p
Andrzej Mencwel*:
O malejącym wpływie przeszłości na polską politykę
Opozycje postaw, a także konflikty rozłożone na osiach: antykomuniści - postkomuniści, solidarni - liberalni, tradycjonaliści - modernizatorzy, wyrażały najważniejsze podziały pierwszego piętnastolecia III RP. Mimo że niektóre z tych pojęć były używane jako epitety w kampaniach propagandowych, to jednak wszystkie one opisywały - czy raczej pozwalały zrozumiale dla opinii publicznej porządkować - tak zwaną scenę polityczną. Przez opozycje te prześwitywały inne, ważniejsze dla przyszłości problemy, dotyczące chociażby tego, czym jest społeczna gospodarka rynkowa bądź jak mają być ułożone stosunki własnościowe oraz relacje pracodawców i pracobiorców.
W pewnym sensie taka sytuacja była nieuchronna, ponieważ odziedziczyliśmy po PRL anachroniczną strukturę społeczną, w której główne role odgrywali nadal robotnicy wielkoprzemysłowi, chłopi oraz inteligencja. Dziś w Polsce niewątpliwie już istnieje klasa średnia, która w roku 1990 była tylko publicystycznym dezyderatem i ten fakt społeczny zmienia wszystkie inne relacje. Umocniona została także liberalna demokracja.
Niektóre z wymienionych wyżej opozycji obecnie już niemal nic nie znaczą. Weźmy na przykład podział tradycjonaliści - modernizatorzy. Tak sformułowany problem może oznaczać, że ludzie zaangażowani religijnie są przeciwnikami nowoczesności. Brzmi to absurdalnie. Nic nie wskazuje na to, żeby katolicy nie korzystali z owoców rozwoju technologicznego - byli mniej zmotoryzowani czy skomputeryzowani - niż osoby niewierzące. Stare podziały mogą się jednak jeszcze w Polsce odzywać, chociażby jeśli chodzi o kwestie miejsca Kościoła w państwie. Te sprawy muszą być dyskutowane i układane na nowo. A skoro tak, to można się spodziewać powrotu retoryki prześladowczej lub antyklerykalnej.
Główną opozycję po roku 1989 stanowiła zapewne oś antykomunizm - postkomunizm. Jeszcze w ostatniej kampanii wyborczej rozgrywało ją silnie Prawo i Sprawiedliwość, próbując przedstawiać jako swojego wroga szeroki blok postkomunistyczny - obejmujący i LiD, i PO - który przez rzekomo prawdziwych antykomunistów, czyli PiS, miał być zwalczony. Ten podział się jednak wyczerpał. Przywoływanie go oznacza uprawianie polityki przy pomocy retardacyjnej retoryki, która nakładana na rzeczywistość, uniemożliwia jej rozpoznawanie. Używając takiej retoryki, PiS brnie w coraz głębszy regres (choć być może ugrupowanie to ocknie się kiedyś jako poważna partia konserwatywna).
Nawiasem mówić opozycję antykomunizm - postkomunizm można było również wykorzystać przeciw PiS - jako etatyzm stanowiący spuściznę po komunizmie. Program wzmocnienia państwa był przecież także programem wzmocnienia prymatu władzy centralnej nad samorządnością lokalną. A to przecież kształt relacji między władzą centralną a samorządnością lokalną będzie rozstrzygać o przyszłości kraju.
Dawne podziały stopniowo znikają, ale bynajmniej nie dzięki wielkim świata politycznego. Sytuację zmienili i zmieniają "maleńcy" - czyli ci, którzy dzięki własnej inicjatywie układają sobie życie w nowej rzeczywistości i wykorzystując historyczną koniunkturę, zmieniają swoje miejsce oraz społeczne i oblicze kraju. Dla nich kwestia antykomunizm - postkomunizm jest zaprzeszła. Oni od polityków oczekują w pierwszej kolejności na przykład uproszczenia procedury rejestracji działalności gospodarczej, a nie eksploatowania problematyki rozliczeniowej. Pracobiorcy z kolei oczekują nie taniej ideologizacji, lecz realnego i skutecznego reprezentowania ich interesów, rzeczywistej dbałości o godność pracy.
Z tego nie wynika, że komunistyczna przeszłość z upływem czasu przestanie być przedmiotem publicznej debaty. Historia to nie są pozamykane na klucz pokoje. Prędzej czy później drzwi do nich zostają uchylone. Ale w tej chwili w Polsce mamy do czynienia z instrumentalnym traktowaniem historii, o czym świadczy na przykład publikacja IPN na temat Lecha Wałęsy. Tak więc debata o dziedzictwie PRL jest wciąż przed nami. I to być może za kilka dziesięcioleci.
Na razie jednak musimy się uporać z bieżącymi sprawami wykraczającymi nie tylko poza kwestie podziałów historycznych, ale także ideologicznych. Do rozwiązania pozostaje problem reprezentatywności naszego systemu politycznego. Dziś system ów zajmuje w całej wyobraźni zbiorowej zbyt dużo miejsca - i to nieproporcjonalnie wiele do jego rzeczywistego znaczenia. Pierwszy z brzegu poseł, który robi jakieś spektakle albo wywołuje awantury, staje się głównym obiektem zainteresowania opinii publicznej, podczas gdy zbiorowy wysiłek, jaki Polacy wkładają w podnoszenie swojego kraju, pozostaje w cieniu. Jakimś krokiem do przodu byłoby przekształcenie Senatu w izbę samorządową, dzięki czemu stałby się on bardziej reprezentatywną społecznie instytucją niż w tej chwili.
Jak dotąd emocjonalna maksymalizacja rywalizacji między dwoma największymi ugrupowaniami przybiera formy dewiacyjne. To, że grunt, który politycy nauczyli się deptać, wyraźnie się spod ich nóg usuwa, sprawia, że jeszcze bardziej agresywnie używają starej argumentacji, bo się do niej przyzwyczaili, a nowej siatki pojęciowej, która pozwoliłaby się im na właściwym gruncie odnaleźć, brakuje. Jednak również i do świadomości klasy politycznej stopniowo dociera, że nie da się operować skutecznie przy pomocy wytartych doszczętnie i nieodnoszących się do głównych węzłów rzeczywistości pojęć.
Platforma Obywatelska dość trafnie wyczuła tę istotną zmianę, jaką jest realna urbanizacja kraju w sensie zarówno demograficznym, jak i mentalnym. Istotne są bowiem nie tylko migracje ze wsi do miast, ale i urbanizacja samych wsi. Brutalnie się o tym przekonał Andrzej Lepper - bynajmniej nie dlatego, że został zniszczony przez swoich politycznych rywali. Po prostu jego antyeuropejska orientacja przestała mieć odpowiedniki na dzisiejszej polskiej wsi. Lepper już nikogo na żadne blokady nie wyprowadzi, bo interesy przesunęły się gdzie indziej. Są one związane z wykorzystywaniem przynależności do Unii Europejskiej.
Platforma natomiast nie potrafiła sobie poradzić w roku 2005 z narzuconym jej przez PiS podziałem solidarni - liberalni, będącym repliką podziału antykomuniści - postkomuniści. Był to propagandowy chwyt, bo przecież nie sposób znaleźć istotnych różnic w polityce społecznej między rządem Marcinkiewicza a rządem Tuska. Liberalizacja, którą miałaby przeprowadzać Platforma w wielu sferach życia publicznego, na razie nie może dojść do skutku, bo napotyka w materii społecznej na rozmaite bariery. Nie sposób wyobrazić sobie zamknięcia polskich stoczni, czego domaga się Komisja Europejska. Każda partia rządząca w Polsce - dziś więc Platforma - musi dbać o ich istnienie. I o to też zadbali prezydent i premier, zgodnie apelując o przedłużenie terminu restrukturyzacji tych zakładów.
Komisja Europejska zarzuca Polsce, że stocznie skonsumowały już pięć miliardów pomocy państwowej. Gdyby tyle państwo polskie wyłożyło na naukę, mielibyśmy przełom, który uruchomiłby inne niż tradycyjne czynniki rozwoju. Politycy i media są zadowoleni, bo Polska będzie produkować niedługo milion samochodów osobowych rocznie. Takie osiągnięcie byłoby sukcesem 50 lat temu. Obecnie to nie może być główny czynnik modernizacyjny. Ale na razie głębokich przedsięwzięć innowacyjnych nie widać. Potwierdza to projekt reformy szkolnictwa wyższego i nauki, który nie daje nadziei na poprawę sytuacji.
Finansowanie oświaty czy służby zdrowia przez państwo to nie tylko kwestia wspierania podstawowych dla życia społecznego obszarów, ale i historycznej odpowiedzialności. Dziś nie można już ujmować problemu tak jak w latach 90., kiedy mówiono, że lepsza od inwestowania środków państwowych w szkolnictwo wyższe jest jego prywatyzacja. Z tego nie płynie wniosek, iż nieszczęściem okazało się powstawanie dobrych wyższych szkół prywatnych. Nieszczęściem jest to, że częściowo sprywatyzowane zostały uczelnie publiczne, które muszą prowadzić działalność zarobkową, co w sposób oczywisty obniża jakość wszystkiego, czym się one zajmują. Pracownicy tych uczelni, zamiast być zatrudnieni jako pracownicy nauki, są zatrudnieni jako wyłącznie nauczyciele akademiccy, a środki przeznaczone na badania stale maleją.
Dziś pojawia się pytanie o relację PO z jej elektoratem. W pewnym sensie Platforma jest - by użyć leninowskiego zwrotu - "partią nowego typu", ponieważ odwołuje się do elektoratu, który może stanowić coraz lepiej identyfikowalną grupę dominującą w społeczeństwie, jaką jest klasa średnia. Umiarkowana, eklektyczna partia może lepiej realizować interesy pracodawców, jeśli usunie biurokratyczne absurdy, które są prawdziwym utrapieniem Polski. Nie ma obecnie sprzyjających warunków dla nastrojów radykalnych, którymi się jeszcze niedawno żywiły inne partie. Ale to nie znaczy, że nie ma gruntu dla adekwatnie podjętej problematyki społecznej.
Na tym tle interesująco się prezentuje nieformalny sojusz PiS-u z sejmową lewicą. To jest bardzo symptomatyczna, żeby nie powiedzieć zabawna, sytuacja. PiS podjął problematykę społeczną trzy lata temu i próbował znaleźć dla niej język, co mu się umiarkowanie udało. Teraz wydaje się, że z kolei jakieś siły w SLD zrozumiały, iż partia lewicowa nie może być całkowicie pozbawiona takiego języka. Poza wszystkimi zaszłościami, a za takie należy uznać wyłącznie okolicznościowe kwestie dotyczące oceny schedy po PRL, zbliżenie PiS z SLD i SdPl wydaje się całkiem możliwe. Oczywiście ten proces się zaczął dość przypadkowo. Wywołały go takie czynniki sytuacyjne jak prezydenckie weto ustawy medialnej czy rozmowa Lecha Kaczyńskiego z Grzegorzem Napieralskim. Za tym spotkaniem przypuszczalnie pójdą inne rozmowy, a może już nawet się one toczą.
Nie wiadomo, czy w kontaktach PiS z sejmową lewicą przeważą, mówiąc językiem biologii, pierwszorzędne cechy płciowe czy drugorzędne, a nawet trzeciorzędne. Czy nagle nie okaże się, że jakiś incydent lustracyjny nie spowoduje śmiertelnej wojny pomiędzy czołowymi politykami tych ugrupowań i uniemożliwi współpracę na kilka lat. Te drugorzędne czynniki, które się wykorzystuje ad hoc w różnych sytuacjach, mają ogromny wpływ. Jeśli jednak założymy, że i PiS i SLD mają zamiar podjąć problematykę społeczną w jakiś nowoczesny sposób, dostosowany do dzisiejszych czasów i obecnych przemian, to być może przeważą czynniki pierwszorzędne, a ugrupowania te nie będą zainteresowane w utrzymywaniu dawnych podziałów.
not. Filip Memches
p
*Andrzej Mencwel, ur. 1940, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, wykładowca historii i antropologii kultury, eseista. Współzałożyciel Katedry Kultury Polskiej, a następnie dyrektor Instytutu Kultury Polskiej przy Wydziale Polonistyki UW. Laureat nagrody Pen Clubu im. Jana Strzeleckiego. Do jego najważniejszych książek należą: "Stanisław Brzozowski. Kształtowanie myśli krytycznej" oraz "Etos lewicy. Esej o narodzinach kulturalizmu polskiego". W nr 197 "Europy" z 12 stycznia 2008 r. opublikowaliśmy rozmowę z nim "Jaka będzie lewica postinteligencka".