Mira Suchodolska: Na początek opowieść z dziejów mojej rodziny. Dziadkowie okupację spędzili w Oświęcimiu. Kiedy weszła Armia Czerwona, jedna z drużyn została zainstalowana w ich domu. Okradli ich, zabrali ubrania, zegarki. Na strychu dziadkowie chowali najstarszą córkę, żeby nie została zgwałcona. A babcia mało nie straciła życia, bo nie pozwoliła poić wódką mojej mamy, a wówczas rocznego dzieciaka. Sołdat przystawił babci pistolet do głowy, na szczęście któryś z mniej pijanych odciągnął go. Nawet tam, w Oświęcimiu, radość z wyzwolenia, z końca wojny, szybko zamieniła się w strach.

Marcin Zaremba*: To nie takie proste. Armia Czerwona wyzwalała Polskę, lecz także siała terror. W różnych rejonach było różnie. Na przykład w dużych miastach, jak Warszawa czy Łódź, żołnierze radzieccy byli trzymani żelazną ręką, stacjonowały w nich mniejsze garnizony, więc dowódcom łatwiej było opanować podkomendnych. Najgorzej było na Ziemiach Odzyskanych, tam faktycznie dochodziło do makabrycznych zdarzeń, zwłaszcza wobec ludności niemieckiej. Jednak nie tylko tam. Taka Częstochowa stała się po wyzwoleniu poniekąd miastem frontowym. Tylko między 16 stycznia a 27 lipca 1945 r. odnotowano tam 22 zabójstwa oraz 50 usiłowań dokonania zabójstwa podczas rabunków, 36 napadów rabunkowych, 11 gwałtów, 18 postrzeleń oraz 136 kradzieży. Kobiety, by uniknąć gwałtu, musiały chodzić w grupach.

Wyzwoliciele gwałcili tak samo staruszki, jak i trzyletnie dziewczynki, wykłuwali oczy kobietom, żeby ich nie mogły rozpoznać. Moja babcia i ciotka, wówczas 13-letnia dziewczynka, nocowały na strychu zamkniętym na 10 kłódek. Mówiły mi potem, że stacjonowanie wojsk rosyjskich było cięższym doświadczeniem niż okupacja. Bo wszystko stało się nieprzewidywalne.

Trzeba być jednak sprawiedliwym – takie zachowanie nie dotyczyło wszystkich żołnierzy Armii Czerwonej. Byli wśród nich ludzie tacy jak Aleksander Sołżenicyn, który trafił do łagru za opisanie w liście „wyczynów” swoich kolegów w Prusach. Ale oprócz intelektualistów, takich jak on, żołnierzami w Armii Czerwonej były osoby wyciągnięte z łagrów, zwłaszcza pod koniec wojny, kiedy zasoby ludzkie ZSRR zostały już mocno przetrzebione. W jej szeregach w drodze na Berlin szli kryminaliści, również ci skazani za przestępstwa seksualne. Taka parszywa dwunastka, tylko pomnożona przez tysiące. Wszyscy oni zmagali się z gehenną frontu wschodniego, traumą i strachem. Byli nieprawdopodobnie zmęczeni, głodni i w zasadzie wciąż pijani, inaczej nie byliby w stanie tego znieść. Śmierć szła przed nimi, za nimi, wśród nich. Byli traktowani z pogardą przez dowódców, którzy nie wahali się strzelać w plecy tym, którzy choćby się zatrzymali. Dlatego, choć nie chcę być adwokatem tych czerwonoarmistów, proponowałbym spojrzeć na to trochę szerzej niż przez pryzmat polskich doświadczeń. Ale faktycznie zdarzały się koszmarne rzeczy. Apogeum miało miejsce późną wiosną i latem 1945, ale także z 1946 znamy przykłady zabójstw, rabunków i gwałtów. Nosicielami strachu byli nie tylko żołnierze tutaj stacjonujący, lecz także wracający przez Polskę z Niemiec do kołchozowej biedy. Przed przekroczeniem granicy chcieli się jeszcze obłowić, nażyć, nachapać. W efekcie radość z wyzwolenia szybko zmieniła się w strach.

Mówiło się, że lepsza sowiecka grypa niż hitlerowska dżuma. Ale ta grypa też była śmiertelnie niebezpieczna. Czerwonoarmiści zostawiali za sobą spustoszone stodoły, obory i pola.

To była źle wyposażona armia. Jak się ma przejść 30 km dziennie po mrozie czy wodzie, to buty są podstawą – a butów nie było. Walonki się rozpadały, stopy odmrażały, to radzili sobie, jak mogli. Jak żołnierze amerykańscy czy brytyjscy wkraczali do Niemiec, to nie musieli zdzierać ludziom butów z nóg, bo je mieli. A i tak rabowali, co im w ręce wpadło. I nie tylko rabowali. Nie jest już tajemnicą, że po wojnie w Niemczech przyszło na świat blisko 100 tys. Besetzungkinder („dzieci okupacji”) – dzieci, których ojcami byli alianci. Coraz więcej prac naukowych powstaje na ten temat.

Taka już konstrukcja człowieka, że chce w „swoich chłopcach” widzieć wyłącznie bohaterów. Ale zostawmy w spokoju naszych wyzwolicieli, oni byli jedynie częścią koszmaru, jaki oferowały wymęczonym wojną ludziom najbliższe lata. Zniszczone miasta, rozkładające się zwłoki na ulicach, głód...

Najbardziej ucierpiały miasta oraz ośrodki przemysłowe. Warszawa, wiadomo, zrównana z ziemią. Białystok spalony. Elbląg i Gdańsk zrujnowane, w dużej mierze także w efekcie alianckich bombardowań portów. Poznań zdewastowały toczące się tam walki. Wszędzie infrastruktura była zniszczona, a nawet jeśli nie, to bardzo zaniedbana, bo w czasie wojny nikt o nią nie dbał. Do tego dochodziły kłopoty lokalowe – ludzie nie mieli gdzie mieszkać, stąd się wziął przymusowy kwaterunek, dzielenie mieszkań na klitki. Jeśli spojrzeć na Europę Wschodnią, to tylko Polska – poza nią jeszcze Ukraina i Białoruś – odniosła aż takie rany. Inne kraje regionu – Węgry, Czechy, Rumunia, Bułgaria – w czasie wojny ekonomicznie się rozwijały, następowała poprawa poziomu życia obywateli, rosła ich zamożność. Bo tam fabryki pracowały pełną parą przez cały czas wojny, bo III Rzesza miała wielkie potrzeby. My w 1939 r. mieliśmy front i okupację niemiecko-sowiecką. A potem hitlerowcy prowadzili wobec nas gospodarkę rabunkową. Później dołożyli się Rosjanie, choćby wywożąc z Ziem Odzyskanych wszystko, co tylko się dało. Jeśli porównać 1938 r. do 1945 r., to okaże się, że PKB zmniejszył się o 38 proc. Kraj był zrujnowany.

Także społecznie i kulturowo. Elita została wymordowana. Zniknęła Polska A, została Polska B. Niewykształcona i zagubiona.

Choć żadna z grup społecznych nie uniknęła ofiar, stosunkowo najpoważniejsze były one wśród inteligencji. Zdziesiątkowana została elita polityczna, intelektualna i kulturalna społeczeństwa: według danych szacunkowych zginęło 37,5 proc. osób, które zdobyły wyższe wykształcenie w II Rzeczpospolitej. Dlatego nie powinny dziwić powojenne awanse i powojenna rewolucja kadrowa, względy ideologiczne: wymiana starych elit na nowe stanowiła tylko jeden z motywów zmian. Nastąpiły również zgoła rewolucyjne przekształcenia własnościowe – duże zakłady najpierw przejęte przez Niemców, później zostały znacjonalizowane. Na wsi w efekcie reformy rolnej zniknęła wielka własność ziemska. Eksterminacja Żydów, przesunięcie granic spowodowały, że Polska stała się krajem homogenicznym etnicznie. Nigdy w XX w. w Polsce nie dokonały się jednocześnie, w tak krótkim czasie, podobnie gwałtowne zmiany społeczne, gospodarcze i polityczne. Powojenna Polska to inny kraj. Jednak mimo tych wszystkich konsekwencji psychicznych, strukturalnych i gospodarczych zaskakuje ten nieprawdopodobny pęd do życia. W latach 1945–1946 mieliśmy wręcz eksplozję przedsiębiorczości.

Jak to?

Warszawa, ale nie tylko ona, pełna jest handlarzy. Powstają targowiska, otwierają się restauracje, kobiety zakładają kawiarnie czy paszteciarnie. To się kończy już w maju 1947, gdy słowami Hilarego Minca państwo wypowiada wojnę spekulantom. Zaczyna się bitwa o handel. To był rodzaj paniki moralnej. Trzeba było znaleźć kozła ofiarnego, tego złego, na którego można wskazać palcem i powiedzieć – przez niego głodujemy. Bo ludzie głodowali. Jesienią 1945 r. ceny chleba skaczą niebotycznie, nie można go dostać. Właściwie kłopoty są ze wszystkim, więc wprowadza się trzy dni bezmięsne, są dni bezciastkowe. Nie tylko my mamy takie kłopoty. W Wielkiej Brytanii aż do lat 50. obowiązują kartki żywnościowe. Od drugiej połowy 1946 r. mieszkańcy Ukrainy cierpieli silny głód, który w 1947 r. przybrał rozmiary klęski głodowej. Szacuje się, że zmarło pomiędzy milion a półtora miliona osób. U nas opowieść o złym spekulancie będzie się powtarzać niczym mantra do czasów Jaruzelskiego. Ale też prawdą jest, że w kraju panował chaos, spekulacja to był żywioł trudny do ogarnięcia, więc komuniści chwytali się wszelkich metod, by sytuację jakoś uporządkować.

Cały kraj był w chaosie, nic nie działało, łącznie z instytucjami państwa.

Ono było wtedy bardzo słabe. Nie tylko z powodu początkowej nieobecności jego instytucji, lecz także zachwiania się norm społecznych. Wojna zmieniła kanony, które przed jej wybuchem dyktowały zachowania: nie wolno kraść, zabijać, oszukiwać, przemoc jest zła. Jak to? Trzeba oszukać Niemca, a zabić wroga to dobra rzecz.

I to się przeniosło na powojenną rzeczywistość.

Tak. A co ważne – dodatkowo panowało poczucie tymczasowości. Życie toczyło się, ale na niby. Bo był niby jakiś rząd, lecz przecież tymczasowy, zresztą tak się nazywał. Wrażenie tymczasowości podsycały plotki, a to, że zaraz wybuchnie III wojna światowa, a to, że zaraz przyjedzie Anders na białym koniu. Panowało powszechne poczucie, że coś się wydarzy, a na razie mamy prowizorkę. Ale byli też tacy ludzie, którzy podejmowali trud odbudowy, zwłaszcza na poziomie lokalnym. Tu trzeba było uruchomić elektrownię, szkołę, szpital. Następuje też żywiołowa erupcja środowiska artystycznego, premiera goni premierę, a Łódź staje się stolicą kultury. Trzeba naszą ocenę tamtego okresu wyważyć – nie było tak, że cały naród budował swoją stolicę, lecz także fałszem byłoby twierdzenie, że wszyscy spekulowali czy szabrowali.

Niemniej następuje, w porównaniu z 20-leciem międzywojennym, wielki wzrost przestępczości. Tej najcięższej.

To prawda, ale tak się dzieje nie tylko w Polsce, lecz także w Ameryce czy Wielkiej Brytanii, a więc krajach, które nie doświadczyły okupacji. Takie zjawisko zachodzi wszędzie i zawsze po wojnie. Choćby z tego powodu, że ludzie oswajają się ze śmiercią, łatwo przychodzi im używanie przemocy. Kiedy po raz pierwszy się widzi krew na bruku po ludziach rozstrzelanych, jest wstrząs i łzy. Ale następnego dnia trzeba pójść tą ulicą do pracy. Pamiętajmy o syndromie weterana – ludziach, którzy często nic innego nie umieją zrobić poza złożeniem karabinu i oddaniem strzału. A przecież po wojnie to miało być inaczej, lepiej. I znów nie jest tak, że II RP była krajem, gdzie przemoc nie była znana. Bo podczas pierwszomajowych pochodów, kiedy dochodziło do starć narodowców z PPS, trup padał gęsto. Jednak to, co się rozpętało po wojnie, przechodziło wszelkie granice. Tę łatwość, z jaką ludzie sięgali po przemoc, potęgowało wspomniane poczucie tymczasowości – żyje się tu i teraz, trzeba mieć na balangi i panienki. Co ciekawe, w normalnych czasach jest tak, że im większa miejscowość, tym większy poziom przestępczości. Po wojnie odwrotnie – największa przestępczość była na prowincji.

Bandy i samosądy?

Pamięć społeczna podpowiada, że najbardziej ludzie bali się wówczas NKWD, ale to nieprawda. W powietrzu wisiało pragnienie zemsty, czemu trudno się dziwić, podsycone przez dekret PKWN o zdrajcach narodu. W całym kraju wymierza się kary volksdeutschom, lecz także tym, co popełnili zbrodnie na Żydach. To trend ogólnoeuropejski: Mussoliniego rozstrzeliwują partyzanci, kobietom podejrzanym o kolaborację poziomą goli się głowy we Francji, w Belgii i Holandii. Nie jesteśmy sami w tej wendecie. Podczas publicznych egzekucji gromadzą się tłumy. Kiedy w lipcu 1946 r. wieszano w Poznaniu Arthura Greisera, gauleitera Kraju Warty, przypatrywały się temu kobiety z dziećmi na rękach. Jednak często zdarza się, że rzucenie na kogoś oskarżenia jest powodowane chęcią np. przejęcia jego majątku. Kwitnie donosicielstwo. Zwłaszcza na Ziemiach Odzyskanych. Wystarczy wskazać: ten to Szwab, ten współpracował z hitlerowcami.

Ludzie są biedni, rozdrażnieni, rozbici psychicznie, boją się przyszłości. A jeszcze pojawiają się tzw. zbędni. Zwalniani do cywila żołnierze, często inwalidzi, dla których nie ma mieszkań ani pracy. Są bardzo rozgoryczeni, bo przecież narażali życie.

To bomba społeczna, 300 tys. osób, głównie walczących w szeregach Ludowego Wojska Polskiego, armia inwalidów. Dochodzą do tego repatrianci, uchodźcy, dezerterzy, spekulanci, inwalidzi, sieroty – setki tysięcy osób, których wojna wyrzuciła na margines egzystencji i przed którymi stawał problem powrotu do „normalnego” życia. Jednocześnie okazja czyni złodzieja – powojenny chaos, słabość instytucji służących przestrzeganiu prawa, demoralizacja, wreszcie społeczna legitymizacja dla użycia przemocy utrudniały ten powrót. Tymi ludźmi mało kto się zajmuje, nie ma pieniędzy na pomoc dla nich. Niby mają dostać gospodarstwa na Ziemiach Odzyskanych, ale nie wszyscy są rolnikami. Żyją więc z dnia na dzień, włóczą się po kraju, nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Dołącza do nich kolejna grupa – powracający z robót, głównie ludność wiejska. Nie chcą wracać na biedną, niezelektryfikowaną jeszcze wieś, bo jakkolwiek ciężko by im było, liznęli trochę cywilizacji. A niektórzy nie mają do kogo wracać. I ta masa niepotrzebnych chwyta się różnych sposobów na przeżycie – bandytyzmu, szabru.

Ludzie nie widzą niczego złego w przejmowaniu mienia innych. Żydów, bo zostali zamordowani, więc to im się już nie przyda. Niemców – bo to sprawiedliwe. Ale nawet majątki rodaków nie są bezpieczne. Kiedy moi dziadkowie wrócili po wyzwoleniu do domu w Oświęcimiu (zniknęli na parę tygodni, dziadek się bał, że jako przedwojenny oficer, a potem żołnierz AK zostanie rozstrzelany przez Rosjan), zastali go ogołocony. Znajome babci chodziły w jej rzeczach, więc przestały się jej kłaniać.

Szaber miał miejsce nie tylko na Ziemiach Odzyskanych, nie tylko przejawiał się w tłumach ogołacających łódzkie getto, był powszechnym zjawiskiem. Na zasadzie „teraz my” – przeżyliśmy, więc się nam należy. Pauperyzacja, brak kontroli, upadek wartości temu sprzyjają. Ale przede wszystkim bieda. Wszystkiego brakuje, więc wyciąga się klamki z drzwi, ruszty z pieców. Na szabrze dorabiają się całe rodziny, wytwarza się specjalizacja. Są eksperci od czyszczenia aptek i leków, inni zajmują się „odzyskiwaniem” złotych zębów z obozów zagłady. Straszne? Tak. Ale proszę pamiętać, że w Egipcie wszystkie starożytne groby, z wyjątkiem grobowca Tutenchamona, także zostały spustoszone przez złodziei.

Moralne opory znikają tym łatwiej, że wszyscy piją.

Ano piją, społeczeństwo jest strasznie rozpite. Alkohol pomógł przetrwać mu wojnę w tym sensie, że łagodził stres, lecz był także ważnym, łatwo dostępnym źródłem kalorii – bimber można zrobić niemal ze wszystkiego, choćby z obierek kartoflanych. Wódka zastępuje też pieniądz w gospodarce niedoboru. To wszystko dotyczy także powojnia, tym bardziej że w 1945 r. następuje wymiana pieniędzy. Fatalnie przygotowana – każdy dorosły obywatel może wymienić na nowe tylko 500 zł, niezależnie od tego, ile ma dzieci na utrzymaniu. Kwitnie więc gospodarka wymienna: żeby coś dostać, trzeba czymś zapłacić. Czymś, co się komuś przyda – np. skóra z foteli była dobrym towarem, bo można było z niej zrobić buty. Zarówno po wyzwoleniu, jak i w 1939 r. chłopi zdzierali ją z tapicerek porzuconych aut. Ale o alkohol łatwiej niż o skórę. I jest uniwersalny – flaszkę można dać ruskiemu żołnierzowi, żeby podwiózł albo podzielił się jedzeniem, bo ludzie bardzo boją się głodu, wciąż jest żywa pamięć tego z 1919 r.

Alkoholem płaci się także w powstających instytucjach publicznych.

Czasem tak jest. Te instytucje także zaczynają funkcjonować dzięki szabrowi: jeśli się chce otworzyć szpital, potrzebne są łóżka, trzeba więc wysłać ekipę na Ziemie Odzyskane, by je przywiozła. W 1944 r. w Lublinie jest kolportowane ogłoszenie – prosi się osoby, które zabrały meble z urzędów państwowych, żeby je oddały. Ale nie oddają, więc ciężarówki wysłano na zachód. Po nowe. To zorganizowany proceder, na którym, nawiasem mówiąc, wyrosły majątki kacyków partyjnych. Oni bogacą się też, zagarniając szabrowniczy majątek przejęty przez milicję na dworcach kolejowych. Już mówiliśmy o demoralizacji, a ona narasta. Ludzie nie podejmują pracy, która jest ciężka i kiepsko, jeśli w ogóle płatna, bardziej się opłaca wyprawa na Ziemie Odzyskane. Taka ciekawostka: w tym czasie na zabiedzonej, zapuszczonej wsi pojawiają się aparaty radiowe i maszyny do szycia. Jak pani myśli, skąd?

Szaber. Jedno zastrzeżenie: pracy wtedy nie było.

Do 1946 r. trudno było ją znaleźć, to fakt. W dodatku rady zakładowe często płaciły pensje w naturze – bimbrem albo paczkami UNRRA. Miało to także inne ważkie konsekwencje – np. w składzie tworzącej się Milicji Obywatelskiej. Szli do niej ludzie z przypadku, często analfabeci, mający kryminalną przeszłość, którzy chcieli się schować. Młodzi, umiejący co najwyżej obchodzić się z bronią, marzący o prestiżu społecznym. Przed wojną policjant był szanowanym zawodem, ale kolaboracja granatowych z okupantem go skompromitowała. Co niewiele znaczyło dla tych chłopaków. Marnie wynagradzani, mieli giwery, przepaski na ramionach, władzę. I okazję. Bo byli używani np. podczas akcji zbierania kontyngentu od rolników, przy których łatwo się było obłowić. Jednak, co nie jest już powszechnie znane, nowa władza zdawała sobie sprawę z kłopotu, więc starała się czyścić ich szeregi. Kilka liczb: w 1945 r. w Gdańsku wymieniono w MO 3 tys. funkcjonariuszy, na Dolnym Śląsku – 2 tys. Rotacja gigantyczna. Ale też w niektórych regionach ludzie bardziej się bali milicjantów niż bezpieki. I, co niezwykle istotne, bez udziału milicjantów zapewne nie doszłoby do powojennych pogromów Żydów – w Kielcach, Krakowie czy Rzeszowie. To oni, mający pilnować porządku, jeśli nie pierwsi dawali sygnał do zamieszek, to swoją obojętnością na nie przyzwalali. Bo chcieli też coś zrabować.

To, co na mnie robi duże wrażenie, to takie powojenne rozprzestrzenianie się zła w młodym pokoleniu. Po Polsce grasowały całe bandy złożone z młodych ludzi. Z jednej strony, w obliczu słabego państwa i jego instytucji, rosła rola rodziny, na której można było polegać w trudnych czasach, z drugiej – pokolenie rodziców i dzieci traciło ze sobą kontakt.

To nic wyjątkowego, oni mieli po prostu całkiem inne doświadczenia. Starsi wyrośli w systemie przedwojennych wartości państwa prawa, będącego miękką dyktaturą sanacyjną, ale bazującego na wartościach. Młodzi byli ich pozbawieni, zostawieni samopas. OK, część z nich to Kolumbowie, żołnierze, ale ilu ich było? Może 3–4 proc. A reszta żyła na niby, oswajając się z doświadczeniem przemocy. Ludzie garnęli się do rodziny, ale ona także przeżywała wielki kryzys. Z prozaicznego powodu: to mężczyźni szli na wojnę, to oni częściej ginęli. Albo po wyzwoleniu wybierali życie za granicą. A co z tymi kobietami skazanymi na samotność, bo zabrakło dla nich partnerów? No i kolejna sytuacja: mąż i ojciec wraca z wojny, wszyscy na niego czekają, że pomoże, że wreszcie będzie łatwiej, ale on jest psychicznym i fizycznym wrakiem człowieka, który sam potrzebuje pomocy. Teraz diagnozuje się stres pourazowy, stara się pomóc weteranom, wtedy ludzie byli ze swoimi problemami sami. O wojnie i okresie powojennym można mówić na wiele sposobów – gospodarczo, militarnie, politycznie. Ale z ludzkiego punktu widzenia to historia rodzin, które czasem dzięki takim doświadczeniom się wzmacniały, a czasem rozpadały. A proszę jeszcze zauważyć, nie wspomnieliśmy o żydowskich rodzinach. O tym, że znikały. Daniel Passent nie ma nawet zdjęcia rodziców. Takich jak on, którzy po wojnie nie mieli absolutnie nikogo, było wielu.

Doświadczenie wojenne, trauma z nim związana jest jak zakaźna choroba, która atakuje wszystkie tkanki społeczeństwa. Ale całkiem realne drobnoustroje będące przyczyną konkretnych schorzeń działają w tym czasie ze zdwojoną siłą. Ludzie są słabi, brakuje lekarstw.

Jest nim zwłaszcza gruźlica, jest nią zakażonych około miliona Polaków, a więc 5 proc. społeczeństwa. Szaleje tyfus, zwłaszcza wśród ludności niemieckiej, która nie uodporniła się na tę chorobę podczas ostatnich dwóch wojen. Zbiera wśród niej śmiertelne żniwo, które potęguje głód – w Gdańsku, Słupsku czy Elblągu ludzie wymierają całymi ulicami, dom po domu. W ogóle ludzie żyją wtedy dużo krócej, a chcą żyć za wszelką cenę. Zwłaszcza że udało im się przetrwać wojnę. Pleni się strach, który jest zabijany na różne sposoby. Franciszek Ryszka, historyk, wówczas podoficer, opisuje w swoich wspomnieniach, jak w 1945 r. krzaki we Wrocławiu ruszają się, bo są pełne uprawiających seks par. To jest także okres rozwiązłości seksualnej, którego rezultatem jest wielka liczba osób zakażonych chorobami wenerycznymi. Będącymi nie tylko efektem przejścia Armii Czerwonej, lecz także wielu przypadkowych związków seksualnych. Jednak to nie trwało długo.

To, co przetrwało z tamtych czasów do dziś, to umocnienie się państwa narodowego. I narodowych – antyniemieckiej, antyrosyjskiej zwłaszcza – fobii. Co nie powinno dziwić.

Przestajemy być krajem wielokulturowym. Mniejszości lądują na marginesie. Na wiele lat Ukraińcy, Niemcy tracą możliwość manifestowania swojej przynależności narodowej, nie mogą się posługiwać swoim językiem. To są także konsekwencje wojny i pierwszych lat powojennych, pragnienia zemsty i odwetu.

Jednych się poniża, innych wywyższa, to także nic nowego w dziejach świata. I dlatego wiele osób dało się nabrać na ten lep. Zresztą ludzie byli zmęczeni, podporządkowaliby się, jak sądzę, każdej władzy, która dałaby im upragniony spokój. Ale wie pan, co mnie fascynuje: że te lata powojennej traumy nie zostały tak zapisane w świadomości społecznej, jak następujący po nich okres stalinizmu. A przecież przed nim było gorzej.

Wprawdzie czasy powojenne były bardziej krwawe, bardziej naznaczone przemocą niż lata stalinizmu 1948–1956, ale to one stały się symbolem terroru. Jest tego proste wytłumaczenie: dla ludzi każda, nawet najmniejsza zmiana na lepsze, każda iskierka nadziei, była ważna. Wcześniej nic nie mieli do stracenia. Ale potem odważyli się mieć nadzieję i marzyć. A to im zostało odebrane.

*Marcin Zaremba, doktor hab. historii i socjolog, badacz dziejów najnowszych Polski, pracownik naukowy Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, autor m.in. książek "Wielka trwoga. Polska 1944-1947. Ludowa reakcja na kryzys" i "Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm. Nacjonalistyczna legitymizacja władzy komunistycznej w Polsce"