Boris Reitschuster: Po pierwsze tego, co się działo w Czeczenii od 1999 r., nie należy nazywać operacją antyterrorystyczną. Rosjanie lubują się w wymyślaniu opisowych, dyplomatycznych nazw
dla stosowanych przez siebie rozwiązań siłowych. Wojnę w Gruzji politycy pokazujący się w telewizji określają jako "wymuszenie pokoju". Moskiewska ulica podchwyciła pomysł
i zaczęła wesele nazywać "wymuszeniem miłości", a rabunek - "wymuszeniem hojności". A odpowiadając na pana pytanie: oznacza to faktyczne i symboliczne
oddanie Czeczenii we władanie jednego człowieka. Myślę, że w dłuższej perspektywie ta decyzja odbije się Kremlowi czkawką. Oznacza bowiem katastrofę zarówno dla górskiej republiki, jak i
dla samej Rosji. Dla doraźnej wygranej Kreml kładzie na szali nie tylko spokój na Kaukazie, ale i w całej Rosji. Decydując się na ograniczenie swojej obecności w kraju rządzonym przez Ramzana
Kadyrowa, Moskwa ostatecznie utraciła Czeczenię.
Rzeczywiście, z jednej strony Kadyrow deklaruje lojalność wobec władzy centralnej, inwestuje duże pieniądze w odbudowę kraju, cieszy się poparciem rodaków. Znalazł sposób na takie
współistnienie z Kremlem, które daje mu niezależność, a jednocześnie chroni przed konfliktem z centrum. Byłby szaleńcem, gdyby chciał tę równowagę zniszczyć. Z drugiej strony jego
pozycja opiera się na bagnetach i skorumpowanych poplecznikach. Jedynie ta nieliczna grupka utrzymuje Czeczenię przy Rosji. Natomiast reszta narodu szybko i konsekwentnie zamienia się w coraz
bardziej nieprzewidywalną i wybuchową mieszankę. Spokój będzie panował dopóty, dopóki Czeczeńcy będą się bać Kadyrowa i jego klanu.
To fakt. Kraj pod rządami Kadyrowa stał się dużo spokojniejszym miejscem niż parę lat temu. Ale pamiętajmy, jaka była tego cena. Nieprzypadkowo nazwisko obecnego prezydenta Czeczenii wymienia
się przy każdej okazji, kiedy mówi się o morderstwach politycznych, torturach i porwaniach. Czeczenia to dziś wielka strefa bezprawia, kraj sprywatyzowany przez jednego człowieka, który
stanowi tam prawo i wyrocznię. Stosunki między Rosją a Czeczenią przypominają według mnie feudalizm w jego najczystszej formie. Dopóki wasal, czyli Kadyrow, płaci daninę, utrzymuje spokój w
swoim lennie, dopóty może tam robić dosłownie wszystko, na co mu przyjdzie ochota. Jego patron nie odezwie się nawet słowem. Przez to jednak Kadyrow postępuje coraz odważniej i wzbudza coraz
większą nienawiść. Krewni pomordowanych mu nie wybaczą. Biedota z zazdrością patrzy na przepych, w jakim żyje. Jak każdy despota nie może być więc pewien dnia ani godziny, kiedy jego
dzisiejsi sojusznicy wbiją mu nóż w plecy. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę i żeby się zabezpieczyć, nakręca spiralę terroru i strachu.
Taki gest można wykorzystać w działaniach propagandowych za granicą. Rosjanie mogą teraz mówić na Zachodzie: zobaczcie, na Kaukazie panuje już porządek, nie ma terroryzmu, prawa człowieka
są szanowane itd. To oczywiście bzdura, ale liczy się efekt psychologiczny, a nie prawda. Poza tym Rosjanie wolą, żeby Czeczeńcy sami się wzajemnie wykańczali. Moskwa nie chce wysyłać na
Kaukaz swoich żołnierzy. Całą brudną robotę zrobi za nich Kadyrow. Nawiasem mówiąc, to, co Rosjanom udało się przeprowadzić w Czeczenii, to majstersztyk. Władimir Putin idealnie
wprowadził tam w życie zasadę "dziel i rządź". Tak perfidnej polityki Kaukaz nie pamiętał od czasów Stalina. On właśnie doskonale umiał napuszczać na siebie górali z
poszczególnych klanów i narodów.
Nie ma w tym sprzeczności. Będzie tak szło przez jakiś czas. Ale historia nas uczy, że nie da się zbudować trwałego pokoju w oparciu o przemoc i gwałt. A już na pewno nie można go
zbudować, oddając władzę takim ludziom jak Kadyrow. Dotyczy to nie tylko Czeczenii, ale całej Rosji.
Czeczenia jest soczewką, w której skupiają się patologie charakterystyczne dla rosyjskiej władzy. Jest poligonem doświadczalnym, gdzie władza testuje bezprawie i samowolę urzędników. Te
same zjawiska, które obserwujemy w Czeczenii, mają miejsce w całej Rosji. Wszędzie wywołują niezadowolenie, wzrost radykalizmu i tendencje separatystyczne. W pewnym momencie pokrywka, którą
przykryty jest ten gar z wrzątkiem, nie wytrzyma. Pierwszym miejscem, gdzie ustąpi, będzie właśnie Czeczenia. Niektórzy twierdzą, że w Rosji można rządzić tylko silną ręką. Jestem
przekonany, że jest wręcz odwrotnie. Jeszcze nikt w historii nie miał tyle siły, żeby przez dłuższy czas utrzymać w ryzach ten kraj.
Oczywiście, że się obawiają, głównie Miedwiediew. Kadyrow wielokrotnie mówił, że jest człowiekiem Putina, a nie Rosji. To kaukaski góral, pozostaje lojalny tylko tak długo, jak długo
przynosi mu to korzyści. Pamiętajmy, że w I wojnie czeczeńskiej walczył przeciwko Rosji. Tak samo jak jego ojciec. Miedwiediew jednak nie może w tej chwili nic zrobić. Po pierwsze ma
ważniejsze rzeczy na głowie niż jakiś watażka, a po drugie, występując przeciwko Kadyrowowi, musiałby wystąpić otwarcie przeciwko Putinowi. Na to jest jeszcze za słaby.
Były prezydent jest całkowicie pozbawiony zdolności myślenia w kategoriach państwa i interesu państwowego. To typowy przywódca klanowy. On rozumuje w ten sposób: co dobre dla mnie, to dobre
dla Rosji. Skoro Kadyrow jest lojalny i jest moim przyjacielem, to trzeba go popierać. Dopóki ten drań jest moim draniem, może robić, co mu się podoba.
*Boris Reitschuster, niemiecki pisarz i korespondent mieszkający od kilkunastu lat w Moskwie