– mówi mi Oksana, psycholożka, która pracowała w ukraińskiej SOS Wiosce Dziecięcej w podkijowskich Browarach. Teraz jest w Polsce, w Biłgoraju. Browary są, właściwie były, ponad 100-tysięcznym miastem w aglomeracji kijowskiej. Pociski zaczęły tam spadać na samym początku wojny, gdy rosyjskie wojsko próbowało okrążyć stolicę.
Dzieci przewieziono na zachód Ukrainy
26 lutego, dwa dni po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji, polskie Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce, dające schronienie osieroconym i opuszczonym, informuje, że w pieczy rodzinnej, organizowanej m.in. przez bratnią organizację w Ukrainie, wychowuje się 64 tys. dzieci. Dodatkowo w pieczy instytucjonalnej jest kolejnych ok. 98 tys. osób. Na nasze pytania o sytuację odpowiadał wówczas Serhij Łukaszow, dyrektor SOS Wiosek Dziecięcych w Ukrainie. – mówił.
Opisywał, że rodziny te prowadzone są najczęściej przez samotne matki, które wychowują od 6 do 10 dzieci. I to one szczególnie potrzebują pomocy w wojennej zawierusze. 27 lutego pojawia się informacja, że wieczorem polską granicę przekroczy pierwsza grupa: 40 dzieci, 5 rodziców zastępczych, 2 specjalistów. Odnajdą dom i schronienie w SOS Wiosce Dziecięcej w Biłgoraju. Potem były kolejne grupy.
Polskie stowarzyszenie od 1984 r. prowadzi w Biłgoraju, w województwie lubelskim, jedną z czterech wiosek. Kilka domów rozsianych wśród zalesionej przestrzeni, plac zabaw, boisko. Okolica rzeczywiście przypomina wioskę. Marian Łosiewicz, dyrektor, opowiada, że byli punktem przesiadkowym dla wszystkich dzieci z SOS wiosek z Ukrainy, które trafiły do Polski. – – wylicza.
15 marca Serhij Łukaszow pisze: „Jesteśmy szczęśliwi, kiedy dzieci są bezpieczne, ale po dwóch tygodniach od rozpoczęcia kryzysu zaczynamy się martwić, że tracimy najmłodsze pokolenie. Sporo z nich już przebywa za granicą i nie jesteśmy pewni, czy kiedykolwiek powrócą. Zostaliśmy pozbawieni przyszłości – to nasza wielka tragedia”.
Oczy szeroko otwarte
Ina Karpińska jest koordynatorką rodzin zastępczych, które, tak jak ona, przyjechały z Ukrainy. Czy tu jest nowy dom? – – odpowiada bez chwili wahania.
Mówi, że biologiczni rodzice wszystkich tutejszych podopiecznych zostali pozbawieni do nich praw. Dzieci doświadczyły w życiu różnych traum. Ich mamy zastępcze czy prowadzące rodzinny dom dziecka są pedagogami. Każda rodzina liczy przynajmniej czworo dzieci, a są i większe. – – tłumaczy.
Ale to nie znaczy, że dzieci nie cierpią. W Ukrainie zostali ich biologiczni rodzice, dziadkowie, rodzeństwo, przyjaciele, szkoła oraz okolica, którą znali. – Nie można udawać, że się nic nie dzieje. To byłby wielki błąd – mówi Ina. Dzieci stawiają trudne pytanie o to, co dalej. Ona powtarza, że Ukraina musi wygrać. Na razie chodzą do polskiej szkoły, uczą się też w ukraińskiej szkole online. Wszyscy chcą wracać. – Ja zostawiłam w Ukrainie męża, rodziców. Był moment, kiedy kontakt nam się urwał. Co się wtedy czuje? Strach, który nie pozwala zamknąć oczu, bo wtedy pojawiają się najgorsze obrazy – mówi Ina.
Wszyscy żyją. Ale dom jej brata został zniszczony. Podobnie domy kilku ukraińskich rodzin zastępczych. Ona początkowo nie chciała opuszczać kraju. Jej zadaniem było bezpiecznie dostarczać do granicy wychowanków wiosek z Ukrainy, także tych już dorosłych, i tych młodych ludzi, których dopiero poznała. Jak dziewczyna z Irpienia, która cudem wydostała się z oblężonego miasta. Ale okazało się, że kierowca, który miał ją odwieźć z powrotem pod Kijów, ma inne plany. Została więc najpierw przy granicy, jako wolontariusz, a potem dotarła tu. Dziś jej praca polega nie tylko na pomocy w załatwianiu formalności, jak numer PESEL, ale też na rozmowach. Bo mamy zastępcze zostawiły w Ukrainie mężów, dorosłych synów i córki. Nie jest im łatwo być tu, gdy oni są tam.
Słucha, co mówi szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow, że mordy w Buczy to inscenizacja, i zaciska pięści. – – mówi. Czy można zapomnieć? –
Czy Rosja jest zła?
Tatiana, mama, ma pod opieką sześcioro dzieci. Najmłodsze ma 8 lat, najstarsza córka 19. W ukraińskim SOS pracuje 11 lat. Wychowała ośmioro dzieci. Wcześniej pracowała w przedszkolu, ale cały czas myślała, jak trudne jest życie w domach dziecka. I marzyła jej się duża rodzina, a los dał tylko jedną biologiczną córkę, która dziś jest już dorosłą kobietą. Długo ją namawiała, by z nią pojechała, jednak bezskutecznie. W Ukrainie zostawiła też mamę.
Jak mówić dzieciom o wojnie? – – opowiada. – – mówi Tatiana. Przekonuję, że ważne jest to, co tu robi. Jest z tymi dziećmi, otacza je ścianą miłości. –
Dzieci poszły do polskiej szkoły. Idzie im nie najgorzej, ale prawdę mówiąc, wiele też od nich się nie wymaga. Poza tym nie znają polskiego. Uważają na lekcjach matematyki, angielskiego. Ale po powrocie do wioski Tatiana pilnuje, by uczyły się ukraińskiego, by czytały i pisały, jak na lekcjach. Bo jest pewna: gdy tylko będzie bezpiecznie, wszyscy wrócą. –– opowiada. Przeprasza za łzy.
Starsze dzieci wiedzą, co się dzieje. – – opisuje. A czasem próbuje gasić młodzieńczy zapał. Jeden chłopiec, 17-latek, wielki, jak na swój wiek, chciał koniecznie wracać, wstąpić do obrony. Stanowczo się nie zgodziła. – – tak go przekonywałam.
Ale jest i inny trudny temat do rozmów z dziećmi. Czy Rosja jest zła, czy Rosjanie są źli? Ona sama ma przyjaciół w Rosji. Z jedną z przyjaciółek, z Irkucka, jeździła co roku z dziećmi nad morze, do Odessy. – – relacjonuje Tatiana. Inna znajoma ma córkę, która mieszkała w Irpieniu. Sama kilka lat temu wyjechała do Czelabińska w Rosji. – – dodaje.
Przerywa, bo do pokoju wchodzi synek. – – pyta. Odprowadza go wzrokiem, gdy znika w kuchni. – – mówi. I znów łzy.
Z szacunkiem
–– mówi Oksana, psycholożka, patrząc na Tatianę. Właśnie wróciła ze spaceru ze swoimi dziećmi. Biologicznymi, 4-letnią córką i 12-letnim synem. Dlaczego? – – mówi.
Jak teoria sprawdza się w warunkach wojny? –– opowiada. Opisuje, że wśród dzieci może pojawić się reakcja niebezpieczna. Chęć nagłego działania, zrobienia czegoś ponad swoje siły. –– tłumaczy. A strach? Do niego, przekonuje, należy odnosić się z szacunkiem. Gdy czujemy ból, to sygnał wysyłany przez organizm, że zachodzi w nim ważny proces. Tak samo jest ze strachem.
To, o czym opowiada, nie jest tylko wyuczoną teorią. Przed 24 lutego pracowała jako psycholog w ukraińskiej SOS wiosce w Browarach. Pamięta poranek, kiedy zaczęły się naloty. Mieszkali w wieżowcu, z którego roztaczał się widok na okolicę. Usłyszała nieznany dźwięk, potem zaczęły drżeć szyby w oknach. Obudziła męża. Jej dzieci zareagowały… książkowo. Córka jakby się w sobie zapadła. Strach ją wyciszył, zamknął. Syn, na odwrót, zaczął panikować. – – opowiada.
W ich domu nie było schronu, uciekali do piwnic. Choćby w pobliskiej szkole. Tłum, kilka osób płakało. –– podkreśla. A potem, w schronie, razem z innymi kobietami i dziećmi starała się być wsparciem. – W takich sytuacjach nie można myślami wybiegać naprzód. Koncentrujesz się na tym, co możesz zrobić tu i teraz. Jak jest możliwość, by umyć dzieciom zęby, rozczesać włosy, nakarmić, po prostu to robisz.
Opisuje, że wojna wyolbrzymia największe ludzkie strachy. Strach o życie. Strach o to, że ludzie zostaną porzuceni i zapomniani. A w kobietach, jak przekonuje, uruchamia się pierwotny, potężny strach o własne dzieci. – – opisuje i przekonuje, że takie myśli siedzą dziś w głowach większości Ukrainek.
Jej mąż został w kraju. Ona niechętnie wraca do trudów drogi. – – mówi. Do Polski ruszyła pociągiem z Kijowa. Ścisk był taki, że córeczkę udało się posadzić na rozkładanym stoliku w przedziale, ona z synem wylądowali w przejściu. Alina całą drogę siedziała zesztywniała, nie dała się rozebrać. Nie chciała siusiu, nic. Timura ulokowała na plecaku, by mógł chociaż przysiąść. W pewnym momencie głowa zaczęła mu bezwiednie zwisać. Okazało się, że z gorąca i duszności tracił przytomność. Oklepywała go po policzkach, usiłując dosięgnąć butelkę wody schowaną w torbie. Racjonalizowała swoje emocje: jadę do bezpiecznego miejsca, dzieci są obok. Po drodze słychać było wystrzały. – – wspomina. Ręka sama wędrowała, by się przeżegnać…
Dotarła do Biłgoraja. Dziś opiekuje się nie tylko swoimi dziećmi, lecz wszystkimi podopiecznymi wioski. – – mówi. Choć nie ma pewności, czy to wystarczy.
Haftowana bluzka
Tej rozmowie przysłuchuje się Ludmyła, która w Biłgoraju pomaga dzieciom z Ukrainy jako tłumaczka. Pochodzi z Doniecka na wschodzie kraju. Od roku jest w Polsce. Ma teraz męża Polaka. Przyznaje, że był moment przed wybuchem wojny, kiedy myślała, że jest nadzieja na powrót. – – ucina. Ma żal do ukraińskich władz, że od 2014 r. nie zrobiły nic, żeby uchronić region i ludzi. – Mój kraj cierpi, giną dzieci. Ale nie cierpi od dziś – dodaje. Dla niej wojna zaczęła się w 2014 r. Mówi, że nie chce, by teraz dzieci doświadczyły tego, co wcześniej jej syn (14 lat) i córka (11 lat). – – ucina. Rzuca tylko, że przez kilka lat regularnie biegała ze swoimi dziećmi do schronu. –
Pamięta dzień, kiedy zdecydowała, że musi wyjechać. Syn właśnie wrócił ze szkoły. Opowiedział, że na lekcji historii nauczyciel mówił, że Ukraina zrzucała bomby na Donieck, że Ukraina to banderowcy, że tu jest Rosja. – – podkreśla. – – opowiada. Ma na sobie białą bluzkę w tradycyjne ukraińskie ludowe hafty. – – podkreśla.
Oksana słucha uważnie. –– opisuje. Nienawiść, chęć zemsty? Też się pojawiają. I, co podkreśla, nie wolno ich wyciszać. Przypomina słowa filozofa Edmunda Burke’a, że dla triumfu zła potrzeba tylko, by dobrzy ludzie nie robili nic.
Uważa, że nie można w tej wojnie zachowywać neutralności, także w rozmowie z dziećmi. – – mówi. – Z
O czym marzy ona i inne kobiety? Że kiedyś wrócą proste chwile. Że żyjąc w swoich domach, będą, ukradkiem, przez uchylone drzwi podpatrywały, jak ich dzieci się bawią. – – dodaje Oksana. – .
Dzieciom trzeba mówić prawdę. Tak jak mnie babcia opowiadała o Hołodomorze i o dalszych odsłonach tej zbrodni, której nie przerwał nawet koniec II wojny światowej. Kolejne pokolenie musi znać swoją historię