Dziennik Gazeta Prawana logo

Czemu liberalizm potknął się na Kaczyńskim

5 listopada 2007, 12:13
Ten tekst przeczytasz w 31 minut

Liberalny projekt modernizacji nie znajduje dziś w Polsce szerszego oddźwięku. Jego polityczna reprezentacja jest mało wyrazista. Projekt rozsądnego, liberalnego centrum przegrywa w starciu z różnej maści radykalizmami. Liberałowie nie potrafią stworzyć przekonującej diagnozy polskich bolączek. O tym, dlaczego tak się dzieje, zastanawiamy się na łamach "Europy" od dawna. Pytaliśmy o to znakomitych przedstawicieli liberalnej polskiej inteligencji - Pawła Śpiewaka, Ireneusza Krzemińskiego, Marcina Króla. Dziś podobne pytania kierujemy do znanej publicystki i filozofa Magdaleny Środy. Co przeszkadza dziś w Polsce liberalizmowi? Dlaczego liberałowie nie potrafią dotrzeć do polskiego społeczeństwa i mobilizować jego politycznych emocji? Zdaniem Środy przeszkodą jest tu przede wszystkim tradycja, którą ucieleśnia polski Kościół. Katolicyzm w Polsce jest przez wielu uznawany za jedyny fundament, na którym można budować polityczną wspólnotę. Ale ten fundament - twierdzi Środa - jest nader kruchy. Polska duchowość katolicka nie odznacza się głębią. Jest oparta na słabości, zawiści, poczuciu krzywdy. Nie może wytworzyć silnych więzi ani postaw obywatelskich. Tymczasem Kościół, zdaniem Środy, nie chce prowadzić żadnego dialogu z innymi opcjami światopoglądowymi. A rządzący dziś w Polsce PiS cynicznie to wykorzystuje do zjednywania sobie politycznego poparcia. Forsuje ideę, zgodnie z którą Polska jest unikalnym zjawiskiem w skali Europy i nie może dopasowywać się do "obcych" wzorów. Przywiązanie do rzekomej polskiej "wyjątkowości" to jednak droga donikąd. Nie przyniesie ona Polsce żadnych realnych, cywilizacyjnych korzyści. Tylko wzmocnienie liberalnego, oświeceniowego składnika polskiego dyskursu publicznego może, zdaniem Środy, pchnąć Polskę na drogę upragnionej modernizacji.

p

Zacznę od Jarosława Kaczyńskiego, który rzeczywiście, na tle polskich polityków po roku 1989 jest postacią wyjątkową, choćby ze względu na poziom determinacji, z jaką władzy pragnie i o władzę walczy. To zapewnia mu wyrazistość, tym bardziej że tło jest wyjątkowo nijakie. Wyrazistej opozycji w Polsce nie ma, wobec tego wszystko, czego by nie zaproponował Kaczyński i tak się wypromuje, bo jest wypowiedziane podniesionym głosem w absolutnej pustce i ciszy - albo co najwyżej przy wtórze jęków uwielbienia zakochanych w nim członków partii. Niestety, Kaczyński przypomina mi coraz bardziej pewne postacie z minionego wieku, o których wolałabym zapomnieć. Te same namiętności i ta sama konsolidacja wokół fałszywych idei i przekonania o własnej nieomylności. Tyle o Kaczyńskim. Natomiast jeśli chodzi o szczególny konserwatyzm czy zachowawczość naszego społeczeństwa, to byłabym ostrożna z wypowiadaniem takich opinii, bo nie mam pojęcia, na czym owa głęboka i wymagająca pielęgnacji "konserwatywna odrębność" miałaby polegać. Na pewno jesteśmy społeczeństwem katolickim, na pewno jest to specyficzny katolicyzm, dosyć powierzchowny, rytualny, obyczajowy, ale katolicyzm, który - niewątpliwie - przez wieki budował tu jakieś fundamenty społeczeństwa "skonsolidowanego" (bo nie powiem: obywatelskiego) przeciw zaborcom, okupantom, komunistom itd. Ale tak rozumiany "konserwatyzm płytkiej religii" jest raczej balastem niż fundamentem, na którym coś można zbudować. Składa się nań bowiem nie tyle jakaś szczególna wyróżniająca nas duchowość, ale raczej małość. Jesteśmy społeczeństwem zawistnym, narzekającym, źle wyedukowanym, o małym kapitale społecznego zaufania, z trudem - mimo haseł solidarności - tworzącym trwałe więzi. Wzmacnianie tych specyficznie polskich cech to ślepa droga, zwłaszcza że niemal każdy katolik, gdyby miał szczerze odpowiedzieć, czy woli niepewne zbawienie, czy doczesny dobrobyt - wybrałby to drugie. Jestem nieco złośliwa, ale być może nie wiem czegoś, co wie poeta Rymkiewicz. Spójrzmy zresztą na młode pokolenie, ono ma wyraźne ciągotki modernizujące. I jeśli mit Kaczyńskich i ich wizja specyfiki polskiej nie zostaną obalone - ono wyjedzie.

Cały problem polega na tym, że dla młodych ludzi w Polsce, którzy chcą żyć normalnie, a nie walczyć o niepodległość, chronić narodową odrębność, wielbić papieża i Maryję, jedyną drogą staje się wyjazd lub emigracja wewnętrzna (w intratne zawody, kluby i więzi towarzyskie), nie zaś otwarte i polityczne kontestowanie polskości rozumianej tak, jak ją lukrują Kaczyńscy. To jest poważny problem, ta niechęć młodych ludzi do polityczności, tworzenia partii, manifestowania, otwartego publicznego buntu. Ale jest też pytanie, na czym - prócz katolicyzmu i uwielbienia dla naszej heroicznej przeszłości - miałby polegać ten triumf konserwatyzmu w Polsce? Kiedy obserwuję konserwatystów brytyjskich, francuskich czy amerykańskich, to oprócz naprawdę wielkiej chęci zmierzenia się z nowoczesnością, a nie odwrócenia się do niej plecami, widzę, że chodzi o promocję postaw republikańskich, wzmocnienie cnót obywatelskich, troskę o dobro wspólne, ale nigdy przeciw nowoczesności! Jak można budować przyszłość narodu, wspierając się na zaściankowości, nieuctwie i resentymencie? Żaden konserwatyzm tego nie robi. "Zachodni" konserwatyzm rozwija się w ożywczym dialogu z liberalizmem i dość nowatorską myślą lewicową. A u nas jest tylko katolicyzm. I prawie nie ma dialogu.

Tylko jaka to ścieżka? Do jakiej cywilizacji ona nas zaprowadzi? Trzeba raczej szukać alternatyw. Rzeczywiście Kościół spaja to społeczeństwo. Często mieszkam na wsi w woj. warmińsko-mazurskim, na dawnych terenach pruskich, gdzie polskość nie jest zakorzeniona, a lud popegeerowski bezrobotny, biedny. I - rzeczywiście - jedyną więź, jaka tu między ludźmi istnieje, buduje Kościół. Tu nie ma samorządności, sąsiedzkiej współpracy, lokalnych wspólnot: ludzie żyją w odosobnieniu, a kontakt z innymi mają niemal wyłącznie podczas mszy. Ksiądz tu zresztą wiele organizuje, a to remont plebanii, a to wysprzątanie cmentarza, a to zbiórkę pieniędzy na schody przy kościele, a to tegoż kościoła sprzątanie. To są jedyne działania wspólnotowe. Czy powinniśmy być z tego dumni? I wzmacniać taką Polskę, gdzie więź społeczna zależy wyłącznie od inicjatywy proboszczów? W mojej wsi pierwszym i ostatnim, jak na razie, zwiastunem modernizacji było jacuzzi, które proboszcz ustawił sobie w wyremontowanej łazience. Cała wieś uczyła się tego słowa i fantazjowała, co też ksiądz w tym jacuzzi robi? W Europie - trzeba to przyznać - więzi wspólnotowe są znacznie bardziej zróżnicowane i jeśli modernizacja je niszczy, jest za czym tęsknić. I zachodni, zwłaszcza amerykańscy, konserwatyści rzeczywiście tęsknią. Ale u nas?! U nas trzeba się modlić, by tych więzi pozakościelnych przybyło, a promocja religijności a` la ojciec Rydzyk na pewno temu nie pomoże. Miłosz napisał: "Po tysiącu lat mieszkaniec Polski szukając pokarmu duchowego natyka się na rumowisko pokruszonych złudzeń i albo ma katolicyzm, albo nie ma nic". Nie ma się więc czym entuzjazmować.

Nie mam nic przeciwko współpracy z Kościołem. Przeciwnie. Jak byłam pełnomocnikiem rządu, na niemal każdą z konferencji i do niemal każdej z inicjatyw społecznych starałam się zapraszać przedstawicieli Kościoła. W mojej Radzie Programowej był dominikanin. Kościół jest jednak potężną instytucją posiadającą ogromną władzę, a jak wiadomo skłonność do dyskusji i współpracy jest odwrotnie proporcjonalna do tejże władzy, więc to nie mnie nie wychodziła współpraca - to Kościół nie współpracuje z żadnymi siłami pozakościelnymi. Prócz niektórych polityków. Kiedyś próbowałam nawiązać kontakt z siostrą Maksymilianą z Episkopatu, do której trafiają różne "społeczne" ustawy parlamentarne (no bo w naszym neutralnym światopoglądowo państwie to Episkopat jest głównym konsultantem...). Chciałam porozmawiać z nią o kwestii przemocy wobec kobiet, ale powiedziała mi, że nie będzie ze mną rozmawiać, bo ja niszczę rodzinę, a tę trzeba ratować. Bo nawet jak mąż bije, to rodzinę można uratować przez posty i modlitwę. Oczywiście to kobiety mają się modlić i pościć. Z takim stanowiskiem trudno dyskutować. I żadnej dyskusji między nami nie było. Jeśli pan mówi natomiast o konieczności "popracowania nad katolickim rozumieniem pojęć wolności i emancypacji", to ja mam propozycję, aby to zrobił również Kościół i popracował nad liberalnym rozumieniem wolności. Może się gdzieś spotkamy. Na razie to Kościół ma władzę i dyktuje wszystkie warunki w sprawie rozumienia wartości. A to ten, kto ma władzę, powinien raczej ustępować. A jeśli chodzi o ten nieszczęsny Sztokholm, to naprawdę nie powiedziałam tam nic więcej niż to, co mówię i piszę często: że mianowicie przyczyny przemocy mają charakter bardziej złożony niż psychika sprawcy, że związane są z patriarchalną strukturą społeczeństwa i podległością kobiet, którą wzmacnia religia. Powiedziałam też, że Kościół bardzo niewiele robi, by to zmienić. Wątek niesprawiedliwości w traktowaniu kobiet i złej roli Kościoła w tej kwestii podjął w liście z 1995 roku Jan Paweł II. Był to pierwszy dostojnik Kościoła, który powiedział o kobietach, że są równe i że sporą winę za ich dotychczasową dyskryminację ponosi również Kościół. Nie wyraziłam więc nadzwyczajnych opinii, tylko czasy były nadzwyczajne, media się nudziły i szukały smakowitego kąska. Poza tym pamiętam, jak organizowałam kampanię przeciwko przemocy domowej i starałam się dotrzeć z nią na wieś. Prosił mnie o to ówczesny minister rolnictwa Wojciech Olejniczak. Na wsi nie ogląda się społecznych spotów telewizyjnych, nie można zawiesić billboardów, a jedyną możliwością działania są - według mnie - księża. To przecież może być fantastycznie skuteczne! Ksiądz jest medium między sferą prywatną a publiczną i cieszy się autorytetem. Wystarczy więc, by ksiądz raz na jakiś czas apelował do sumień wiernych, mówiąc o tym, że przemoc wobec dzieci, kobiet, zwierząt jest zła... Ale nie, Kościół nie jest tym zainteresowany. W programach seminariów duchownych w ogóle nie mówi się o przemocy. Kobieta ma być posłuszna i już. Tak przecież nauczał św. Paweł.

Nie zgadzam się z alternatywą: Kościół albo dzicz. Gdyby tak było, to cały laicki zachód Europy byłby dziki, a nie jest. I gdyby przynależność do Kościoła decydowała o anielskości, to Polska byłaby krajem aniołów, a nie jest. Bernard Mandeville twierdził, że religia ma się tak do postaw moralnych jak numer domu, w którym się mieszka, czyli nijak. Nikt mnie nie przekona, że polski katolicyzm melioruje postawy moralne i chroni nas przed nihilizmem. Przez swoją powierzchowność jest raczej zarzewiem nihilizmu. Pod religijnymi rytuałami nic się nie kryje, żadna miłość bliźniego, żadna empatia, chęć pomocy, żadna silna więź. Nawet troska o zbawienie. Czy ktoś tu sili się o zrozumienie ośmiu błogosławieństw? I żyje według nich? Może prałat Jankowski albo poseł Cymański? To tylko słowa.

Wrócę znowu do moich wiejskich doświadczeń. Najbardziej prawymi ludźmi w mojej wsi są ci, którzy mają wykształcenie, pracę, podróżują i nie piją. Oni są oczywiście katolikami i chodzą do kościoła, ale nie dlatego są prawi i nie piją, że chodzą do Kościoła, tylko zupełnie niezależnie od tego. Bywa, że żona tutejszego alkoholika zaciągnie go na mszę. I co z tego? Od poniedziałku dalej pije. Pije i bije. Problem Polski polega na tym, że tutaj trzeba zbudować tę drugą nogę tradycji europejskiej opartej na oświeceniu, racjonalności, na edukacji, etyce (rozumianej filozoficznie), na swobodach obywatelskich, na zaangażowaniu w budowanie świeckiego społeczeństwa. Bo naszym konserwatystom wydaje się, że jak będzie silna katolicka rodzina, to będzie silne państwo i zdrowe społeczeństwo. Tymczasem i wychowanie religijne, i propaganda prorodzinna osłabiają zarówno społeczeństwo, jak i państwo. Kościół wychowuje do zbawienia, a nie do obywatelskiego zaangażowania (z wyjątkiem Radia Maryja, które to zaangażowanie czyni powołaniem doczesnym), a rodzina wychowuje dzieci, by były szczęśliwe, zdrowe i bogate. A gdzie? Wszystko jedno. Nie znam rodziców, którzy woleliby z powodów patriotycznych zatrzymać dziecko w Polsce, jeśli miałoby szanse na dobre życie poza krajem. Nie są mi znane rodziny, które wychowują dzieci w duchu cnót obywatelskich i poświęcenia dla ojczyzny (lub partii), a nie w duchu prywatnego sukcesu i osobistego powodzenia. Myślę, że jak PiS jeszcze trochę porządzi, to Polska się po prostu wyludni - i ani Kościół, ani Muzeum Powstania Warszawskiego, ani żaden z tysięcy pomników Jana Pawła II nikogo tu nie zatrzymają. Wracając jeszcze do katolicyzmu. Zawsze stawiam pytanie, na które odpowiedź interesuje mnie jako nauczyciela akademickiego: co dają lekcje religii w szkole? One się nie przekładają ani na postawy moralne - bo gdyby tak było, to po 15 latach kolosalnej dawki religii w szkole byłoby nieco mniej przemocy - ani na wiedzę. Biblijna i teologiczna ignorancja - to jest dramat. Nawet studenci filozofii nie znają Biblii. Zamiast katechezy powinno się wykładać religioznawstwo. Mielibyśmy wtedy przynajmniej jeden zysk. Poznawczy.

Legutko to dziwna postać. Wielka wiedza, głęboki, o filozoficznym zapleczu konserwatyzm (uczyłam się z jego tekstów, jego habilitacja o Platonie to jedna z moich ulubionych książek), a jednocześnie ślepa ideologia i nienawiść do oświecenia, liberalizmu, tolerancji połączona z kompletnym brakiem dystansu i krytycyzmu. Edukacji to niczego dobrego nie wróży... Przydałby się wreszcie jakiś "normalny" minister od edukacji, "modernista" oczywiście...

Wie pan, ja chcę zachować pewne złudzenia, które mam i będę pielęgnować, bo inaczej zostanę zupełnym cynikiem... Otóż sądzę, że stosunek Mazowieckiego do katolicyzmu był poważniejszy. Mazowiecki po prostu był i jest wierzącym katolikiem, którego interesuje nauczanie Jezusa Chrystusa i z pewnością troska o promocję tego nauczania stanowiła jeden z ważnych motywów wprowadzenia religii do szkół. Zapewne były i inne. Jeśli chodzi natomiast o Kaczyńskiego, to sądzę, że jego bardziej od nauczania Jezusa interesuje powiększenie elektoratu, którego dostarcza mu ojciec Rydzyk. Dla naszego obecnego premiera Kościół jest wielką siłą polityczną, która może mu służyć. Gdyby zaproponować mu w czasie kampanii: zbawienie czy wygrana PiS, z pewnością wybrałby to drugie. Kaczyński jest po prostu świadomy, że Polska jest katolicka i z całym cynizmem to wykorzystuje. Liberałowie - o ile istnieją - też są o tym przekonani, ale nawet gdyby byli cyniczni, nie mogliby tego wykorzystać. No bo jak? Polska świecka, Polska oświeceniowa, respektująca wolność indywidualną, Polska socjalna - nie ma gdzie się osadzić. No bo przecież nie w fałszywie brzmiących hasłach "solidarności" głoszonych przez PiS, które solidarne jest głównie w zawłaszczaniu Polski...

O błędy PiS pytam premiera Kaczyńskiego, a od pani chciałbym jednak uzyskać odpowiedź na pytanie o przyczyny braku społecznego zakorzenienia różnych odmian polskiego liberalizmu. I zawsze uparcie przychodzi mi na myśl pewna anegdota. W 1991 czy 1992 roku w "Gazecie Wyborczej" trwała dyskusja między Agnieszką Graff, Kazimierą Szczuką i innymi polskimi feministkami na temat tego, czy feminizm powinien się angażować w delegalizowanie pornografii, czy raczej walczyć o pornografię przyjazną kobietom. To była imitacja ciekawego sporu rozpoczętego sporo lat wcześniej w USA, czy feministki mogą akceptować prawicowy purytanizm obyczajowy i czy wolny rynek jest w każdym wymiarze sprzymierzeńcem kobiet. Ale nie wydawało mi się to podstawowym problemem społecznym polskich kobiet na początku lat 90. A z drugiej strony widziałem o. Rydzyka, który bierze udział w strajku okupacyjnym w likwidowanym Tormięsie, gdzie głodowali robotnicy razem z żonami. I te kobiety traktowały go tam jak zbawcę. Kiedy na to patrzyłem, było dla mnie oczywiste, kto się społecznie tutaj zakorzeni, a kto poniesie klęskę. W dodatku wiemy ze wszystkich badań socjologicznych prowadzonych u nas i na Zachodzie, że kobiety z warstw biedniejszych, z obszarów wykluczenia społecznego są solidarne ze swoimi mężami, a nie z ideą gender. Ta druga lojalność pojawia się od klasy średniej w górę.

Tak samo jak robotnicy byli w większości solidarni z komunizmem, byli solidarni ze strachu, z przyzwyczajenia i z poczucia beznadziei - dopóki nie powstała "Solidarność".

Nie chcę mówić o "motłochu" - to po prostu ludzie. Kiedyś dotarli do nich Kuroń i Michnik, i to wcale bez odwoływania się do społecznego resentymentu czy fobii. Dotarli i wiele zmienili. Kaczyński i Rydzyk docierają, by utrzymać status quo, czyli własną władzę.

Głęboko nie zgadzam się z tym, że po Kuroniu i Michniku nie ma ani śladu. Myślę, że za 10 lat nie będzie śladu po Kaczyńskich i PiS, a Kuroń i Michnik będą, choćby w podręcznikach do historii. Zresztą, gdyby nie Michnik, czym żywiliby się różni ideolodzy obecnego reżimu? Przecież Krasnodębski nie zrobił kariery na Heideggerze, ale na nienawiści do Michnika. I nie on jeden. Ale wróćmy do feminizmu, bo to ciekawsze niż resentyment. Agnieszka Graff po prostu zajmuje się problematyką kobiecą. W wymiarze praktycznym i teoretycznym. Skutecznie pomaga różnym kobietom i - jednocześnie - teoretyzuje. A każdy, kto teoretyzuje w zakresie gender, musi sobie zadawać pytania o płciowość danego zjawiska. Również pornografii. Nie widzę w tym specjalnego wyrafinowania, lecz konieczny namysł nad naturą naszej kultury. Namysł niezbędny również do tego, by procesy emancypacji były skuteczniejsze.

Dobrze sądzę. Mnie w ogóle cieszą polityczne pomysły, które odbiegają od myślenia "trzech tenorów" i "dwóch braci". I wychodzą poza kruchtę. Lubię pluralizm, różnorodność, niekonwencjonalność. Partię Kobiet postrzegam jako rodzaj politycznej prowokacji. Taki bunt kobiet, które mówią sobie: wszystkie zmiany już były, teraz trzeba (polityce) zmienić płeć. I partię tę oceniam raczej z punktu widzenia bogactwa kultury politycznej niż rzeczywistej skuteczności. Ale trzeba wiedzieć, że do Gretkowskiej przyłączyło się wiele kobiet nie tylko wściekłych na to, co się teraz dzieje, ale również posiadających polityczne doświadczenie. Jest tam wiele osób, które znałam jako pełnomocnik, i które czekały, aż taka partia powstanie. To nie są feministki - to kobiety, które po prostu chciały coś robić, wziąć sprawy w swoje ręce, być niezależne. One wszystkie włączyły się teraz w Partię Kobiet. No i, chcąc nie chcąc, okrzyknięto je feministkami.

Nie sądzę, by Manuela Gretkowska miała aspiracje uczynienia z tej inicjatywy partii skierowanej do kobiet z blokowisk. Nie znam dobrze Manueli, ale nie sądzę, by była populistką (nie mylić ze skandalistką!). Jej polityczna oferta od początku była skierowana raczej do klasy średniej. Bo jeśli w ogóle ta klasa średnia w Polsce istnieje, to ma bardziej płeć żeńską niż męską. To widać w statystykach: kobiety są przedsiębiorcze, częściej niż mężczyźni "idą na samozatrudnienie", są bardziej zaradne w sytuacjach opresji (utrata stanowiska, pracy, jedynego żywiciela rodziny). W tym kraju faceci albo dobrze pracują, albo nic nie robią, czyli albo rządzą, albo piją. Tych ostatnich jest najwięcej. Kobiety biorą więc sprawy w swoje ręce, widać to nawet na wsi (np. zakładają agroturystykę). Polska nigdy nie miała klasy średniej i rodzi się ona pomału, właściwie jest jak nienarodzone jeszcze dziecko (a Kaczyńscy wyborczymi hasłami "precz z oligarchią" już dokonują na niej aborcji), ale najsilniejsza jest wśród kobiet. Gdy jako minister jeździłam po Polsce, spotykałam mnóstwo kobiet aktywnych, które po rozwodzie z mężem alkoholikiem albo z mężem bezrobotnym stawały na swoim maleńkim własnym gruncie. Myślę, że te kobiety to bardzo dobry elektorat, do którego warto przemawiać takim językiem zindywidualizowanym, prokobiecym a jednocześnie ekonomicznym.

No ale się włączył, choć wyznać muszę, że ta jego prorodzinna walka od czasu, gdy pozbył się posła Piłki i rzecz oddał w ręce Kluzik-Rostkowskiej, wygląda przyzwoicie. Chyba, że - jak ze wszystkim - chodzi o wyborców. Bo czasem mam wrażenie, że

o ile program Kluzik-Rostkowskiej i mój się nie różnią, o tyle różni się rodzaj polityki uprawianej obecnie i za premiera Belki. Gdybym ja przedstawiła premierowi Belce program prorodzinny zakrojony na taką skalę, jak zrobiła to minister Kluzik, a opracowałam go (i stosowne dokumenty istnieją), to premier powiedziałby, że nie ma na to pieniędzy. Kaczyński wie, że nie ma na to pieniędzy, ale jednocześnie wie, że taki program przysporzy mu wyborców. Więc bez wahania siada z minister Kluzik przed kamerami telewizyjnymi i obwieszcza go światu, myśląc "potem się zobaczy". Belka nie był typem polityka "potem się zobaczy". Stał po prostu na straży budżetu I to główna różnica. Ale po stronie PO nawet tego nie ma. I wyznam, że gdybym musiała dokonać wyboru między PO a PiS jako feministka (dajmy na to - zagraniczna), a nie jako obywatel tego kraju, to bym głosowała na PiS. Tam jest przynajmniej jakieś zrozumienie dla problematyki kobiecej - czasem naiwne (rączki całujemy), czasem cyniczne (kobiety osłodzą wizerunek), czasem pragmatyczne (polityka prorodzinna się przyda), ostatnio nawet feministyczne (tajemnicza Nelly). Po stronie PO w stosunku do kobiet i problematyki kobiecej jest wyłącznie arogancja. Pierwsze wystąpienie Bronisława Komorowskiego na pierwszym posiedzeniu parlamentu ostatniej kadencji było preludium do tego, co się działo potem. Komorowski mówił: my was (drogie panie) szanujemy, ale nie chcemy żadnych instytucji stojących na straży waszych praw. PO jest w moim przekonaniu najbardziej antykobiecą i antyfeministyczną frakcją ostatniego parlamentu i tych wyborów - żadnej wrażliwości na problematykę równości płci, żadnej wrażliwości na problematykę kobiecą, nawet wśród pań do PO przynależących. Do niedawna były dumne, że ich panowie postanowili, że kobieta znajdzie się w każdej pierwszej trójce na listach wyborczych. Jednak jak przyszło co do czego, panowie zdanie zmienili i kobiety znów tam pełnią funkcje usługowe. Absolutnie z tym pogodzone. Zrobią wszystko, byle tylko nie podejrzewać ich o feminizm.

Głosuję na LiD. Jeśli zaś chodzi o PO, to lubię Tuska, choć nie jest silnym politycznym liderem. On uosabia całą słabość zdrowego rozsądku w starciu z fanatyzmu. Tusk chyba nawet wierzy, że dotrzymywanie obietnic jest cnotą i wierzy, że politycy PiS też w to wierzą. I to go gubi. Ale to, co gubi Tuska, zgubi też polską politykę. I dlatego mam sympatię dla Tuska jako postaci tragicznej. Cała nadzieja w LiD. Choć to nadzieja marna, jak marną była IV RP, o której trzeba jak najszybciej zapomnieć...

p

, ur. 1957, filozof, etyk, znana publicystka i działaczka feministyczna. Jest wykładowcą w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 2004 - 2005 pełniła funkcję pełnomocnika rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn. Ogromne kontrowersje wzbudziła wtedy jedna z jej wypowiedzi (na konferencji w Sztokholmie), że katolicyzm nie przeciwstawia się w Polsce przemocy wobec kobiet. Środa jest autorką m.in. książek "Idea godności w kulturze i etyce" (2003) oraz "Indywidualizm i jego krytycy" (2003). W "Europie" nr 139 z 2 grudnia ub.r. opublikowaliśmy debatę z jej udziałem "Czy III RP wyzwoliła kobiety".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj