p

Reklama

Ernst Nolte*

Inne spojrzenie na historię XX wieku

Na samym początku XX stulecia ukazała się książka Anglika Williama Thomasa Stada zatytułowana "The Americanization of the World". Od dziesiątków lat grupa myślicieli i polityków uważała, że w związku z emancypacją klas pracujących świat zmierza do socjalizmu, a wiek XX przyniesie ostateczny triumf tej nowej formy organizacji ludzkości. Kościół katolicki uważał natomiast, że jako strażnik pradawnych i zgoła wiecznych prawd potrafi stawić skuteczny opór zgubnemu procesowi sekularyzacji czy modernizacji, w jakim znalazła się ludzkość. W nurcie myślenia dominującym wśród liberałów na pierwszy plan wysuwały się od czasu oświecenia postępy cywilizacji lub proces cywilizowania - fundamentalne procesy, których ich zdaniem nie można było powstrzymać i które usprawiedliwiały optymizm panujący prawie wszędzie w pierwszej dekadzie stulecia.

Inne definicje tego fundamentalnego procesu posługiwały się często takimi pojęciami jak unaukowienie, demokratyzacja, przezwyciężenie zasady państwa narodowego, a także - chociaż na początku stulecia nie używano jeszcze tego terminu - globalizacja. Cechą wspólną tych wszystkich określeń jest to, że nadają one nazwę pewnej tendencji w dziejach świata, która napotyka wprawdzie różnego rodzaju opór, ale której przeznaczeniem jest przezwyciężyć wszelkie pozostałości tego, co było, i ostatecznie zatriumfować na całej ziemi. Jeśli natomiast postrzegać wiek XX między komunizmem a faszyzmem, to podstawową rzeczywistością nie jest rozwój obejmujący przezwyciężanie, lecz walka pomiędzy zjawiskami politycznymi, które należy charakteryzować w głównej mierze przez pryzmat ich ideologii. Czy jednak rzeczywiście wolno z komunizmem zestawić faszyzm jako siłę - przynajmniej okresowo - tej samej rangi, choć przecież różnice między nimi są aż nadto wyraźne?

Komunizm opiera się na pradawnej myśli ludzkości, którą jednak zwykle traktowano jako element treści pojęcia socjalizmu. Jest to myśl, że ludzkość powinna żyć zupełnie inaczej, niż żyje faktycznie od wielu stuleci: nie podzielona na wrogie ludy i narody, nie rozdarta w obrębie tych narodów na klasy, z których jedna, panująca, wyzyskuje drugą, podporządkowaną czy dyskryminowaną, zapewniając sobie przywileje, a nawet je dziedzicząc, lecz jak jedna rodzina, bez walk wewnętrznych i zewnętrznych takich jak rewolucje i wojny, a już na pewno bez ciemiężenia przez klasy kapłanów i arystokrację. W pierwszych dekadach XIX wieku pionierzy socjalizmu, tacy jak Robert Owen i Charles Fourier, bronili tej koncepcji z równym przekonaniem. Mieli licznych zwolenników, którzy woleli żyć w owych przejrzystych falansterach i wioskach jedności i współpracy, w których nie było sprofesjonalizowanych funkcji kierowniczych ani stałego podziału pracy, niż w tak zwanym nowoczesnym świecie charakteryzującym się nieprzejrzystością i nierównością. Fourier i Owen mogli zaś powoływać się nie tylko na silny egalitarny nurt oświecenia, lecz również na Tomasza Morusa i starożytne opowieści o państwie. Myśl ta pozostawała najwyraźniej utopią, chociaż coraz więcej czeladników zwało się teraz robotnikami i konkretyzowało swoje bynajmniej niebezprzedmiotowe nadzieje na poprawę warunków życia w wizji bezgranicznie szczęśliwej przyszłości nakreślonej przez Wilhelma Weitlinga: "To już kres mozołu". Ruch robotniczy stał się zdolny do tworzenia historii tylko dzięki temu, że zniknęły odwołania do sytuacji panującej w najwcześniejszym okresie dziejów, która miała postać wspólnoty wiejskiej, a stanowi negatywnemu, kapitalizmowi, nadano znaczenie pozytywne. Na tym właśnie polegała zasługa marksizmu w dziejach świata - nie potępił on kapitalizmu, lecz uczynił go ni mniej, ni więcej tylko niezbędnym warunkiem socjalizmu. Jednak na swój sposób trzymał się wizji komunizmu pierwotnego, który jakoby nie znał własności prywatnej i który należy odzyskać na wyższym szczeblu. W praktyce zaś akcentował ideę krwawej ostatecznej rewolucji, mimo że powierzył jednak historii misję spowodowania zagłady ustroju kapitalistycznego i klasy przedsiębiorców w wyniku coraz większej koncentracji kapitału i coraz intensywniejszej konkurencji. Kiedy zatem Fryderyk Engels w ostatnich latach życia z optymizmem przepowiadał bezkrwawe zdobycie całej władzy politycznej przez jego partię, nie była to już utopia: w wyborach do Reichstagu w roku 1912 marksistowska Socjaldemokratyczna Partia Rzeszy Niemieckiej zdobyła jedną trzecią wszystkich miejsc i stała się najsilniejszą spośród niemieckich partii. Socjalizm zwyciężyłby więc dokładnie tak, jak sam zawsze przepowiadał. Tylko pod warunkiem przypisania ustrojowi liberalnemu i bynajmniej niedemokratycznemu jeszcze systemowi partyjnemu większej siły oporu przeciwko socjalizmowi opartemu na przemocy można było przewidywać w okresie powojennym szeroką konfrontację istniejącej już siły mającej wpływ na dzieje świata z pozbawionym jeszcze nazwy ruchem, który przeciwstawiał jej wojowniczym dążeniom równie wojownicze dążenia przeciwne. Najbardziej spektakularnym (choć w tamtych czasach nader trudno było go jeszcze tak postrzegać) symptomem takiego przyszłego rozwoju wydarzeń było przejście czołowej osobistości włoskiej Partii Socjalistycznej Benita Mussoliniego, zwanego przez niektórych jego towarzyszy Duce, na stronę zwolenników przystąpienia Włoch do wojny - i to nie tylko z pobudek konserwatywnych, lecz właśnie rewolucyjnych, skierowanych przeciwko kwietystycznemu pacyfizmowi własnej partii.

Reklama

Każdemu rzucało się natomiast w oczy przejście prawie wszystkich socjalistycznych partii Europy na stronę swoich prowadzących wojnę państw, a zarazem okresowe pozbawienie znaczenia frakcji rewolucyjnych. A zatem już w roku 1915 można było z dużą pewnością przewidzieć, że po zakończeniu wojny nowego rodzaju socjalizm i nowego rodzaju antysocjalizm staną ze sobą w szranki. Nie było jednak jasne, czy tylko zmodyfikują one istniejący system partyjny, czy zgoła przejmą całą władzę. Wojna jako taka, mimo swych bezprecedensowych okropności, nie implikowała w sposób bezwzględny żadnej przyszłej drogi: najbardziej prawdopodobne było to, że także po zwycięstwie jednej ze stron całkowicie wyczerpani rywale utworzą pewien związek narodów, którego głównym impulsem będzie fundamentalnie pacyfistyczne hasło "nigdy więcej". Tak oto fundamentalnym wydarzeniem XX wieku stało się to, że w powszechnie znanych okolicznościach rewolucyjno-pacyfistyczna frakcja rosyjskiej socjaldemokracji (która za swoje credo przyjęła komunizm i jeszcze przez długi czas posługiwała się nic niemówiącą nazwą bolszewizm) w wyniku rewolucji, będącej w rzeczywistości puczem przeciwko pozostałym frakcjom socjalistycznym, przejęła pod wodzą Lenina wyłączną władzę w kraju pokonanym przez Niemcy. To przejęcie władzy wywołało entuzjazm niemający precedensu w całych politycznych dziejach świata, ponieważ znacznie wykraczał on poza odetchnięcie, które wszędzie wywołuje zwykle koniec wielkiej wojny. "Wojna się skończyła, wojna się skończyła!" - wiwatowali według relacji Johna Reeda niezliczeni ludzie, jednak ich oczekiwania i nadzieje dotyczyły zupełnie innego wymiaru. Pewien stary robotnik zwrócił po przewrocie swą uszczęśliwioną twarz ku stolicy i powiedział: "Mój Piotrogród, cały należy teraz do mnie". Podczas posiedzeń nowo założonej Międzynarodówki Komunistycznej ujawniła się wiara niemająca odpowiednika nigdzie na świecie: "Sowiecka Rosja jest jak wielki dzwon głoszący zbawienie całemu światu", stwierdził angielski socjalista Tom Mann, a pierwsze odezwy i manifesty tej ogólnoświatowej partii głosiły między innymi, że zaczyna się teraz zupełnie nowy okres w dziejach świata, a mianowicie: "Epoka likwidacji kapitalizmu, jego wewnętrznego rozkładu, epoka komunistycznej rewolucji proletariatu (...) Musi ona złamać panowanie kapitał, uniemożliwić wojny, usunąć granice państw, zamienić cały świat we wspólnotę pracującą dla siebie samej, urzeczywistnić zbratanie i wyzwolenie ludów". Niedługo później Komitet Wykonawczy Międzynarodówki Komunistycznej mógł już wystosować pismo do komunistów bawarskich, którzy tuż przedtem powołali do życia swą Republikę Rad. Głosiło ono: "Zaczyna się szturm. Pożar rewolucji proletariackiej bucha z niepowstrzymaną siłą w całej Europie (...) Marzenie najlepszych przedstawicieli ludzkości staje się rzeczywistością (...) Wybija godzina naszych ciemiężycieli. 1 maja 1919 roku musi być dniem przełomu, dniem rewolucji proletariackiej w Europie...".

We współczesnym języku można by dodać, że po raz pierwszy w dziejach ludzkości globalizacja stała się tu celem realizowanym aktywnie i z entuzjazmem.

Już we wrześniu 1918 roku korespondent "Frankfurter Zeitung" Alfons Paquet (zdecydowanie lewicowy pisarz, którego narodowi socjaliści wykluczyli w roku 1933 z Pruskiej Akademii Literatury) pisał, że nadszedł czas, by "wezwać całą ludzkość do sprzeciwu wobec potworności dokonujących się teraz we wszystkich miastach Rosji: planowego unicestwiania całej klasy społecznej, niszczenia niezliczonych istnień ludzkich związanych tysiącem nici wykształcenia z innymi narodami ziemi (...) Miasta Moskwa i Petersburg drżą. (...) Winni i niewinni (...) są na podstawie samego tylko podejrzenia (...) zatrzymywani przez Nadzwyczajną Komisję i kilka godzin później rozstrzeliwani (...) Bez skrupułów rekwiruje się domy, mieszkania i wyposażenie mieszkań we wszystkich dzielnicach". Równie rozpowszechniony i równie potężny jak entuzjazm był nieznany wcześniej strach, który szybko rozprzestrzenił się po całej Europie i którego niezwykle plastyczny, przerażający opis znalazł się nie tylko w licznych gazetowych relacjach, lecz także w książkach autorstwa między innymi ludowego socjalisty Mielgunowa, byłego komisarza sprawiedliwości Steinberga, oraz córki lekarza Aleksandry Rachmanowej, która wyemigrowała do Austrii. Świat stanął oko w oko z rzeczywistością jedyną w swoim rodzaju, nigdy wcześniej niespotykaną, której prefiguracją zaledwie mogły być czasy terroru rewolucji francuskiej: była to szeroko zakrojona eksterminacja społeczna, która - pośród niezliczonych przypadkowych czynów i reakcji, zamachów i białego terroru okresu wojny domowej - charakteryzowała się wysokim stopniem ideologicznej konsekwencji. Jeśli z jeszcze na poły feudalnego społeczeństwa caratu miało zostać utworzone bezklasowe społeczeństwo równych, to nie dało się uniknąć rzeki krwi. Dziś wiemy - w znacznej mierze z książek byłego oficera politycznego Armii Czerwonej Dimitrija Wołkogonowa - jak brutalna była wola eksterminacji, którą przesiąknięte były liczne rozkazy Lenina niewłączone do różnych wydań jego dzieł i bez wyjątku opierające się na głębokim przekonaniu, że kilkaset tysięcy zabitych w sprawiedliwej wojnie domowej jest bez znaczenia w porównaniu z milionami zabitych w imperialistycznej wojnie światowej spowodowanej przez burżuazję. W ten sposób zwycięstwo ideologii zakorzenionej głęboko w historii, ale w swej istocie skierowanej przeciwko historii, przyniosło bezprecedensowe zerwanie ciągłości kulturowej dające się szczególnie dobrze zilustrować dwoma prostymi faktami - pierwszy dotyczy jednostki, a drugi szerokich mas: oto pewnego kapłana rozstrzelano, ponieważ odprawił mszę żałobną za Mikołaja Romanowa, zaś przestępców w obozach koncentracyjnych uważano bynajmniej nie za użytecznych pomocników więziennego personelu

(jak później w obozach narodowosocjalistycznych), lecz za element pokrewny społecznie.

Czy można było sobie wyobrazić, że tak straszliwe zjawisko jak zwycięski po wywołanej przez siebie samego wojnie domowej bolszewizm, który posiadał we wszystkich krajach entuzjastycznych i bojowo nastawionych zwolenników, nie wywoła specyficznej reakcji w innych krajach Europy, którą chciał pokonać w roku 1920 pod Warszawą i której jeszcze w roku 1923 usiłował sprawić niemiecki październik? Socjalistyczna Partia Włoch wydawała się mieć dość siły, by przechwycić władzę w ojczyźnie katolicyzmu i przyłączyła się - choć z wahaniem i zastrzeżeniami - do Międzynarodówki Komunistycznej. Jednak właśnie w ten sposób powołała do życia partię nowego typu, której przewodził akurat ten człowiek, którego można by nazwać twórcą i pionierem włoskiego komunizmu okresu przedwojennego, czyli Benito Mussolini. Nikt, kto zajmował się historią Włoch w latach 1919 - 1922, nie może mieć najmniejszych wątpliwości, że Partito Nazionale Fascista w swym najwcześniejszym okresie była bojowym ruchem antykomunistycznym, który w sposób przypominający wojnę domową, jednak budzący w społeczeństwie wiele sympatii, wziął górę nad swoim wrogiem. Wzajemny stosunek nie sprowadzał się jednak do samego "anty", bowiem - wśród czołowych osobistości - nie tylko sam Mussolini wywodził się z ruchu socjalistycznego. Ta reakcja była zarazem rewolucją - taką jednak, która mogła wynieść jej wodza do władzy (a po pewnych zawirowaniach wręcz do władzy absolutnej) - tylko dzięki udzielonej z pewnym wahaniem pomocy tradycyjnych potęg, czyli monarchii, wojska i Watykanu. A zatem także faszyzm był fenomenem nowego rodzaju, bardziej zdecydowanie niż istniejące do tej pory partie przeciwstawiające się bolszewickiemu socjalizmowi, a jednak znacznie bardziej z nim spokrewnionymi niż liberałowie i katolicka Partia Ludowa. W całej Europie spotykał się z dużą sympatią, także ze strony angielskich mężów stanu, takich jak lord Curzon i Winston Churchill, ale entuzjazm wzbudził tylko w jednym miejscu, a mianowicie u bawarskich narodowych socjalistów i ich wodza Adolfa Hitlera.

Uważam jednak, że także w wypadku narodowego socjalizmu istotą ruchu był bojowy antykomunizm, i to antykomunizm w znacznie większym stopniu nacechowany ideologią. Opisy okrucieństw bolszewików, jakie Hitler przedstawia w swych wczesnych przemówieniach - opisy krwawej łaźni w Rosji, niesłychanej krwawej dyktatury, nawoływań do wojny domowej, zgubnej zasady bezwzględnej walki klasowej, chińskich katów w Petersburgu, masowego mordercy Lenina, 30 milionów ludzi, którzy nierzadko musieli umierać w prawdziwych rzeźniach, a po części w wyniku wywołanej świadomie klęski głodu, całkowitej eksterminacji przeciwników stanowiącej, jego zdaniem, nieuchronne następstwo zwycięstwa idei marksistowskiej czy wreszcie losu Rosji stukającego już do drzwi Niemiec - wydają się jeszcze wyłącznie emocjonalne i pozbawione ideologii. Oczywistą konsekwencją jest postulat artykułowany przez Hitlera ciągle i z niewielkimi modyfikacjami, że na tak straszne zjawisko jak bolszewizm radą może być tylko antybolszewizm o bolszewickiej determinacji, który pozostawił za sobą zgubną połowiczność i kompromisy partii mieszczańskich. W swojej mowie obrończej przed sądem ludowym w Monachium Hitler powiedział, że nie chciał zostać ministrem, lecz pogromcą marksizmu. Któż mógłby nie usłyszeć owego tonu bezwzględnej determinacji i radykalnej wrogości, gdy mianowany właśnie kanclerz Rzeszy w maju 1933 roku na I zjeździe Niemieckiego Frontu Pracy mówił: "Jeśli wciąż na nowo oświadczam narodowi niemieckiemu, że upatruję moje zadanie w tym, by unicestwić marksizm, to nie jest to tylko frazes, lecz święta przysięga, którą pragnę spełnić, dopóki oddycham. (...) Widzimy tu przed nami wroga naszego narodu i zlikwidujemy go, wyplenimy do ostatka, konsekwentnie i bezlitośnie". Istnieją zatem dobre powody, by definiować narodowy socjalizm Hitlera jako antymarksizm, który chce unicestwić swojego wroga, przejmując i modyfikując niektóre jego główne cechy.

Hitlerowi nie brakowało jednak bynajmniej świadomości tego, że wróg nie jest wcale słaby ani godny pogardy, lecz stanowi potężne zjawisko, które w ten czy inny sposób cieszy się aprobatą lub sympatią 40 procent narodu niemieckiego i którego inicjator, Lenin, to gigantyczna postać. Jeśli zjawisku temu nie położy się kresu, przeobrazi ono świat równie gruntownie jak niegdyś chrześcijaństwo - jest zatem czymś w rodzaju religii, a nie tylko politycznym reżimem.

Wobec tego nadzwyczajnego zjawiska Hitler byłby bezradny i bezsilny, gdyby nie znalazł klucza, który dałby mu możliwość ustalenia i oskarżenia dającego się łatwo zidentyfikować sprawcy. W tym tkwi wewnętrzna przyczyna i konieczność jego antysemityzmu, bowiem dopiero sprowadzenie marksizmu i bolszewizmu do działalności Żyda pozwala mu rozwinąć filozofię historii, która jest odpowiednikiem - choćby na bardziej prymitywnym poziomie - tejże filozofii w marksizmie i stanowi uzasadnienie postulatu eksterminacji. Najbardziej pouczająca spośród wszystkich rozmów z Hitlerem, przeprowadzona przez jego mentora Dietricha Eckarta i opublikowana pośmiertnie w roku 1924, nosi tytuł: "Bolszewizm od Mojżesza do Lenina". Jej charakterystycznym elementem jest przede wszystkim to, że Hitler odnosi się szeroko do Starego Testamentu i twierdzi, iż pod hasłem: "Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!" Żydzi podburzali niższą warstwę Egipcjan, przygotowując w ten sposób swoje wyjście z Egiptu, któremu towarzyszyły mordy i rabunki. Rzuca się w oczy, że to światowy ruch bolszewizmu, a nie ukryte działania żydowskich finansistów, wywołuje nienawiść, gniew i zawziętość Hitlera, i że antysemityzm jest tylko środkiem umożliwiającym jemu samemu i jego zwolennikom ustanowienie punktu wyjścia dla rzekomo głębszego rozumienia sytuacji i konkretnej akcji politycznej.

Dlatego szczególny charakter zyskuje pewna wypowiedź z roku 1930, której zawartość merytoryczną można także dziś uznać za słuszną: "W ciągu tych 12 lat w Rosji setki tysięcy ludzi stracono, poddano torturom, dręczono, zamęczono na śmierć i nikt nie zaprotestował...". Jednak oskarżenie sprawców, które na razie pominąłem, stanowi już zwrot zdeterminowany ideologią i nader emocjonalny, który nie może być merytorycznie słuszny: "przez pozbawionych człowieczeństwa żydowskich zbrodniarzy". To samo dotyczy jednego z najistotniejszych zdań w "Mein Kampf", do którego zresztą, mutatis mutandis, da się znaleźć paralele w najwcześniejszej literaturze antyrewolucyjnej XVIII wieku: "Teraz zaczyna się wielka ostatnia rewolucja. Zdobywając władzę polityczną, Żyd zrzuca te nieliczne zasłony, które jeszcze nosi. Demokratyczny Żyd ludowy przeobraża się w Żyda krwawego i tyrana ludów. (...) Najstraszliwszy przykład tego rodzaju stanowi Rosja, gdzie z iście fanatyczną dzikością, nierzadko wśród nieludzkich cierpień zabił on lub zamorzył głodem około trzydziestu milionów ludzi, aby zapewnić gromadzie żydowskich literatów i giełdowych bandytów panowanie nad wielkim narodem". Nie tylko historyczno-filozoficzny, lecz bez mała metafizyczny charakter ma natomiast jedno z najczęściej cytowanych, z reguły jednak kwitowanych jedynie oburzeniem lub wzruszeniem ramion zdań z "Mein Kampf": "Jeżeli Żyd z pomocą swego marksistowskiego credo podbije narody świata, jego panowanie będzie końcem ludzkości, a nasza planeta, bezludna jak przed milionami lat, będzie pędzić w eterze. (...) To daje mi przekonanie, że działam w imieniu Wszechmogącego Stwórcy, że broniąc się przed Żydami, walczę o dzieło Pana" (cytat wg: Adolf Hitler, "Moja walka", przeł. Irena Puchalska i Piotr Marszałek, Krosno 1992, s. 49 - 50. - przyp. tłum.).

Jakże racjonalne i zrozumiałe wydają się w porównaniu z tym eksterminacyjne postulaty komunistów - jak choćby ten sformułowany przez pewnego fińskiego członka partii: klasa burżuazji to klasa rabusiów, zabójców, pustoszycieli, czyli klasa pasożytów, którą trzeba obalić, wywłaszczyć i usunąć. To właśnie liczne wulgarnie antysemickie zwroty Hitlera, a zwłaszcza jego opowieści o własnych rzekomych doświadczeniach w Wiedniu, uniemożliwiły uznanie wewnętrznej doniosłości takich stwierdzeń i ich wewnętrznego odniesienia do podstawowych poglądów marksizmu. Nie widzę powodu, by cofnąć moją tezę, że takie zdania antycypują Auschwitz, jakkolwiek do ostatecznej realizacji potrzebnych było wiele etapów pośrednich. Nie mogę również wyprzeć się zupełnie niepoprawnego politycznie poglądu, że bez eksterminacyjnej woli bolszewików i bez przerażenia przyszłych masowych morderców aktualnymi masowymi mordami - albo, mówiąc przenośnie, bez Gułagu - nie byłby możliwy Auschwitz. Można zatem, jak sądzę, pozytywnie odpowiedzieć na pytanie, czy komunizm i faszyzm, a dokładnie mówiąc bolszewizm i radykalny faszyzm z pierwszej połowy stulecia, były ekstremami bądź totalitaryzmami tej samej rangi, między którymi mieści się całe mnóstwo normalnych struktur i wydarzeń. Zbyt łatwo zapomina się, jak całkowicie bezprzykładna była droga Hitlera od największego upadku w roku 1919 po najwyższy szczyt panowania nad Europą w roku 1941 i jak mało prawdopodobna byłaby ta kariera, gdyby nadzwyczajne okoliczności i potężne sympatie nie utorowały jej drogi - drogi, na której ostateczne zwycięstwo jesienią 1941 roku wydawało się równie bliskie jak ostateczne zwycięstwo Lenina w roku 1920 podczas marszu jego wojsk na Warszawę. Także Hitlerowi jego wrogowie nie okazywali wyłącznie nienawiści i lekceważenia. Wielki izraelski myśliciel Yeshayahu Leibowitz nie wahał się nazwać go - nie zamierzając bynajmniej go chwalić - najbardziej charyzmatyczną osobowością w dziejach świata. Hitler oddziaływał również po śmierci, w drugiej połowie stulecia, którą cechował już nie antagonizm między komunizmem a faszyzmem, lecz bardziej pierwotny konflikt między komunizmem a kapitalizmem - komuniści niestrudzenie podkreślali, że antykomunizm Trumana, a nawet Kennedy'ego, należy uważać za bezpośrednią kontynuację antykomunizmu Hitlera. Było to stwierdzenie błędne, bowiem nie potraktowano poważnie różnicy między bojowością i brakiem bojowości. Jednak teza ta nie była chyba o wiele bardziej nieprawdziwa niż teza Hitlera o Żydach jako sprawcach wszystkich nieszczęść.

Jestem świadomy, że ten punkt widzenia może wywołać nieprzyjemne zdziwienie, a nawet oburzenie. Sądzę jednak, że można się z nim zgodzić, jeśli rozważyć go nie w sposób emocjonalny, lecz refleksyjny. Powiedziałem, że najwcześniejsze oświadczenia Międzynarodówki Komunistycznej szczególnie stanowczo i w niezwykle pozytywnym tonie artykułowały to, co dziś powszechnie nazywane bywa globalizacją. Właśnie to miał na myśli Hitler, wypowiadając się w skrajnie negatywnych słowach o groźbie najwyższej i największej tyranii władającej całym światem, która jego zdaniem stanowiła niewidzialne państwo żydowskie. Dlatego trzeba powiedzieć, że słowa "Żyd" i "państwo żydowskie" były dla Hitlera metaforami, konkretyzacjami sugerującymi coś znacznie szerszego i abstrakcyjnego, czyli właśnie globalizację lub proces homogenizacji świata. Hitler nie kierował się zatem wyłącznie urojeniem, lecz myślał o czymś jak najbardziej realnym. I arcyludzkie - choć z gruntu fałszywe - było to, że szukał konkretnych sprawców tego niepojętego procesu, sprawców, których można zaatakować. Chociaż jego "nie" stało w wyraźnej opozycji do "tak" bolszewizmu, to niemożliwe do przeoczenia podobieństwo polegało na tym, że także bolszewicy dążyli do unicestwienia bynajmniej nie tylko ustroju kapitalistycznego, lecz konkretnej klasy przedsiębiorców czy kapitalistów. Nie może być tu zatem mowy o utożsamieniu, ale równie niesłuszne byłoby zdecydowane przeciwstawienie.

Dotyczy to również wzajemnej relacji między Gułagiem i Auschwitz. Gułag jest nie tylko wcześniejszy, lecz stanowi także wewnętrzny warunek Auschwitz - jak można by łatwo wykazać na podstawie pewnych ustawicznie przeoczanych lub wypieranych ze świadomości wypowiedzi Himmlera i Hössa. Zarazem jednak zasadniczo się od niego różni, i to nie tylko dlatego, że jego istotą była eksterminacja społeczna zamiast gorszej w sensie antropologicznym ekstermnacji biologicznej, lecz dlatego, że jego inicjatorzy uważali, iż wspierają nadrzędny proces globalizacji, podczas gdy Hitler chciał go akurat zatrzymać.

Jeśli jednak rzeczywiście wolno przywołać tu arcyludzkie urojenie głoszące, że proces historyczny można przypisać pewnej małej grupie sprawców i zatrzymać go przez ich eksterminację, to mimo wszystko nie można wykluczyć, iż określone grupy ludzi mają do tego szczególnie wyraźny stosunek. Zwykłe pomijanie żydowskiego mesjanizmu oznacza niezasłużone deprecjonowanie judaizmu, a lektura wypowiedzi "wielkich Żydów", jak choćby Mosesa Hessa, Simona Dubnowa, Franza Borkenaua i George'a Steinera, daje zupełnie inny obraz. George Steiner wyraźnie nazywa marksizm żydowską wiarą, a Franz Borkenau przyznaje, że straszne mity narodowych socjalistów zawierają ziarno rzeczywistości, które ujmuje bez porównania głębszy aspekt, niż czyni to powierzchowna polemika Arnolda Toynbeego, do której się ustosunkowuje.

A zatem interpretacja, która wywołuje tak wiele niemiłego zdziwienia - ponieważ nie pojmuje tych ekstremów czy filarów, pomiędzy którymi można zlokalizować wiek XX jako dwóch równoległych tworów (które u kresu epoki w równym stopniu poniosły klęskę lub się rozpadły), lecz sytuuje je we wzajemnej relacji oryginału i imitującego go derywatu, co stanowi paradygmat historyczno-genetycznej teorii totalitaryzmu - zdaje się zmierzać do czegoś wręcz przeciwnego, niż ujmuje to zarzut zawarty w pochopnym oburzeniu: nie do bagatelizowania narodowosocjalistycznego radykalnego faszyzmu i relatywizowania Auschwitz, lecz do pochwały globalizacji, która w XX wieku wzięła górę nad swym najzacieklejszym wrogiem oraz błądzącym przyjacielem i doprowadziła do rozpoczęcia nieposiadającej już charakteru historycznego epoki cywilizacji światowej. Schemat rozwoju okazałby się więc bardziej adekwatny niż schemat walki, a patrząca wstecz, zagłębiająca się w szczegóły nauka o historii zyskałaby przekonującą interpretację, w ramach której paradygmat historyczno-genetycznej teorii totalitaryzmu byłby jednym z wielu. Szeroko rozpowszechnione w Niemczech i służące wychowywaniu narodu opisy historii ad usum delphini Teutonici mówiące o jednym prześladowaniu, jednym masowym mordzie i jednym złu zajęłyby wtedy również odpowiednie dla siebie, czyli podrzędne miejsce - tak jak to się już stało w wypadku dzieł Paula Johnsona i Fran?ois Fureta.

Jednak obraz dziejów XX wieku oglądany z perspektywy początku wieku XXI sprawia, że także ta koncepcja wydaje się niewystarczająca. Komunizm i faszyzm, a nawet zimna wojna, którą można traktować jako dogrywkę ich walki, już nie istnieją, przynajmniej jako siły wpływające na dzieje świata, posiadające własne państwa. Kto jednak odwróciłby definicję Jules'a Monnerota, że komunizm to islam XX wieku, i twierdził, że islam czy też islamizm to komunizm XXI wieku, byłby w głębokim błędzie. Tak jak niegdyś komunizm obecnie islamizm pragnie siłą ustanowić jedność świata. Tak jak faszyzm czuje się on jednak zagrożony przez nadrzędną globalną tendencję, która w jego oczach jest zła i zasługuje na potępienie, ponieważ grozi zniszczeniem dziedzictwa historycznego, z którego jest dumny. Z jego punktu widzenia nie ma globalizacji jako takiej, jest tylko globalizacja komercyjna, amerykańska. Potrafi on łączyć się z różnorodnymi dążeniami Trzeciego Świata, a w pewien sposób sam jest ich częścią. Zwycięskie wojny Amerykanów z poszczególnymi krajami islamskimi nie zmieniłyby istotnie sytuacji. Tak jak wiele wydarzeń XX wieku usytuowanych było między komunizmem i faszyzmem jako skrajnymi filarami, to, co przyniesie wiek XXI, może rozgrywać się głównie między amerykańską globalizacją i konserwatywno-rewolucyjnym oporem Trzeciego, zwłaszcza islamskiego Świata. Wbrew woli wszystkich aktorów może kiedyś wyłonić się z tego konkretny, nieimperialistyczny uniwersalizm i prawdziwa jedność świata, o której nie będą decydowały już tylko USA i Izrael. Nauka będzie wtedy mogła w pełniejszy sposób wykonać swe podstawowe zadanie i właściwie ocenić zarówno komunizm, jak i faszyzm, które miały tak kluczowe znaczenie dla XX wieku.

Ernst Nolte

przeł. Adam Peszke

p

*Ernst Nolte, ur. 1923, historyk niemiecki, jeden z najwybitniejszych badaczy totalitarnych ruchów politycznych XX wieku, obecnie emerytowany profesor na Freie Universität w Berlinie. Rozgłos przyniósł Noltemu spór historyków (1986 - 1987), który wywołały jego twierdzenia o nazizmie jako obronnej reakcji na komunizm. Ogromne kontrowersje wywołały również jego późniejsze twierdzenia dotyczące Holocaustu - Nolte starał się dowodzić m.in., że hitlerowski antysemityzm miał swoje racjonalne jądro związane z zaangażowaniem wielu Żydów w komunizm. Inne ważne publikacje Noltego to m.in. "Die faschistischen Bewegungen" (1977) oraz "Der europäische Bürgerkrieg 1917 - 1945: Nationalsozialismus und Bolschewismus" (1987). W "Europie" nr 205 z 8 marca br. opublikowaliśmy wywiad z nim "O pokrewieństwie faszyzmu i komunizmu".