Rozmówczyni PAP kieruje również Zakładem Medycyny Paliatywnej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Reklama

PAP: W opiece medycznej najważniejsza jest obecnie walka z pandemią, tymczasem niektóre hospicja walczą przede wszystkim o przetrwanie.

Prof. Aleksandra Ciałkowska-Rysz: Jest nam bardzo trudno finansowo, większość jednostek udzielających świadczeń w zakresie opieki paliatywnej i hospicyjnej twierdzi, że jest na pograniczu przepaści finansowej i może zostać wkrótce zamknięta. Borykaliśmy się z różnymi trudnościami, ale tak trudnej sytuacji w opiece paliatywnej jeszcze nie było.

PAP: Jak do tego doszło, powodem jest pandemia?

Prof. A.C-R.: Wzrosły przede wszystkim koszty funkcjonowania hospicjów związane z płacami personelu medycznego, a w opiece paliatywnej to bardzo istotny koszt. W czasie pandemii doszło również do wzrostu kosztów materiałowych, szczególnie tych związanych ze środkami ochrony, takimi jak jednorazowe ubrania ochronne rękawiczki, maseczki i substancje odkażające. W przypadku hospicjów domowych dochodzą jeszcze koszty paliwa, które także wzrosły. Dodatkowe obciążenia są też generowane zmieniającymi się przepisami - np. obowiązek zatrudnienia na cały etat farmaceuty u opiece stacjonarnej, nawet jeśli hospicjum liczy kilka łóżek.

Reklama

PAP: Kilka lat temu zwiększyły się wyceny procedur w opiece paliatywnej.

Prof. A.C-R.: To już przeszłość. Opieramy się na budżecie, który w opiece paliatywnej i hospicyjnej wprowadzono w 2017 r., ale został określony na poziomie cen z 2014 i 2015 r., czyli na wiele lat przed pandemią. Od tego czasu wszystko się zmieniło, mamy inflację i wzrost wszystkich kosztów, w tym również wzrost wynagrodzeń lekarzy i pielęgniarek.

PAP: Co doskwiera w hospicjach najbardziej?

Prof. A.C-R.: Znacznie rosnące stawki wynagrodzeń personelu medycznego w finansowaniu hospicjów odczuwamy najbardziej. Nie jesteśmy w stanie temu podołać, mamy znaczny odpływ personelu do innych, lepiej płatnych dziedzin opieki medycznej. Poza tym część lekarzy i pielęgniarek niezależnie od tego jest bardziej zaangażowana w walkę z COVID-19. Ogólnie w hospicjach i opiece paliatywnej sytuacja jest bardzo trudna.

Reklama

PAP: Nie ma personelu ani pieniędzy?

Prof. A.C-R.: Tak, na dodatek od 2020 r. bardzo ograniczona jest pomoc, jaką wiele hospicjów uzyskiwało dzięki zbiórkom pieniędzy i różnego typu akcjom wspomagającym prowadzonym przez wolontariuszy. W zasadzie ich nie ma. A dotyczy to szczególnie hospicjów należących do organizacji pozarządowych. W efekcie część z nich traci płynność finansową i jeśli nie będą miały wsparcia, mogą przestać istnieć. Łatwiej jest hospicjom działającym w ramach szpitali, bo tam można na jakiś czas przesunąć środki z innych dziedzin. Jednak te, które są samodzielne, bez wsparcia dodatkowego, są na skraju utraty płynności finansowej.

PAP: Co jak najszybciej można byłoby zrobić?

Prof. A.C-R.: Proponujemy, żeby opierając się na tej samej metodologii co poprzednio (w 2015 r.) podnieść cenę punktu w opiece paliatywnej, w ramach dotychczasowej, przeprowadzonej przed kilku laty taryfikacji. Dzięki temu w 2022 r. wzrosłyby kwoty przeznaczone na świadczenia w opiece paliatywnej. To najprostsze, co można zrobić i najszybciej mogłoby poprawić naszą sytuację finansową. Nie mamy czasu, żeby czekać na nową taryfikację, bo tego już nie przetrwamy.

PAP: Na skutek pandemii do hospicjów zgłasza się więcej pacjentów?

Prof. A.C-R.: Na początku pandemii pacjentów było trochę mniej, bo wielu chorych obawiając się zakażenia COVID-19 nie chciało korzystać z hospicjów stacjonarnych. Woleli zostać w domu, jeśli oczywiście było to możliwe. Znacznie wzrosło wtedy zapotrzebowanie na hospicjum domowe, tym bardziej, że często chorzy ci nie mieli wsparcia ze strony lekarzy rodzinnych. W tym czasie byliśmy jedynymi, którzy do tych pacjentów docierali z pomocą. Bo opieka zdalna, poza na przykład wypisaniem recepty, na ogół nie była możliwa, nie miała sensu.

PAP: A potem?

Prof. A.C-R.: Wraz z rozwojem pandemii pojawiła się grupa pacjentów, u których zbyt późno zdiagnozowano chorobę onkologiczną. Nie kwalifikowali się oni do leczenia zasadniczego i nierzadko od razu byli kierowani do opieki paliatywnej. Wcześniej też zdarzały się takie sytuacje, ale rzadziej.

PAP: Są też pacjenci z powikłaniami po COVID-19?

Prof. A.C-R.: Nie, nie mamy naporu pacjentów po COVID-19, jedynie tych, którzy zawsze do opieki paliatywnej trafiali. Pacjenci covidowi są zwykle poddawani na przykład rehabilitacji pulmonologicznej, do nas trafiają jedynie pojedyncze przypadki. Najczęściej tak jak dawniej są to pacjenci z późno rozpoznanymi nowotworami, których jest więcej niż przed pandemią.

PAP: Na co jest obecnie większe zapotrzebowanie - hospicjum domowe czy stacjonarne?

Prof. A.C-R.: Na jedno i drugie, zależy to bardziej od rejonu kraju. Wynika to z tego, jak bardzo rodzina może się zaangażować w opiekę na chorym. W dużych miastach większe jest zapotrzebowanie na hospicjum stacjonarne, w mniejszych miejscowościach przeważa opieka domowa.

PAP: Z czego to wynika?

Prof. A.C-R.: W mniejszych miejscowościach oraz na wsiach wciąż częściej funkcjonują rodziny wielopokoleniowe. W miastach ciężko chorym pacjentem na ogół zajmuje się towarzsząca mu osoba, która nierzadko sama wymaga opieki. To zresztą zdarza się coraz częściej, że opiekunowie pacjenta z powodu wieku i ogólnego stanu zdrowia nie są w pełni wydolni.

PAP: Hospicjum domowe jednak przeważa?

Prof. A.C-R.: W naszym kraju zawsze tak było, że większość pacjentów poddawanych jest opiece domowej. W Polsce mamy zresztą najlepiej na świecie rozwinięta opiekę domową. W rankingu Europejskiego Towarzystwa Opieki Paliatywnej w 2019 r. Polska znalazła się pod tym względem na pierwszym miejscu. Hospicjum domowe mamy w każdym powiecie. Hospicjów stacjonarnych jest dość dużo, ale w niektórych regionach wciąż ich brakuje.

PAP: Jakie są statystyki?

Prof. A.C-R.: W całym kraju w hospicjach stacjonarnych mamy ponad 4 tys. łóżek i w 2019 r. pod opieką było w nich 36 tys. pacjentów. W tym samym roku opieką domową było objętych ponad 62 tys. chorych. Poza tym na oddziale medycyny paliatywnej pacjent zwykle przebywa około jednego miesiąca. W ramach hospicjum domowego czas opieki średnio trwa około stu dni.

PAP: Do hospicjum stacjonarnego częściej trafią pacjenci w cięższym stanie?

Prof. A.C-R.: To pacjenci w różnym stanie, trafiają tu również ci, którzy są objęci opieką domową, lecz stan się pogorszył lub pojawiły się objawy trudne do opanowania w warunkach domowych. Opieka w hospicjum stacjonarnym może być tylko na pewien czas, żeby poprawić stan chorego i na nowo ustawić mu sposób leczenia. Tak jest w przypadku bólu trudnego do opanowania w warunkach domowych, gdy chorego na kilkanaście dni trzeba skierować do hospicjum stacjonarnego. Podobnie postępuje się w przypadku konieczności wykonania zabiegów odbarczenia wodobrzusza lub płynu zbierającego w jamie opłucnej. Po wykonaniu nakłucia pacjent wraca do domu. Zdarza się też, że rodzina nie jest już w stanie opiekować się chorym w domu, lub pacjent nie ma osób bliskich, które mogły by sprawować opiekę, lub pacjent jest osobą bezdomną.

PAP: W jakich hospicjach są największe braki kadrowe? Podobno coraz trudniej jest o lekarzy dojeżdżających do pacjenta.

Prof. A.C-R.: Najbardziej brakuje personelu właśnie w hospicjach domowych. Zatrudniamy lekarzy różnych specjalności, samych specjalistów medycyny paliatywnej jest około 500, ale w hospicjach pracują też lekarze interniści, lekarze rodzinni, anestezjolodzy, onkolodzy i chirurdzy. Jednak ci specjaliści zaczynają odchodzić do innych rodzajów świadczeń medycznych jeśli mogą tam uzyskać większe wynagrodzenie. Również pielęgniarki przechodzą tam gdzie zarobki są wyższe. My nie jesteśmy w stanie podwyższyć wynagrodzeń.

PAP: Wszyscy chyba jednak nie odejdą?

Prof. A.C-R.: Najbardziej zaangażowana grupa lekarzy i pielęgniarek w hospicjach pozostanie. Potrzebujemy jednak znacznie więcej osób personelu medycznego. Przy tym podstawowym zatrudnieniu będzie trzeba do jednej trzeciej zmniejszyć liczbę pacjentów znajdujących się pod opieką hospicjów.