Pani Renata już raz przeszła przez piekło. Sześć lat temu jej ukochana córka została skierowana na rezonans magnetyczny. W trakcie rutynowego badania serce Kasi nagle stanęło. Lekarze zaczęli błyskawiczną reanimację. Ale dopiero po dłuższej chwili udało im się przywrócić bicie serca. W tym czasie mózg dziewczynki był pozbawiony tlenu.
"Od tego czasu Kasia jest w śpiączce" - mówi pani Renata. Teraz dziewczyna ma już 19 lat, jest przykuta do łóżka i nie wie, co się wokół niej dzieje. Pani Renata nie wyobraża sobie dnia bez odwiedzin u córki. Codziennie po pracy pojawia się w częstochowskim szpitalu. Opowiada córce, co słychać w domu, jaka jest pogoda za oknem. Robi wszystko, by stworzyć córce namiastkę normalnego życia. Aby samej nie zwariować. Teraz lekarze kazali jej na nowo przeżywać koszmar. 84 medyków z Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w sobotę odeszło z pracy, bo nie dogadali się z dyrekcją szpitala.
A że chorymi nie miał się kto zaopiekować, kierownictwo placówki zdecydowało, by pacjentów - także Kasię - przewieźć do innych szpitali na Śląsku. Od soboty pani Renata nie odstępuje na krok łóżka córki. "To będzie katastrofa, jeśli moją Kasię wywiozą do innego miasta" - mówi pani Renata. Dlatego robi wszystko, by zatrzymać córkę w Częstochowie. Bo wywiezienie jej kilkaset kilometrów dalej - do innego szpitala, innych lekarzy, którzy na nowo będą próbować leczyć Kasię - może skończyć się tragedią. Dziewczynę trzeba by przecież odłączyć od skomplikowanej aparatury, przenieść do karetki, którą kilka godzin byłaby transportowana do innego szpitala. To za bardzo ryzykowne.
"Moja córka nie zostanie wyleczona ani dziś, ani jutro. Dla niej ten szpital jest domem. I w innej placówce zajęliby się nią lekarze, którzy o jej stanie zdrowia nie mają nawet pojęcia! To mogłoby się skończyć dramatem..." - mówi pani Renata przez łzy. "A ja? Nie mogłabym odwiedzać mojego dziecka. I jak mogłabym zostawić je tam samo?" - zastanawia się.
Litry wylanych łez i błagania przyniosły skutek. Dyrekcja szpitala dała się uprosić i zgodziła się, by Kasia na razie została na OIOM-ie w Częstochowie. "Dla pacjentów to strasznie ciężkie chwile" - mówi mama Kasi. "Wiem, że służba zdrowia była zaniedbywana przez wiele lat, ale obecny minister po prostu musi znaleźć rozwiązanie" - podkreśla.
Bo nie wyobraża sobie, by z powodu kłótni o pieniądze ktoś miał zabrać jej córeczkę na drugi kraniec Polski. Dla niej jest najważniejsze, by jej ukochana Kasia miała dobrą opiekę w Częstochowie. Tylko jak długo będzie mogła na nią liczyć? Nikt nie potrafi pani Renacie odpowiedzieć na to pytanie. Bo jeśli kolejni lekarze złożą wymówienia, dla jej dziecka w tym szpitalu nie będzie już ratunku.