Dziennik Gazeta Prawana logo

Tajemniczy tryumf liberalizmu

5 listopada 2007, 12:13
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Jeśli jest jakieś tajemnicze wydarzenie w historii Polski po 1989 roku, to jest nim sukces liberalizmu, o którym rozmawiają dziś w "Europie" Donald Tusk i Guy Sorman. Jak to się stało, że w państwie, w którym nie było wcześniej liberalnych instytucji, wygrał właśnie liberalizm? I to w sytuacji, gdy słowa "liberalizm" używano w nim głównie jako inwektywy? Przypomnijmy sobie lata 90. Większość nurtów polskiej prawicy traktowało liberalizm jako zgniły kompromis z permisywizmem, jako porażkę zachodniej prawicy, która na rzecz postępu zrezygnowała ze swoich wartości. Poza środowiskiem gdańskich liberałów polska prawica jako cel stawiała sobie zbudowanie alternatywy dla liberalizmu. Nie miała jej precyzyjnej wizji, jednak głęboko wierzyła w inną demokrację, inną wolność, inną gospodarkę i inny podmiot polityki, którym nie byłby zbiór jednostek. Nie lepiej było na lewicy. Ta liberalizm lubiła tylko w sferze obyczajowej, natomiast w sferze politycznej korzystała z niego instrumentalnie (jako z barwy ochronnej), nie kryjąc, że szuka trzeciej drogi. Dziś mało kto chce o tym pamiętać, ale lewica w Polsce organizowała się wokół wrogości wobec Leszka Balcerowicza oraz wokół geopolitycznej wizji równego dystansu do Zachodu i Rosji.

Ale to nie koniec. Liberalizm miał w Polsce nie tylko silnych wrogów, ale też kontrowersyjnych liderów, którzy nie przysparzali mu popularności, bo wdrażali go w zgoła nieliberalny sposób. Balcerowicz, człowiek wielkich zasług, był najbardziej despotycznym politykiem, jakiego znała III RP. On nie dyskutował, on obwieszczał. On nie namawiał, on zmuszał. Podobnie zachowywali się czołowi liberalni publicyści, którzy krzewili ideę wolności za pomocą najmniej liberalnego zabiegu - piętnowania inaczej myślących jako faszystów i antysemitów. Wszystko to sprawiało, że w oczach wielu Polaków liberalizm stawał się swoim własnym zaprzeczeniem - fanatyzmem, brakiem tolerancji, agresją.

Jednak najciekawsze w tej historii było to, że mimo wszystko liberalizm triumfował. Kolejne ekipy - i z prawa, i z lewa - dochodząc do władzy, kontynuowały liberalny kurs. Różne były ich hasła, ale ich czyny układały się w spójną linię kontynuacji. Co rodziło rozmaite spekulacje. Jeszcze pod koniec lat 90. popularne było przekonanie, że liberalizm nie jest naszym suwerennym wyborem.

Że został narzucony przez Zachód, że tzw. liberalny konsensus jest polityczną opresją albo - w łagodniejszej wersji - że jest ceną za wejście Polski do NATO, a potem do UE.

To poszukiwanie drugiego dna było naiwne, ale na swój sposób dojrzalsze niż traktowanie sukcesu liberalizmu jako oczywistości. Nie dlatego, że wierzę w spisek neoliberalnej hegemonii. Odwrotnie - to, że Zachód na swoich obrzeżach próbuje wymuszać liberalne porządki, jest naturalne, problem w tym, że mu się to z reguły nie udaje. Narzucanie liberalnych instytucji - politycznych, ekonomicznych, prawnych - jest bowiem trudniejsze niż sądzą lokalni demaskatorzy. Pieniądze Banku Światowego i MFW (czołowych misjonarzy zachodniego liberalizmu) nie są aż tak wielkie, by panować nad światem. I dlatego liberalne eksperymenty zazwyczaj kończyły się porażką.

W Polsce stało się inaczej. Donald Tusk upatruje siły polskiego liberalizmu w skuteczności jego dwóch megaliderów - Karola Wojtyły i Lecha Wałęsy. To oni potrafili liberalne standardy uczynić realnymi - co nie znaczy świadomymi - potrzebami Polaków. Zgoda. Jednak z drugiej strony pamiętam, jak po kilku latach wolności Jerzy Szacki napisał swój "Liberalizm po komunizmie". Książkę, w której z drobiazgowością, jakiej nie da się przelicytować, śledził wszystkie żywe w Polsce liberalne tradycje. I narysowana przez niego mapa nie wyglądała imponująco. Kilka małych środowisk, kilka książek, ot wszystko.

Problem oczywiście jest szerszy. Cała zachodnia politologia próbuje zrozumieć, gdzie są granice liberalnej ekspansji. Jak wiadomo, robi to bez większego powodzenia. Sukces liberalizmu zawsze jest w istocie przypadkiem, którego naturalność odczuwamy ex post. Chyba że przyjmiemy silne założenia metafizyczne, optymistyczną historiozofię zakładającą nie tylko istnienie Opatrzności, ale także jej szczególny cel, jakim byłaby wolność. Ale nawet wtedy pozostaje pytanie, dlaczego Polsce udało się go osiągnąć szybciej niż wielu innym krajom.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj