Pierwsza urodziła się dziewczynka - mała Gracja. Jak mówi kapitan Krystyna Jakimik-Jarosz z podlaskiej SG, można bez żadnej przesady powiedzieć, że akcja pograniczników uratowała jej życie. Choć przemytnik z Holandii, który jechał po grupę migrantów na granicę pewnie nazwałby to pechem.

Reklama

Obowiązki pograniczników

- Funkcjonariusze najpierw zatrzymali jego, a potem namierzyli grupę migrantów czekających już po polskiej stronie granicy na transport - opowiada kapitan. Wśród Irakijczyków i Irańczyków była jedna samotna Kongijka w zaawansowanej ciąży. Właśnie zaczęła rodzić.

- Wszystko to rozegrało się błyskawicznie, rankiem 4 października. Wezwaliśmy karetkę, ta ruszyła na sygnale do szpitala w Sokółce i o godz. 9, w porze śniadania, Gracja była już na świecie - wspomina Jakimik-Jarosz. W telefonie nosi do dziś zdjęcie malutkiej.

Reklama

- Śliczna, prawda? Zwłaszcza jak na wcześniaka - mówi. I opowiada, że obowiązki pograniczników nie kończą się wraz z takim odstawieniem cudzoziemki do szpitala. Procedury wymagają, by pilnować nawet rodzącej matki, prawo, by zapewnić jej tłumacza, a "zwykła ludzka przyzwoitość", by pomóc - tak, żeby dziecko przyszło na świat godnie.

Z relacji funkcjonariuszek wynika, że kobiety w zaawansowanej ciąży, które szły przez polsko-białoruską granicę w ogóle nie brały pod uwagę, że przyjdzie im rodzić w podlaskich lasach. Nie miały ze sobą absolutnie nic dla dzieci. - Myślały, że maluchy na świat przyjdą w Berlinie czy jakimś innym zachodnioeuropejskim mieście - mówi kapitan Jakimik-Jarosz. Więc ona z koleżanką, też funkcjonariuszką, Anną poszły do sklepu i za własne pieniądze kupiły wyprawkę dla Gracji.

Reklama

"Łączy nas granica"

- Wszystko nowe, tak jak każda mamy by chciała dla swojego pierwszego dziecka - podkreśla kapitan. Przy kolejnych dzieciach "z granicy", nic już nie trzeba było kupować, bo pogranicznicy ze stowarzyszenia "Łączy nas granica" uruchomili zbiórkę ubranek i wszystkiego innego, czego małe dzieci potrzebują.

Stowarzyszenie powstało kilkanaście lat wcześniej, przede wszystkim po to, by pomagać chorym dzieciom funkcjonariuszy. Pod jego opieką jest Zosia, trzyletnia córeczka Jakimik-Jarosz, która urodziła się z zespołem Downa. Gdy narodziła się taka potrzeba, stowarzyszenie organizowało też pomoc dla dzieci "z granicy".

- Dla nich oddałyśmy z Zosią jej ciuszki i buciki, większość prawie nowych - opowiada kapitan. Potem te papucie zobaczyła na zdjęciu, na nogach dwulatki, która z rodzicami trafiła do placówki SG w Czeremsze. - Radość, że dobrze posłużyły - mówi.

- Koledzy z Kuźnicy zawieźli mamę Gracji do urzędu w Sokółce, by zarejestrowała dziecko. Oni też byli poruszeni tą historią - zaznacza Jakimik-Jarosz, by "nie wyszło, że to tylko funkcjonariuszki pomagają".

Złego słowa o polskich pogranicznikach nie da powiedzieć Luqman, Kurd z Iraku. 23 listopada przyszedł na świat jego syn, Lawad. Jak powiedział Oldze Marszałek ze Stowarzyszenia Dialog, funkcjonariusze Straży Granicznej, gdy tylko dowiedzieli się, że ciężarna Suzan źle się czuje, wezwali pomoc.

- Białorusini wypchnęli nas na mokradła, popychali i grozili psami - opowiada Kurd. Suzan była w bardzo złym stanie. Zwłaszcza że jest słabego zdrowia: cierpi na chłoniaka, a o swoje pierwsze dziecko para starała się aż 12 lat.

Dla kapitan Jakimik-Jarosz Suzan jest dowodem, że na migi też można się dogadać.

- Ile ja się nagimnastykowałam, by ustalić, jaki ma numer buta - śmieje się funkcjonariuszka. W końcu Suzan palcem na ścianie napisała "38" i można jej było dostarczyć nie tylko szlafrok, ale i jakieś kapcie.

- Już miała być wypisana ze szpitala, gdy w 34. tygodniu ciąży zaczęła się akcja porodowa. Nie dało się jej zatrzymać. Na szczęście chłopczyk szczęśliwie przyszedł na świat - kapitan pokazuje w telefonie kolejne zdjęcie. Ona, Suzan i "dzieciątko".

Najbardziej dramatyczna historia

Na trzecim zdjęciu w telefonie funkcjonariuszki jest mały Daniel z roześmianą mamą i siostrzyczką. Choć fotka jest tak beztroska - historia przyjścia na świat chłopca jest najbardziej dramatyczna.

- Dostaliśmy informacje od jednego z mieszkańców, że w okolicy miejscowości Czepiele koło Kuźnicy mogą być osoby, które nielegalnie dostały się do Polski - opowiada kapitan. Relacjonuje, że na miejsce pojechał patrol, który idąc po śladach znalazł grupę kilkunastu cudzoziemców, a wśród nich leżącą na śpiworze zakrwawioną kobietę, która przed chwilą urodziła dziecko. - Z tego co wiem, ojciec Daniela sam odebrał poród i zawiązał pępowinę sznurowadłem - mówi kapitan.

Aby jak najszybciej dotrzeć do ratowników medycznych, którzy już jechali na miejsce, funkcjonariusze zabrali służbowym samochodem matkę z dzieckiem i dowieźli do karetki pogotowia."Mały miał na początku problemy z oddychaniem i krążeniem, ale jakoś z tego wyszedł" - opowiada kapitan Krystyna Jakimik-Jarosz.

Rodzina trafiła pod opiekę Fundacji Dialog, ale gdy tylko mieli taką możliwość, wyjechali do dziadków do Niemiec. W mieszkaniu chronionym fundacji mieszkają z synkiem rodzice małego Lawada. Mama Gracji jest z córką w polskim ośrodku dla cudzoziemców (jej dane osobowe są chronione, więc imię dziecka zostało zmienione - PAP).

- Nie wszystkie historie narodzin na granicy kończyły się szczęśliwie. Dlatego cieszymy się, że wśród migrantów nie ma już mam i dzieci - mówi Jakimik.