Rozwiązania są już w zasadzie gotowe. Niewykluczone, że zajmie się nimi jeszcze w tym tygodniu Sejm. Jak słyszymy w resorcie sprawiedliwości, to wprowadzenie przepisów, które w polskim porządku prawnym powinny być już od dawna. I jeśli tylko będą się sprawdzały w trudnym okresie epidemii oraz tuż po niej, zostaną w kodeksie postępowania karnego na stałe.
Każdy przed kamerą
Założenie jest proste: to, co się da przeprowadzić w formie wideokonferencji, będzie można w tej postaci przeprowadzić. Dziś można tak teoretycznie przesłuchać świadka. Szkopuł w tym, że art. 177 par. 1a k.p.k. wymaga, by obecny przy świadku był referendarz sądowy, asystent sędziego lub sądowy urzędnik. Jako że sądy mają kadrowe trudności, w wielu apelacjach instytucja przesłuchania w formie wideokonferencji jest martwa. Dlatego resort sprawiedliwości chce, by pomogli urzędnicy prokuratur, a w przypadku przesłuchań świadków przebywających poza Polską – konsulowie. Ich obecność wystarczy do złożenia zeznań online. Rozważany jest też wariant, by obecna przy przesłuchaniu była po prostu osoba urzędowa – np. pracownik urzędu gminy. Tyle że wymagałoby to uzgodnień z samorządami, które zapewne chciałyby za świadczenie tego typu usługi dodatkowych pieniędzy.
Kolejne rozwiązanie to wprowadzenie możliwości udziału podejrzanego w posiedzeniu dotyczącym zastosowania tymczasowego aresztowania w formie wideokonferencji. Urzędnicy MS nie ukrywają, że zmniejszyłoby to koszty konwojowania zatrzymanych osób, a także zapewniło większe bezpieczeństwo sanitarne w dobie epidemii.
Następna propozycja zakłada, że w postępowaniu karnym w zasadzie każdy – oskarżony (z wyłączeniem tych, których obecność jest obowiązkowa), obrońca, oskarżyciel posiłkowy – będzie mógł brać udział zdalnie, o ile tylko będzie tego chciał i będzie miał możliwości techniczne do połączenia się z bezpośrednim przekazem obrazu i dźwięku.
Kontakt bez podsłuchującego
Prawnicy ministerialni pomysł co do ogólnego założenia chwalą, choć co do szczegółów mają zastrzeżenia. uważa dr Piotr Karlik, adwokat w kancelarii Filipiak Babicz Legal.
Wtóruje mu adwokat Łukasz Wiśniewski, wspólnik w kancelarii Chojniak i Wspólnicy. Uważa on, że jeśli tylko rozwiązania sprawdzą się w praktyce, powinny zostać na stałe. Mogą bowiem przyczynić się do przyspieszenia postępowań.
Jednocześnie adwokaci widzą pewne niuanse, które należałoby poprawić. Przykład?
wskazuje Łukasz Wiśniewski. I dodaje, że generalnie – przy wykorzystywaniu wideokonferencji – prawodawca musi poważnie podejść do zagadnienia swobodnego porozumiewania się między sobą obrońcy i oskarżonego, którzy nie są w tym samym miejscu.
oczekuje Piotr Karlik.
Wydaje się, że najwygodniejszym i najbezpieczniejszym rozwiązaniem będzie po prostu połączenie telefoniczne. W przypadku utworzenia oddzielnego wirtualnego pokoju przez sądową administrację do kontaktów między obrońcą a klientem istniałaby obawa, że rozmowie może przysłuchiwać się ktoś jeszcze, np. ten, kto e-pokój stworzył.
Komercyjne rozwiązanie
Środowisko sędziowskie od dawna wspominało o potrzebie wykorzystania nowoczesnych technologii w postępowaniu. Zarazem jednak wskazywało, że potrzebne do tego byłoby specjalne oprogramowanie, którego obecnie nie ma.
Ministerstwo Sprawiedliwości uważa jednak, że tworzenie państwowego programu do przeprowadzania sądowych wideokonferencji to strata czasu i pieniędzy. Wystarczy używanie programu komercyjnego udostępnianego przez firmę, która specjalizuje się w tworzeniu takich narzędzi. Innymi słowy, nie ma potrzeby wymyślać Skype’a czy Teams, skoro zostały już wymyślone.
I w tej kwestii prawnicy również chwalą pomysł MS.
– uważa Łukasz Wiśniewski. Z kolei Piotr Karlik spostrzega, że adwokaci ze swoimi klientami również rozmawiają przy użyciu narzędzi stworzonych przez korporacje i nie ma większych obaw o bezpieczeństwo transmisji.
dodaje prawnik.
Ministerstwo takiego wariantu nie wyklucza. Choć jak słyszymy, istotą musi być maksymalne ograniczenie ryzyka wycieku danych, a nie to, kto będzie posiadał prawo do wykorzystywanego programu. Ze wstępnych szacunków resortu wynika, że wykupienie na lata odpowiednich licencji od którejś z korporacji będzie o wiele tańsze niż stworzenie od podstaw państwowego oprogramowania.