Jeszcze parę dekad temu wszyscy uważali tutaj, że polska inteligencja jest genetycznie lewicowo-liberalna, wrażliwa społecznie i ogólnie postępowa. Na tę hegemonię szczególnie narzekali samotni na inteligenckich salonach "prawicowcy" - Kisiel czy Wierzbicki. Młoda prawica po roku 1989 przejęła od starszych zarówno ton narzekania, jak też wiarę w istnienie wszechpotężnej lewicowej hegemonii. Kinga Dunin przeciwstawia temu potocznemu przekonaniu zupełnie inną diagnozę. Słynna lewicowość polskiej inteligencji nigdy nie była świadomym, refleksyjnym wyborem ideowym. Zdaniem Dunin polska inteligencja, nawet w czasach swej relatywnej jedności, kiedy na tych samych inteligenckich salonach spotykali się Jacek Kuroń i Tomasz Burek, Jarosław Marek Rymkiewicz i Maria Janion, Jan Józef Lipski i Zdzisław Najder, a nawet Antoni Macierewicz i Adam Michnik, nie była lewicą, ale zaledwie poczciwą "nieprawicą" zgromadzoną wokół kilku niezwykle oczywistych w PRL niechęci: do antysemityzmu i autorytarnej lub totalitarnej władzy.
Dla jednych lęk inteligenckiego salonu przed antysemityzmem, zbyt potężnym Kościołem, dzikim kapitalizmem czy autorytarną władzą już wystarczy na definicję lewicowej hegemonii. Jednak dla Kingi Dunin, która sama przeszła ewolucję od poczciwej inteligenckiej "nieprawicowości", której nabawiła się w Marcu 1968, do świadomej, wyartykułowanej teoretycznie i dość radykalnej lewicowości, "nieprawicowość" polskiej inteligencji nie oznacza jeszcze hegemonii lewicy, choćby i na inteligenckich salonach. Przeciwnie, jej zdaniem skupienie się przez inteligencki salon na zwalczaniu polskiej prawicy przy jednoczesnym zadekretowanym przez tych samych ludzi "zakazie lewicowości" jako postawy niepraktycznej politycznie w Polsce po komunizmie, sprawiło, że ostatecznie to prawica - atakowana i zmuszana tym samym do artykulacji - powstała i zdominowała polską przestrzeń publiczną. A silna lewica wciąż się jeszcze się w Polsce nie narodziła.
p
Bardzo późno. Przez wiele lat byłam tylko "nieprawicowcem". A o tej mojej nieprawicowości, bo podkreślam, że bardzo długo nie była to lewicowość,
zadecydował Marzec'68, który oglądałam jako 14-latka. Wtedy dotarło do mnie, czym jest nacjonalizm. I ten pierwszy odruch to był odruch przeciwko polskiemu nacjonalizmowi.
Pomimo że moi rodzice byli bezpartyjni i po KUL-u, nie nastawiali mnie przeciwko PRL. Przecież nikt nie chciał własnemu dziecku zrobić krzywdy. Zatem wchodziłam w system szkolny bardzo
konformistycznie, pewne rzeczy przez rodziców w ogóle nie były komentowane. Żyłam w PRL, czyli w Polsce, która była moim krajem. I gdy miałam 14 lat, to wyrzucono z niego moich kolegów z
klasy. Okazało się, że to jacyś obcy. Może był to "protolewicowy" odruch stawania po stronie słabszego? A ponieważ miałam już wtedy w głowie zbitkę: prawica równa się
nacjonalizm, poczułam, że jest ona moim wrogiem.
Jest z tym związana pewna anegdota pokazująca, że tak naprawdę to etykieta może tworzyć człowieka. Nie jest tak, że masz poglądy, a potem szukasz dla nich nazwy. Jest odwrotnie. Znajdujesz
nazwę, a potem... Gdy wyszłam z internowania, to przyjechała do mnie jakaś telewizja zachodnia, żeby zrobić wywiad. I zadali pytanie, na jaką partię bym głosowała, gdyby była wolna Polska.
Odpowiedziałam: "Na socjaldemokrację".
Ale ja nie powiedziałam, że będę głosowała na socjalistów. Powiedziałam, że będę głosowała na socjaldemokrację. Zupełnie odruchowo wymieniłam nazwę znaną mi z Zachodu, a nie z
Polski. To znaczy, dla mnie był to wybór zachodniej demokracji, a w tej zachodniej demokracji - wariantu socjaldemokratycznego.
Powiedzmy, że do '89 roku wydawało mi się, że jestem socjaldemokratką, bez żadnych specjalnych konsekwencji. Miałam masę problemów życiowych i myślałam, że coś takiego jak 1989 rok
nigdy się nie wydarzy. Ale wydarzył się jednak i dla mnie oznaczał zwolnienie z obowiązku pozostawania w klinczu totalitaryzm - antytotalitaryzm, my - oni. Pierwszym moim odruchem była
radość, że będzie tu nareszcie ciekawie dla socjologa, zacznie się prawdziwe życie społeczne, prawdziwe życie polityczne, nareszcie nie będziemy w kółko powtarzać, że demokracja jest
lepsza od totalitaryzmu i że komunizm jest zbrodniczy. Zrozumiałam, że jestem już tym podziałem śmiertelnie znudzona. Zaczyna się nowe życie, które trzeba poznać, zrozumieć. Udało się
nam z grupą socjologów załatwić jakieś pieniądze i zrobiliśmy szybko, już w 1990 roku, poważne badania polskiego dyskursu publicznego. Zostało to opublikowane w książce pod redakcją
moją, Marka Czyżewskiego i Andrzeja Piotrowskiego "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne". Wszyscy cieszyli się wolnością, a my natychmiast zaczęliśmy ją
badać.
Wyszły nam rzeczy dosyć oczywiste, to znaczy, że ta nowo zrodzona rzeczywistość symboliczna ma swoje granice, że pełne uniwersum tożsamości społecznych, języków, interesów jest po prostu
niemożliwe. Zawsze są jacyś obcy, mechanizmy wypychania pewnych problemów i grup już się pojawiały, nie ma pełnej otwartości. I wyszła nam ta najważniejsza alternatywa, jaką po roku 1989
zaoferowano Polakom: Bóg albo rynek. To znaczy, że jedyny dostępny wybór to albo tradycyjne wartości, albo czysty rynek jako odpowiedź na wszystko.
Dlaczego?
Jednak będę się upierała, że w 1990 roku nazwanie tych dwóch opcji było całkiem przytomne z naszej strony. Tym bardziej że sama nie jestem neokonserwatystką. I to opisanie alternatywy
"rynek albo Bóg" jeszcze bardziej pomogło mi zrozumieć moją lewicowość. Zrozumiałam, że mnie samej żadna z tych dwóch opcji nie interesuje. Nie chciałam ani Boga, ani
nieokiełznanego rynku.
Ja się temu wszystkiemu przyglądałam trochę z dystansu, nie wszystkich tych słynnych ludzi znałam. Ale wydawało mi się, że oni też są raczej "nieprawicą" niż
lewicą.
To prawda. Szczególnie po roku '80, kiedy wszyscy zakochali się w "Solidarności". Ja nie kochałam aż tak bardzo "Solidarności" i tego bratania się z ludem,
ale chyba dopiero później do mnie dotarło, że to było wielkie oszustwo wobec robotników, którzy musieli zapłacić za transformację. O tej cenie się nie mówiło, udawało się, że tej ceny
nie będzie. To był temat unieważniony, bo pomyślenie o tym mogłoby nas podzielić i jeszcze w dodatku skonfliktować z tą siłą, która miała ewentualnie nas wyemancypować z komunizmu... Z
robotnikami.
Nie mam sympatii do żadnej ze stron tamtego konfliktu. Głosowałam od początku na Unię Pracy, na różne jej warianty, dopóki nie przestałam móc na nią głosować. Czasami mogłam
zagłosować na Zielonych. Na nic innego nigdy nie głosowałam. Dlatego też od razu wiedziałam, że jestem na marginesie...
Tak jak ja od Marca '68 do 1989 roku byłam raczej taką poczciwą, antynacjonalistyczną i trochę antyklerykalną "nieprawicą", tak samo oni "nieprawicą"
pozostali po roku 1989, w czasie wojny na górze i właściwie do dzisiaj. Dla mnie to była nieprawica bojąca się powiedzieć, że ma jakąś silniejszą lewicową tożsamość, która zmusza ją
do przeciwstawienia się w paru konkretnych sprawach czy to Kościołowi, czy tzw. narodowi, czy tym bardziej wolnemu rynkowi.
Do tego, kto i czy w ogóle uciska w Polsce prawicę, jeszcze bym chciała wrócić później, ale w wojnie na górze rzeczywiście po żadnej stronie lewica nie występowała. I tak już zostało.
Dla mnie np. problemem była decyzja u zarania wolności o startowaniu "jednolitofrontowym", tzn. w ramach komitetów obywatelskich. Byłam przeciwna temu, mnie się śpieszyło do
demokracji, uważałam, że już trzeba się dzielić, niech już powstają środowiska, partie, języki...
Kłóciłam się o to z Jackiem Kuroniem, który tłumaczył mi, że strategicznie tak trzeba, bo inaczej przegramy. Wierzyłam, że byśmy nie przegrali... Może byłam naiwna, może oni mieli
rację, nie upieram się, ale odruchowo byłam przeciwko komitetom. Nawet nie myślałam o zyskach, jakie z tego może mieć lewica. Naprawdę lubiłam pluralizm i już chciałam, żeby było
różnie, żeby się działo, żebyśmy się podzielili, żebyśmy się pokłócili, żeby ta sfera wolności się rozszerzała.
Wszystkiego najlepszego. Myślę, że to był konsensus modernizacyjny, czyli rzeczywiście antytradycjonalistyczny w jakimś zakresie, marzący o unowocześnieniu tego społeczeństwa, ale bez
prawdziwego unowocześnienia...
Bez prawdziwego otwarcia na świat, na różnorodność. Chodziło tylko o to, by wprowadzić wolny rynek i zaspokoić pewne tradycjonalne tęsknoty tego społeczeństwa - żeby siedziało cicho i
pozwoliło ten rynek budować...
Sama nie wiem. Gdy przeczytałam w latach 70. "Kościół, lewicę, dialog" Michnika - bo do tego w końcu pijesz - to była to dla mnie książka oczywista, wtedy nie byłam
wrogiem Kościoła. Dla mnie Kościół był... czymś, co jest i może być raczej pożyteczne niż groźne. Takie ogólne "Kochajmy się!" także mi się wówczas podobało.
Lewica to też brzmiało nieźle i nie kojarzyło mi się z PRL, czyli po prostu autorytarnym i opresyjnym państwem, tylko z czymś lepszym od prawicy. Nie miałam żadnego powodu, by przeżywać
tę książkę inaczej niż jako ogólnie słuszną. Potem uznałam ją za rodzaj majstersztyku, jeżeli chodzi o kicz polityczny, za coś, co trafia jak oleodruk w popularne gusty...
Byłam wtedy jeszcze typowym polskim inteligentem, czyli kimś, kto widzi wszystko oddzielnie - tylko że inteligencji polskiej to zostało do dzisiaj. I to, że jedno z drugim jest wymieszane, wcale
nie powodowało u mnie wtedy dysonansu poznawczego. Ale akurat w tym znaczeniu polska inteligencja nawet po roku 1989 pozostała potencjalnie lewicowa. Chciała wolnego rynku, a jednocześnie, żeby
nie było bezrobocia, żeby było świetne szkolnictwo publiczne, żeby były niskie podatki i wspaniała służba zdrowia, i żeby zająć się bezdomnymi, i żebyśmy się wszyscy kochali i
szanowali, byli otwarci, laiccy, a zarazem katoliccy i miłujący papieża. Taki konglomerat, z którego można wyabstrahować również treści świetnie nadające się do zbudowania lewicy. I
myślę, że pytanie kluczowe dla nas brzmi: dlaczego z tego konglomeratu odruchów inteligenckich wykrystalizowała się prawica z wyraźnym światopoglądem, definiująca się jako prawica, podczas
gdy tak naprawdę nigdy nie wykrystalizowała się lewica. A przecież do dzisiaj istnieje materiał, z którego można by lewicę budować. Zresztą świetnie wie to także Tusk. PO w kampanii
zaczęła składać obietnice socjalne i nie poruszała kwestii kulturowych. Dzięki temu inteligencja głosowała na jakieś swoje przedziwne wyobrażenia, niemające nic wspólnego z programem tej
partii. Na PO wyprojektowano ogólną wizję państwa nowoczesnego, tolerancyjnego, dbającego również w warstwie materialnej o swoich obywateli, państwa, które rozstanie się z Kościołem. Bo
nie ma żadnego lewicowego symbolu, na który można by to pragnienie wyprojektować.
Myślę, że inteligencja bardzo słabo zrozumiała lekcję PiS, że tutaj znowu odezwały się takie tradycyjne odruchy "nieprawicowe", przede wszystkim antynacjonalistyczne,
antyendeckie...
To jest zdecydowane przecenianie potencjału inteligenckiej refleksyjności... Zamiast stać się pretekstem do refleksji, PiS stał się tutaj symbolem tego czegoś, co może ja przeżyłam w Marcu
'68. Skupił symboliczną nienawiść na bardzo łatwym i prostym wrogu. A im bardziej można było utożsamić PiS z Giertychem, a Giertycha z jeszcze gorszymi wypowiedziami czy ekscesami
Młodzieży Wszechpolskiej, im bardziej dało się to przedstawić jako ruch protofaszystowski, tym bardziej "nieprawicowy" inteligent czuł się w tej opozycji lepiej,
szlachetniej, tym bardziej mógł dalej kompletnie nic nie zrozumieć z tego, co się stało.
Mimo to ze wszystkiego pozostał jedynie taki cudownie staroświecki inteligencki odruch nienawiści do endeckiej prawicy. Dla mnie uczestniczenie w rozmowach z inteligentami przez te ostatnie dwa
lata było raczej smutnym doświadczeniem. To były takie jazdy na Kaczyńskich, ale w sensie estetyczno-moralistycznym, z rozumieniem ideologii na poziomie II RP. Że to po prostu takie potwory
narodowokatolickie... I to pokazuje, jak bardzo anachroniczny jest ten lewicowy odruch polskiej inteligencji. Bo za tym krył się kompletny brak refleksji i jednocześnie przetwarzanie PiS w symbol
wszelkiego zła. Tak jakby w ten sposób można było eksternalizować całe zło systemu, przenieść je na jedną formację, wyegzorcyzmować. I świat znów będzie piękny. "Znów
będzie normalnie". Co oczywiście zwalnia nas z jakiejkolwiek krytycznej analizy tejże normalności. To zresztą było widać w czasie tych wyborów. Pospolite ruszenie wynikające z tego,
że udało się znowu, tak jak za komuny, podzielić scenę polityczną na czarne i białe, na dobro i zło. I nie ma już miejsca na żadne półcienie, a co za tym idzie - na żadną refleksję...
Tak to widzę z grubsza. Może się mylę.
Z Kościoła i rynku. Najprościej. Nawet jeśli część tych ludzi uważa się za liberałów postępowych, to są liberałami konserwatywnymi, o zabarwieniu populistycznym, ale to jest ten drugi,
liberalny rodzaj populizmu, oparty na głębokiej wierze w możliwość daleko idącego wykluczenia polityczności, uniknięcia konfliktu politycznego, bo przecież "wszyscy chcą
dobrze".
To jest szersza kategoria.
Nie przeczę, ale w ramach rozszerzania tego, co ja wtedy nazwałam fałszywym uniwersum - tzn. dopuszczania pewnych dyskusji, ale przy założeniu, że wiadomo, gdzie jest centrum, a kto w tych
dyskusjach jest jedynie tym radykalnym exemplum skazanym na marginalność. To było otwarcie, ale bez podjęcia radykalnej decyzji zmiany paradygmatu myślenia. Nie miałam poczucia poważnego
wsparcia dla feminizmu czy też ruchów emancypacyjnych, raczej dla pewnej idei liberalnego dopuszczenia pewnych grup, żeby też zabrały głos, ale wiadomo, że ten głos nie będzie decydujący
przy "poważnych" politycznych rozstrzygnięciach.
To wszystko jest płytkie, dlatego że tak naprawdę decyzje modernizacyjne na poziomie kulturowym na Zachodzie pociągały za sobą konkretne działania społeczne zaczynające się od przedszkola,
szkoły, mediów publicznych, akcji propagandowych, interwencji prawnych. Mentalność społeczna nie zmienia się od gadania w gazecie.
Tylko że taki konstruktywizm występuje na całym świecie. A tutaj nikt się o nim nie odważy nawet pomyśleć. Ceną za to było PiS i LPR... Jeżeli nic się nie zrobiło, to mamy to, co mamy.
Nie ma czegoś takiego jak brak inżynierii społecznej. Społeczeństwa współczesne są społeczeństwami zorganizowanymi politycznie, gdzie zawsze jakąś wolę polityczną komuś się narzuca.
Pozostaje pytanie o realne odruchy i odczucia tego społeczeństwa. Ono się zmodernizowało samo przez się, przez rynek, wzory konsumpcyjne, wyjeżdżając do pracy na Zachód...
Ale w tej chwili te instytucje pozostają w tyle za świadomością społeczną i ją konserwują, spowalniają zamiast przyspieszać czy nawet jej towarzyszyć. Poza tym to one dostarczają języka
do określania swojej tożsamości, więc ludzie, którzy w pewnych odruchach są bardzo już światowi, gdy przychodzi do wypowiedzenia się, mają do dyspozycji bardzo ograniczony zasób możliwych
symboli. Kościół, rynek, postkomunizm... I właśnie dlatego z tej magmy inteligenckiej wykrystalizowały się ruchy prawicowe, bo miały języki. Te dwa - Kościół, wolny rynek - plus język
antykomunizmu blokujący możliwość wyskoczenia w lewo. I teraz pytanie, czy istnieje analogiczny punkt krystalizacji dla myśli lewicowej? Obserwując np. w "Krytyce Politycznej"
ludzi z młodszego pokolenia, myślę sobie, że podobnie jak ja wyskoczyłam do lewicowości przez Zachód, przez tę moją "socjaldemokrację", tak samo dla nich punktem
odniesienia stają się teorie filozoficzne, socjologiczne, politologiczne zachodnie, europejskie, światowe, najnowsze. Na szczęście tym razem nie jako mętne przeczucie, tylko poważna praca
intelektualna. Ten zestaw idei prawicowych - Kościół, rynek, antykomunizm - przestaje być dla tych młodych ludzi jedynym polem wyboru.
To jest życie, które tutaj wróci. Jeśli np. "Krytyka Polityczna" potrafiła zobaczyć PiS inaczej niż tylko jako demona, który wziął się znikąd i można go bez trudu
wyegzorcyzmować, to dlatego, że nauczyliśmy się nowego patrzenia na populizm, nowej teorii populizmu, którą wypracowała zachodnia politologia, socjologia czy filozofia polityczna. To jest
pozytywna strona tego importu. Tutaj ten zachodni dyskurs został przyłożony do sytuacji PiS i świetnie się sprawdzał...
Mniej więcej. Warto więc taki import robić i tłumaczyć go na polski język i polską sytuację. Czy można mieć nadzieję, że doprowadzi to do zmiany, powstania nowoczesnej lewicy? Chciałabym
być optymistką. Istnieje jednak jedna bardzo poważna bariera, taka oto, że prawica jest tutaj prowspólnotowa. Mówię o tej prawicy tradycyjnej, stawiającej opór modernizacji. Ona jest
wspólnotowa, znajduje oparcie np. w Kościele. Można zobaczyć te tłumy. Po drugiej stronie jest propozycja liberalna, czyli atomizująca, i tych liberalnych tłumów nie zobaczymy. Chyba że,
kiedy jedni powiedzą: "Jesteśmy katolickim społeczeństwem, zobaczcie, co się dzieje na Jasnej Górze podczas obchodów, pielgrzymek itd.", to drudzy odpowiedzą:
"Idźcie i zobaczcie, co się dzieje w niedzielę w hipermarketach. Nasze tłumy poszły tam i każdy chodzi oddzielnie między półkami...". Język liberalnej modernizacji nie
dostarczał nowych atrakcyjnych propozycji unowocześniającemu się społeczeństwu, tylko starał się konformistycznie ułagodzić tę część antymodernizacyjną, produkując pojedynczego
człowieka. I teraz dla lewicy zadaniem byłoby stworzenie po drugiej stronie własnych odruchów wspólnotowych. A to jest bardzo trudne, bo jak na razie nie powstała lewica, która potrafi masowo
jednoczyć... Zatem znowu jako alternatywę dla liberalnej atomizacji mamy tylko prawicową wizję społeczeństwa, gdzie jest rodzina i jakieś ogólnoludzkie wartości, wobec których generalnie
jesteśmy za, tyle że z tej wizji wypłukana zostaje polityczność, każdy ma poradzić sobie na własną rękę, nie ma prawdziwych konfliktów, trzeba tylko dobrze tym zarządzać i wszystko samo
się ułoży...
Tutaj atomizacja w gruncie rzeczy działa na korzyść takiej liberalno-konserwatywnej prawicy, która może to zagospodarowywać w dowolny sposób, ponieważ w zasadzie ci, którzy weszli w ten
tłum hipermarketowy, uważają, że cokolwiek postanowi się na górze, oni prywatnie mogą robić sobie, co chcą, nie żyjemy przecież w państwie totalitarnym... Wystarczy uciec z małego
miasteczka, już nawet nie do Anglii, ale do Warszawy, i w zasadzie możesz spać, z kim chcesz, myśleć, co chcesz, do kościoła chodzić tylko na Wielkanoc, przyjąć księdza po kolędzie i dać
mu odpowiednio dużą kopertę i nikt się nie będzie wtrącał... Tu już nie ma żadnej opresji tradycjonalistycznej, nie ma się czym przejmować. A brak przełożenia swoich
"prywatnych" światopoglądów na światopogląd polityczny i ogólny to jest zjawisko absolutnie destrukcyjne dla społeczeństwa. Społeczeństwo, które uznaje, że moje prywatne
nie musi się przekładać na żadne publiczne, bo tak jak jest, jest mi w sumie dobrze, przestaje być społeczeństwem. I tak się tu dzieje. Podczas gdy w świecie nieco bardziej uspołecznionym,
jeżeli np. nie uważam homoseksualizmu za grzech, to muszę dążyć do tego, żeby uznano ten pogląd za normę. Tutaj prawie nikt nie ma takiej potrzeby. Będę robił swoje, a publicznie niech
sobie mówią, co chcą, to nie ma żadnego znaczenia.
Ale nie jesteśmy Amerykanami, którzy są naprawdę purytańscy. Tutaj to naprawdę nie działa, żadne tabloidy, żadne Anastazje P. To zaledwie chwila rozrywki, całe to wyciąganie rozwodów,
kochanek... Dopóki ABW nie rzuci cię na ziemię i nie wsadzi do więzienia, to również wszystkie plotki o aferach finansowych nie robią na nikim żadnego wrażenia. I właśnie w takiej sytuacji
możliwość przełożenia nowego sposobu myślenia prezentowanego przez młodsze pokolenie na zachodnie teorie, a później możliwość powrotu, znalezienie polskiej formy jest jakąś przynajmniej
intelektualną propozycją.
Tak, oczywiście, ale oni są niewolnikami starych języków. Nie muszą niczego szukać, bo już mają. Lewica musi znaleźć swój symbol. Nie mówię o rewolucji, rewolucja wcale nie jest tym
słowem, na którym lewica mogłaby dzisiaj budować swoją tożsamość, tak jak prawica buduje ją wokół słów Kościół, wolny rynek, antykomunizm. Trzeba znaleźć inne słowo, żeby ruszyć
z miejsca. Tu pojawia się jeszcze jedna ciekawa kwestia. Polska inteligencja przez komunizm nie przerobiła lekcji postmodernizmu. Koncentrując się na nieustannym odkrywaniu, że demokracja jest
dobra, a komunizm zły, przegapiliśmy to, co się wydarzyło intelektualnie w Europie. Widzę tu ogromną różnicę między młodymi a starszymi. Dla starszych postmodernizm oznacza, że nie ma
się poglądów, o nic się nie walczy, wszystko się relatywizuje. Podczas gdy postmodernizm to kres dogmatycznego rozumu, kres, który prowadzi przede wszystkim do zachwiania epistemologią. Już
nie ma żadnego sądu, który można by wypowiedzieć z pełnym przekonaniem epistemologicznym.
Ja mówię o zupełnie innym rozumieniu postmodernizmu, które wcale nie oznacza zgody na wszystko, obojętnej wielokulturowości. Nie wyklucza posiadania mocnych, trwałych poglądów, ale będą to
już poglądy bez pewności epistemologicznej, że istnieje jakieś kryterium absolutnej rozstrzygalności. Przeciwnie, tylko my jesteśmy gwarancją naszych sądów. W tej polskiej dyskusji o
postmodernizmie wyraźnie zderzają się dwa pokolenia. Starsi są fundamentalistami. Nawet jeśli są antyfundamentalistami, to są nimi w fundamentalistyczny sposób, to znaczy wierzą, że
istnieje prawda. Młodsi wiedzą, że nie da się ostatecznie uzasadnić stanowisk, jakie zajmują, idei, jakie wyznają. Przypominam, że mówimy tu o epistemologii, czyli jeśli relatywizm, to
metodologiczny, a nie etyczny. I to nie jest jakieś tam filozoficzne bajanie, bo na poziomie odruchów daje ogromną różnicę. Anachronizuje starsze pokolenie przez nieumiejętność uzyskania
dystansu wobec tego, co mówią, przez to, że nie mają oni świadomości gry, w której uczestniczą. Dla nich nie ma gier. Jeśli przechodzą do polityki, to zaczynają się chamskie bijatyki, kto
kogo ze stołka zrzuci, ale oni nie rozumieją gier komunikacyjnych, nie rozumieją społeczeństwa sieciowego, żyją wedle jakichś dawnych hipostaz: inteligencja, nieinteligencja, robotnicy,
demokracja, liberalizm... Natomiast młodsze pokolenie żyje ze świadomością, że bierze udział w bardzo skomplikowanej kulturowej grze. To czyni z nich dużo bardziej plastyczny podmiot
polityczny i w tym jest nadzieja. Bo myślenie postmodernistyczne jest bardziej autorefleksyjne, a społeczeństwo refleksyjne jest innym społeczeństwem niż społeczeństwo naiwne. My żyjemy
wciąż w społeczeństwie w większości złożonym z naiwniaków. Naiwniak to jest ktoś, kto nie umie sam spojrzeć z zewnątrz na swoje gry...
Co do Marka Jurka, to akurat on ma absolutną rację. Jego prawicowość tutaj nie przetrwa. Ale to nie lewicowa hegemonia ją zniszczy, tylko ten walec łagodnej modernizacji opartej na rynku i
Bogu, ale już nie Bogu Marka Jurka, lecz takim dopasowanym do rynku. Natomiast co do Rafała Ziemkiewicza to sądzę, że jego gadanie o silnej lewicy bezwzględnie osaczającej zdroworozsądkową,
ale słabiutką prawicę, jest tylko grą. On wcale nie czuje się tutaj ofiarą, on i jemu podobni, którzy już się nauczyli żyć z formułą "i rynek, i Bóg, Bóg dopasowany do
rynku". Oni w gruncie rzeczy mogą się tutaj czuć triumfatorami. Tyle że na polskiej prawicy, z jej martyrologiczną tradycją, przyznanie się do tego, że się nie jest ofiarą, trochę
nie uchodzi. Więc jeszcze trochę udają, jeszcze rytualnie wygadują na tych rzekomo wszechpotężnych lewicowców. Jest to też funkcjonalne. Wymyślona przez nich lewica zajmuje miejsce w
zbiorowej wyobraźni, zamula ją, utrudnia powstanie prawdziwej lewicy.
p
, ur. 1954, socjolog, badaczka literatury, publicystka, działaczka feministyczna. Znana przede wszystkim z felietonów publikowanych w "Wysokich Obcasach", dodatku do "Gazety Wyborczej". Jest jedną z najważniejszych postaci środowiska skupionego wokół lewicowego pisma "Krytyka Polityczna", a także członkiem partii Zieloni 2004. Ostatnio opublikowała książkę "Czytając Polskę. Literatura polska po 1989 roku wobec dylematów nowoczesności"(2004). W "Europie" nr z 15 września br. opublikowaliśmy jej tekst "Utracona cześć braci K.".