Robert Bly ur. 1926

Należy nie tylko do najważniejszych poetów amerykańskich ostatniego półwiecza, ale jest również osobą publiczną, popularnym i cenionym uczestnikiem debat na temat kondycji duchowego dziedzictwa zachodniej cywilizacji. Autor znanej u nas książki "Żelazny Jan", traktującej o mitycznych źródłach męskiej duchowości. Opublikował także kilkadziesiąt zbiorów wierszy i prozy medytacyjnej, przekłady z języków skandynawskich i z hiszpańskiego, a także eseje autobiograficzne, dziennik intymny oraz rozprawy z dziedziny filozofii kultury, psychologii i religii. Do jego szczególnie interesujących osiągnięć zaliczyć wypada odnowienie gatunku medytacyjnego poematu prozą. Pisarstwo łączące wątki biograficzne z tradycyjnymi tematami filozofii, a nawet teologii jest wprawdzie niezwykle rozpowszechnione w literaturze amerykańskiej, ale Bly zdaje się sięgać wyraźnie do źródeł europejskich, do zapomnianej tradycji celtyckiej i nordyckiej poezji religijnej.

p

Pasterka w kościele Świętego Michała

Zimna noc; idziemy po oblodzonym chodniku. Ciemność otacza liche domki z drewna, które jeszcze tak niedawno było drzewem. Jakąś godzinę temu wychodziliśmy z domu mojego ojca, wynosząc do samochodu pudła z prezentami. Brat, zabity sześć miesięcy temu, był nieobecny. Płakaliśmy, siedząc pod udekorowanym drzewkiem. Ale oto widzę: anioł po prawej stronie ołtarza, klęka na jedno kolano, z ręką na piersi. Długoigła choinka, ta co jest w nas naszym bytem, zielonym zimą i latem, obwieszona teraz wstążkami tryumfu i trzydziestoma złotymi bombkami, z których każda przedstawia odrębną planetę, dom nieśmiertelnej duszy. Na zewnątrz śnieg odczynia swoje manichejskie czyny, żeby ojca i jego trzodę utrzymać w stanie melancholii. Śpiewamy. O północy ksiądz zstępuje, jeden lub dwa stopnie, bierze Dzieciątko, po czym kładzie Je w kołysce u stóp ołtarza, gdzie już czekają koń i owca. Tuż po północy odwraca się twarzą do zgromadzonych, unosi suchy opłatek, łamie - dźwięk czysty i wstrząsający. Wznosi wyżej obie części... zalękniony... Jak tyle innych czynów i ten powtarza się zawsze. Rozkładając ręce (widać teraz krzyż na jego szacie), mówi nam, że Chrystus chciał pozbyć się ciała. To dziwne. My tak bardzo chcielibyśmy zabrać nasze ciała, kiedy trzeba będzie odejść... Widzę: ciemne wody unoszą się aż pod sufit, wody wzburzone, w których dryfują ptaki jak wilki po zaśnieżonych polach... Kielich stoi znowu na ołtarzu. Ocean zawirował i uspokoił się... Człowiek, ogromnych rozmiarów, unosi się nad wodami, skrzydła ma rozpostarte, a na piersi - ranę.

Pochwała ziarnka ryżu

Ziarnko ryżu ma kształt bochenka i jest przezroczyste prawie w trzech czwartych długości. Zdaje się zawierać w sobie nadzieję i twarde tworzywo światła. W mojej dłoni prawie nic nie waży. Kawałek świata sprzed epoki ssaków, istota bezkrwista, w pełni duchowa; z duszą jak suche warzywo, roztańczone w sitku, tak że rumor budzi Dionizosa w kołysce. Księżyc w pierwszej kwadrze, ostry na porannym niebie, wygląda solidnie jak zawsze. Stwardniał już dawno temu. Słońce znika, ale nie w nim; plamy na jego powierzchni to ciemna strona światła - chłopiec zamknięty w więzieniu za zbieranie drewna w Szabat. No, więc nocą smutne wizerunki przepływają przez twarz ryżowego ziarna, mnisi zawodzą, a ono samo wgląda w swoje wnętrze w poszukiwaniu warzywnego dziedzictwa. Kiedy unoszę je do ust i kładę na języku, język rozpoznaje ciała przodków, które nie rozpuszczają się nawet wtedy, kiedy obmywa je olej cierpienia. I tak też z naszymi dziećmi - to pewne, że nie rozpłyną się nigdy. Każde jest bowiem ziarnem zrodzonym ze światła, wymłóconym z niezliczonych kłosów nieplewionych; i nie z nas ono, nie z matki i ojca, pochodzi. Ich i nasze dusze wchodzą i wychodzą, posłuszne innemu księżycowi. Przez całą noc niewyplewione rośliny kolebią się w ryżowych kołyskach, a księżyc cicho unosi wody oceanu nad granitowym progiem.

przeł. Artur Grabowski