najnowszej, przez polityków. To ich dziełem, w większości opartym na kruchej publicystycznej podstawie, są dwie przeciwstawne wizje historii Polski po 1989 roku. Nie są one oczywiście do końca wykrystalizowane i występują w wersjach o różnym poziomie radykalizmu. Niemniej z uwagi na występujący w nich silny ładunek emocjonalny w połączeniu z celowym przemilczaniem (a niekiedy wręcz przeinaczaniem) niewygodnych faktów, można je z powodzeniem określić mianem białej i czarnej legendy III RP. Przez długie lata biała legenda, której głównym promotorem była redakcja "Gazety Wyborczej" oraz podążająca jej śladem większość mediów, była dominująca, a jej krytycy musieli się zadowalać niskonakładowymi pismami oraz książkami, dla których z trudem znajdowało się miejsce w większych księgarniach. Ten stan rzeczy zaczął się zmieniać dopiero w połowie obecnej dekady, kiedy po aferze Rywina, która zachwiała wiarygodnością "Gazety Wyborczej", doszło do głębokich przesunięć na scenie politycznej symbolizowanych przez podwójne zwycięstwo PiS w 2005 roku, a także przemian w świecie polskich mediów, przywracających większą równowagę między różnymi opcjami ideowymi. Część gwałtownego sporu politycznego, którego jesteśmy świadkami za sprawą trwającej kampanii wyborczej, ma swoje źródła właśnie w zderzeniu dwóch diametralnie odmiennych wizji dotychczasowej historii III RP oraz w zburzeniu istniejącej między nimi od lat dysproporcji w zakresie ich oddziaływania.
Punktem wyjścia obu wizji, a zarazem mitem założycielskim III RP, jest oczywiście Okrągły Stół. To bardzo ważne, ale bynajmniej nie przełomowe wydarzenie w historii najnowszej Polski zostało za sprawą tysięcy poświęconych mu artykułów i programów telewizyjnych znacząco przewartościowane. Dotyczy to zarówno jego apologetów, jak i zajadłych krytyków upatrujących w kontrakcie Okrągłego Stołu praźródła wszelkiego zła, jakie dotknęło III Rzeczpospolitą. Zacznijmy od apologetów. "Jesień Ludów rozpoczęła się 6 lutego 1989 roku w Polsce. Okrągły Stół zmienił nie tylko nasz kraj. Był punktem zwrotnym w najnowszej historii Europy i świata. To, co wydarzyło się wówczas w Warszawie, uruchomiło długi ciąg następnych, ważnych (...) zdarzeń, łącznie z obaleniem Muru Berlińskiego i końcem Związku Radzieckiego" - napisał Aleksander Kwaśniewski we wstępie do sfinansowanego przez Kancelarię Prezydenta pięciotomowego wydawnictwa na temat Okrągłego Stołu. Problem w tym, że tez byłego prezydenta nie potwierdzają ustalenia historyków. W wydanej w tym roku książce poświęconej upadkowi muru berlińskiego Tytus Jaskułowski, który dokonał błyskotliwego podsumowania dorobku historiografii niemieckiej w tym zakresie, przekonuje, że wpływ wydarzeń nad Wisłą na to, co działo się w NRD, był bardzo ograniczony i sprowadzał się do przejmowania przez tamtejszą raczkującą opozycję niektórych wzorów działania polskich opozycjonistów. Z kolei o wpływie, jaki na czechosłowacką aksamitną rewolucję miały wydarzenia 1989 roku w Polsce, najlepiej mówi częstotliwość pojawiania się nazwisk Lecha Wałęsy i Wojciecha Jaruzelskiego w głównej monografii tego wydarzenia autorstwa Jiří Suka ("Labyrintem revoluce", Praga 2003). Wymienia on je w liczącej ponad 500 stron książce zaledwie dwa razy i ocenia, że zarówno władze, jak i czechosłowacka opozycja bardziej interesowały się rozkładem reżimu komunistycznego na Węgrzech, który początkowo biegł równolegle z analogicznym procesem w Polsce, a latem 1989 roku zaczął go wyprzedzać.
Jednym z redaktorów wspomnianego pięciotomowego wydawnictwa był prof. Andrzej Garlicki, który poświęcił Okrągłemu Stołowi dwie książki. "Okrągły Stół był fenomenem na skalę światową. Bez rozlewu krwi, bez nawet jednej wybitej szyby dokonała się transformacja ustrojowa" - pisał w zakończeniu pierwszej z nich, a w drugiej - pod znamiennym tytułem "Rycerze Okrągłego Stołu" - opinię tę powtórzył, dodając, że "realny socjalizm (...) upadł nie w wyniku rewolucyjnego wstrząsu, spontanicznego buntu mas, lecz w rezultacie długotrwałych, chwilami dramatycznych, negocjacji elit władzy z elitami >>Solidarności<<". Garlicki doskonale wie, że w historii samej Europy mieliśmy kilka przypadków bezkrwawego przechodzenia od dyktatury do demokracji, ale nie przeszkadzało mu to pisać o "fenomenie na skalę światową". Wystarczy przypomnieć hiszpański Pakt z Moncloa z 1977 roku, który odegrał istotną - choć nie przełomową - rolę w likwidacji frankistowskiej dyktatury.
Znamienne jest też stereotypowe spojrzenie na Okrągły Stół jako na moment, w którym dalszy bieg wydarzeń w postaci upadku dyktatury był już przesądzony. "To prawda, inne stoły, organizowane przez elity, miały już miejsce wcześniej w Ameryce Południowej i w Europie Południowej" - przyznaje Jane Curry, zaraz jednak dodaje, że "był to pierwszy okrągły stół, gdzie przywódcy przyznali, że ich ideologia, której byli wierni i do której usiłowali z niewielkim skutkiem przekonać społeczeństwo, nie ma racji bytu". Curry utożsamia zatem bankructwo ideologii komunistycznej, które w rzeczywistości nastąpiło jeszcze w latach 1980 - 1981 z operacją przeniesienia centrum władzy z KC PZPR do urzędu prezydenta, co stanowiło dla ekipy Jaruzelskiego główny cel rozmów z opozycją. W tej perspektywie to nie Okrągły Stół, ale wydarzenia czterech następnych miesięcy (w szczególności wynik wyborów czerwcowych oraz błąd Jaruzelskiego polegający na desygnowaniu Kiszczaka na premiera) przesądziły o tym, że Polską co najmniej do 1995 roku nie rządził - jako prezydent PRL - generał Jaruzelski. W kwietniu 1989 roku, gdy składano podpisy pod porozumieniami Okrągłego Stołu, ta ostatnia perspektywa wydawała się całkiem realna.
Dla większości apologetów Okrągłego Stołu wspólne jest też przekonanie, że jedyną alternatywą dla niego był rozlew krwi na wielką skalę. Ignorują oni przykłady Czechosłowacji i NRD, gdzie rządy komunistyczne upadły bez żadnych negocjacji, ale i bez ofiar w ludziach, a także Węgier, gdzie wprawdzie doszło w czerwcu 1989 roku do rozmów okrągłego stołu, ale część opozycji odmówiła podpisania porozumienia końcowego i krew się bynajmniej nie polała. Za przykład służy im natomiast Rumunia, choć obalony za sprawą rewolucji grudniowej 1989 roku reżim Ceauescu jaskrawo różnił się od reżimu Jaruzelskiego.
W opozycji do lukrowanej historii Okrągłego Stołu jako "cudu" (tak nazwał go Adam Michnik) powstała jego czarna legenda. Także i ona ma wiele wersji, z których - z uwagi na jej dalekosiężność i radykalizm - przytoczę tę autorstwa Józefa Darskiego (pseudonim Jerzego Targalskiego) sformułowaną w pierwszej połowie obecnej dekady, gdy prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, a premierem Leszek Miller. "Przy okrągłym stole - przekonywał obecny wiceprezes Polskiego Radia - zasiadły cztery grupy: lewica laicka oraz komsomolcy i stara ubecja oraz zaplecze kościelne Wałęsy. W tej sytuacji okrągły stół był świadkiem rywalizacji o władzę dwu sojuszy; pierwszy personifikował tandem Michnik-Kwaśniewski, a drugi - Kiszczak (Jaruzelski)-Wałęsa. Oba środowiska zazębiały się, ale istota rozmów polegała na wyborze sojusznika. Został on, podobnie jak na Węgrzech, rozstrzygnięty bardziej na korzyść środowiska narodowo-kościelnego z Wałęsą. (...) Rząd Mazowieckiego byłby nie tyle kompromisem między opozycją a władzą, co między obu wymienionymi wyżej sojuszami. Jeżeli z tej perspektywy spojrzymy na obozy ukształtowane w okresie okrągłego stołu, stanie się może bardziej zrozumiałe, dlaczego ubecja, na której opierał się Wałęsa, a która później stała się opiekunem PO, była w konflikcie z komsomolcami i młodszą częścią kadr SB, które widziały swoją przyszłość przy Kwaśniewskim. Bardziej zrozumiały stanie się też konflikt między obozem aktualnego premiera i prezydenta". W kilku zdaniach dowiadujemy się od Darskiego, nie tylko o co chodziło w Magdalence, ale także dlaczego po latach Kwaśniewski walczył z Millerem oraz kto był akuszerem Platformy Obywatelskiej. Inni krytycy Okrągłego Stołu nie sięgają zwykle tak daleko jak Darski, ale ich cechą wspólną jest przekonanie, że doszło wówczas do zawarcia kontraktu na temat podziału władzy oraz wzajemnych gwarancji bezpieczeństwa między kierownictwem PZPR oraz "Solidarności". To, że czegoś takiego nie da się odnaleźć w - sporządzanych niezależnie od siebie - szczegółowych notatkach z rozmów w Magdalence autorstwa Krzysztofa Dubińskiego i ks. Alojzego Orszulika oraz w innych dokumentach, nie ma dla nich oczywiście większego znaczenia.
Diametralnie odmienne postrzeganie Okrągłego Stołu stało się fundamentem, na którym budowane były przeciwstawne koncepcje najnowszej historii Polski. Podstawowe założenie pierwszej z nich, już w październiku 1989 roku, określił Adam Michnik, ostrzegając, że po obaleniu komunizmu: "Idea demokratyczna zderzać się będzie teraz z tęsknotą za autokracją, idea europejska z nacjonalistycznym zaściankiem, społeczeństwo otwarte ze społeczeństwem zamkniętym". Zgodnie z typowym dla Michnika i środowiska "Gazety Wyborczej" manichejskim postrzeganiem rzeczywistości przez minione kilkanaście lat trwały zmagania z kolejnymi kandydatami na dyktatorów dążących do przekształcenia Polski w "nacjonalistyczny zaścianek". Najpierw był nim Lech Wałęsa, później jego miejsce zajął Marian Krzaklewski, a ostatnio Jarosław Kaczyński w tandemie z ojcem Tadeuszem Rydzykiem. Natomiast obóz demokratyczny i proeuropejski, wyrażający interesy społeczeństwa otwartego, obejmował najpierw zwolenników prezydentury Mazowieckiego, a potem również "proreformatorską" część obozu postkomunistycznego.
Płaszczyzną zbliżenia obu tych środowisk nie stał się jednak projekt modernizacji kraju, ale obrona dorobku rządu Tadeusza Mazowieckiego oraz przekonanie, że dla dobra wspólnego niezbędne jest uznanie funkcjonariuszy reżimu PRL za pełnoprawnych uczestników życia publicznego. Zgodę ekipy Jaruzelskiego na demokratyzację uznano za zasługę wystarczającą nie tylko do swobodnego udziału w systemie demokratycznym, ale i do zachowania uprzywilejowanej pozycji w różnych sferach funkcjonowania państwa. Stąd wziął się gwałtowny opór wobec bodaj najłagodniejszej dekomunizacji i lustracji, traktowanych jako śmiertelny zamach na fundamenty III RP.
Najbardziej spektakularny przejaw procesu zbliżania się liberałów z ul. Czerskiej i postkomunistów z ul. Rozbrat stanowił artykuł Adama Michnika i Włodzimierza Cimoszewicza "O prawdę i pojednanie", opublikowany we wrześniu 1995 roku w trakcie kampanii prezydenckiej zakończonej zwycięstwem Aleksandra Kwaśniewskiego. Jego autorzy proponowali zastosowanie mechanizmu negocjacji użytego w 1989 roku przy Okrągłym Stole do przygotowania "raportu dla prawdy i pojednania", który zawierać miał "wspólną ocenę naszej najnowszej historii". Metodą kompromisu i kolejnych przybliżeń miano na przykład ustalić, kto w 1945 roku "miał więcej racji. Czy ci, którzy zauroczeni komunizmem naiwnie chcieli zbudować lepszy świat i z upływem czasu coraz mocniej musieli zamykać oczy, by nie dostrzec zbrodni? Czy ci, którzy wybierali beznadziejny opór?". Proponowana przez Cimoszewicza i Michnika "grupa osób zaufania publicznego" miałaby rozstrzygnąć, czy więcej historycznej racji miał zetempowiec wznoszący Nową Hutę, czy też jego rówieśnik, który poszedł do lasu i zginął w obławie zorganizowanej przez bezpiekę. Sądząc jednak z ogólnego wydźwięku artykułu, w którym proponowano zastosowanie metody analogicznej do użytej w procesie pojednania polsko-niemieckiego, racja zostałaby dialektycznie przyznana obu wymienionym. Przykład ten dobrze ilustruje, że liberałowie i postkomuniści, krytykując przejawy "megalomanii narodowej" czy - jak w tym przypadku - utrudniającego dialog "jaskiniowego antykomunizmu", mają swą wizję historii najnowszej i jej bohaterów oraz antybohaterów. W gronie tych pierwszych obok intelektualistów, którzy rozstali się ostatecznie z komunizmem w okolicach roku 1968, poczesne miejsce zajmują tacy politycy jak Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek czy Jacek Kuroń. Na liście antybohaterów dominują natomiast zarówno rzeczywiści, jak i wydumani nacjonaliści i populiści. Po przejęciu władzy przez PiS to właśnie w tej partii i jej liderach zmaterializował się wielopostaciowy wcześniej przeciwnik, czyhający na polskiej prawicy od początku lat 90., by zniszczyć dokonania III Rzeczypospolitej. Takie myślenie jest szczególnie wyraźne w publicystyce Jacka Żakowskiego, Mirosława Czecha czy Waldemara Kuczyńskiego.
Punktem zwrotnym dla drugiej wizji dziejów III Rzeczypospolitej stało się obalenie rządu Jana Olszewskiego podczas pamiętnej "nocy teczek" z 4 na 5 czerwca 1992 roku. Wówczas miał się w pełni ujawnić postpeerelowski układ zbudowany przy Okrągłym Stole, za którego zwornik uważano prezydenta Wałęsę. Także i w tej wizji Polska była zagrożona przez jakąś formę dyktatury, czego koronnym dowodem miała być, skądinąd skandaliczna, działalność zespołu płk. Jana Lesiaka w UOP. Zdaniem Jarosława Kaczyńskiego, który w budowaniu czarnej wizji historii III RP odegrał bodaj największą rolę: "Polska mogła, i to całkiem szybko, stoczyć się w kierunku, jeśli nie łukaszewizacji, to w każdym razie meciaryzacji, ale takiej, która tak łatwo rządów nie oddaje. Wałęsa chciał pełni władzy. (...) Straty były ciężkie, ale przyczyniliśmy się do tego, że demokracja jednak się ostała". Demokracja w Polsce się ostała, ale kraj zamienił się we wspólny folwark sił postkomunistycznych i liberalnych, z ramienia których rządy sprawował Aleksander Kwaśniewski. Takie wydarzenia jak wejście Polski do NATO czy Unii Europejskiej stanowiły dla zwolenników tej wizji jedynie zasłonę dymną dla prorosyjskiego i proniemieckiego nastawienia rządzącej oligarchii. III Rzeczpospolita jawi się - na przykład w publicystyce "Gazety Polskiej", gdzie ten pogląd występuje w najbardziej wyrazistej postaci - jako "Ubekistan", którego demaskowanie rozpoczęło się przy okazji działań sejmowej komisji śledczej ds. afery Rywina, a swój ciąg dalszy znalazło w antykorupcyjnej krucjacie Zbigniewa Ziobry i raporcie z likwidacji WSI. "Obecne państwo polskie w swojej urzędniczo-politycznej emanacji - napisał w tym roku, po blisko dwóch latach budowy IV RP redaktor naczelny "Gazety Polskiej" Tomasz Sakiewicz - to konstrukcja wcale nie stworzona przez Michnika, Mazowieckiego czy Balcerowicza. To państwo zmajstrowane przez Jaruzelskiego, dla którego naiwność połączona z pewnego rodzaju dziecięcym cynizmem tych trzech filarów III RP była potrzebna bardziej jako przykrywka niż spoiwo". To dlatego działacze PiS przejmując kontrolę nad kolejnymi urzędami i instytucjami, mówili o ich "odzyskiwaniu", bez większych wątpliwości i wahań wyrzucając na śmietnik ich dotychczasowy dorobek.
Opisując białą i czarną wizję dziejów III RP, celowo wyostrzyłem stanowiska ich zwolenników. W obydwu można znaleźć również sądy znacznie bardziej wyważone, a przede wszystkim mniej uwikłane w bieżącą politykę. Tymczasem to właśnie dążenie do wykorzystania mocno naciąganych interpretacji wydarzeń z naszych najnowszych dziejów w celach czysto politycznych prowadzi do takich nadużyć, jak głośne wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego o Janie Rokicie w związku ze sprawą tzw. inwigilacji prawicy ("Popełnił bardzo ciężkie przestępstwo przeciwko demokracji. Poza mordami to jest najcięższe przestępstwo, jakie w ogóle można popełnić") czy Stefana Niesiołowskiego o Jarosławie Kaczyńskim ("Podobieństwo Kaczyńskiego do Gomułki jest uderzające: niechęć do inteligencji, wiara w przemoc, szkodliwe pomysły na zawłaszczanie państwa i przeświadczenie o spisku, który zagraża władzy"). Słuchając i czytając podobne zdania, można postawić pytanie, czy istnieje jakaś granica dla naginania prawdy o najnowszej historii Polski? Odpowiedź narzuca się sama: nie istnieje i już wkrótce, za sprawą rozkręcającej się kampanii wyborczej, otrzymamy kolejne tego dowody.
p
, ur. 1966, historyk i publicysta. Pracownik naukowy Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ, którego jest absolwentem. Od roku 2001 pracuje w IPN, od lutego br. jako doradca prezesa. Opublikował wiele książek, m.in. "Pierwsze lata III Rzeczypospolitej 1989 - 2001" (2002), "Komuniści i Kościół w Polsce 1945 - 1989" (2003) oraz "Reglamentowana rewolucja. Rozkład dyktatury komunistycznej w Polsce 1988 - 1990" (2004). W "Europie" nr 178 z 1 września br. opublikowaliśmy jego tekst "Trzecia fala reform".