Poranek 5 sierpnia 1944 r. nad Warszawą był słoneczny. „Pogoda jest piękna, słońce oblewa zgliszcza i zwaliska gruzów jaskrawym blaskiem” – wspominał porucznik Ryszard Białous, pseudonim Jerzy, dowódca harcerskiego batalionu Armii Krajowej „Zośka”. Z ukrycia uważnie obserwował wieże strażnicze i bramę wznoszącego się między ulicami Gęsią, Okopową, Wołyńską i Zamenhofa więzienia, zwanego Gęsiówką. Wysoki mur zwieńczony drutem kolczastym, wysokie wieżyczki, z których można było ostrzeliwać całe przedpole. Panował spokój.

Reklama

„Kłęby gęstych czarnych dymów przewalają się nad horyzontem i raz po raz przesłaniają słońce rudą plamą” – tak „Jerzy” zapamiętał moment przed atakiem. O godz. 10 rozległ się głośny warkot i spomiędzy gruzów od strony szkoły świętej Kingi przy ul. Okopowej wyjechała niemiecka Pantera. Czołg powoli skręcił w stronę bramy więzienia. Niemcy milczeli, być może zaskoczeni widokiem. Zaczęli strzelać, kiedy zobaczyli na pancerzu wymalowaną biało-czerwoną szachownicę.

Czołg przyspieszył i przebił się przez wzniesioną przed murami barykadę. Wszystko ze swego stanowiska widział porucznik „Jerzy”: „Wielka i potężna barykada, która oddziela nasze pozycje na Gęsiej od ziemi niczyjej, rozciągającej się między murem Gęsiówki a nami, okazała się bardzo łatwa dla naszej pantery, która przetoczyła się po niej jak po śmietnisku żelaznych odpadków i jedynie do łoskotu motorów i jazgotu karabinów maszynowych dołączył się hałas miażdżonego muru, trzask łamanych desek i szyn żelaznych. Pantera jest już na wysokości drugiej barykady, którą bierze równie łatwo jak i poprzednią”. Potem staranowała żelazną bramę, niszcząc celnym ostrzałem również wieżyczki strażnicze. Tuż za nią biegli żołnierze „Zośki”.

Wikimedia Commons

„Przed nami zabarykadowana żelazna brama zamykająca wjazd na teren obozu, ostatnia przeszkoda przed bunkrami. Słychać zgrzyty i łomot gąsienic. Szarpnięcie i huk. Co się stało? – To mina – podają od przodu. Uczucie ulgi i pewności siebie. Ten pancerz dużo wytrzyma” – wspominał powstańczy pancerniak, sierżant podchorąży Wiktor Bartnicki, pseudonim Kadłubek. „Zaczyna się bezpośredni kontakt ogniowy. Słychać uderzenia pocisków. Spoglądam na kolegów. Skupienie miesza się z radosnym zadowoleniem, to samo spostrzegam u siebie. Teraz my strzelamy. Do najbliższych bunkrów odległość nie większa jak pięćdziesiąt metrów. Widać dobrze wszystkie szczegóły. – Rozpryskowy – mówi Wacek. – Rozpryskowy – powtarzam i odbezpieczam działo”.

Czołgiem dowodził porucznik „Wacek”, Wacław Miciuta. Pantera nosiła imię Magda i pełniła powstańczą służbę od trzech dni. 2 sierpnia została zdobyta w walkach przy Okopowej i naprawiona. Powstańcy nauczyli się jej obsługi i postanowili wykorzystać w szturmie na Gęsiówkę. Ten atak miał otworzyć drogę na Stare Miasto.

Nieprzygotowani do odparcia pancernego szturmu Niemcy próbowali zatrzymać piechotę, ale w końcu zaczęli uciekać. Powstańcy wpadli za nimi do więziennych budynków. „Widok, który ukazał się naszym oczom, był widocznym znakiem całkowitego zaskoczenia, jakim był dla Niemców nasz atak. W dużej, pięknymi meblami (aczkolwiek niegustownie) umeblowanej sali stał długi stół nakryty białym obrusem, a na nim dymiąca jeszcze zupa, wina i wódki. Jedynie powywracane krzesła dowodziły, że uczta została przerwana niespodziewanie, a biesiadnikom bardzo było spieszno opuścić piękną salę. Wielki, antyczny zegar w kącie sali poważnie wydzwaniał jedenastą” – wspominał „Jerzy”.

Reklama

Kiedy powstańcy wyszli na plac między baraki, natknęli się na więźniów. Kilkuset Żydów w pasiakach, wychudzonych, wielu na granicy śmierci. „Na podwórzu dookoła mnie coraz większa gromadka. Otoczona jestem różnojęzycznym tłumem ludzi odzianych w pasiaki, wykrzykujących jeden przez drugiego, gestykulujących, pijanych ze szczęścia” – relacjonowała po ataku reporterka powstańczego Polskiego Radia, która wraz z AK-owcami oglądała zdobyte więzienie. Oprowadzani przez byłych już więźniów i zaglądający do budynków kompleksu żołnierze zrozumieli, że Gęsiówka, która przed wojną funkcjonowała jako więzienie wojskowe, w czasie wojny stała się obozem koncentracyjnym. Machiną śmierci działającą niemal w samym centrum Warszawy. Konzentrationslager Warschau.

Droga usłana trupami

Wyzwoleni 5 sierpnia więźniowie KL Warschau mieli wiele szczęścia, o ile ich sytuację można w ten sposób określić. 28 lipca Niemcy rozpoczęli ewakuację obozu. Najpierw rozstrzelali ok. 400 osób, wszystkich chorych i słabych, którzy nie byli w stanie iść. Cztery tysiące więźniów poprowadzili do Kutna. W upale, bez wody. „Nie jestem w stanie nawet w przybliżeniu opisać tego trzydniowego marszu śmierci i dalszego transportu do Niemiec” – zeznał w prowadzonym w powojennej Polsce śledztwie Peter Lebovic, jeden z więźniów, wówczas 18-letni chłopak.

Wikimedia Commons

SS-mani popędzali kolumnę biciem i strzelali do tych, którzy zostawali z tyłu. „Po drodze, koło miasta Sochaczew, pozwolono nam napić się mulistej, cuchnącej wody z rzeki. Obok nas pojono stado bydła. Strażnicy SS wykrzykiwali ostrzeżenie, żebyśmy w żadnym wypadku nie oddalali się od brzegu. Pewien niedosłyszący więzień zaczął brodzić dalej w rzece, żeby napić się trochę czystszej wody. Został natychmiast rozstrzelany. Jednak nie umarł od razu. Strzelec, starszy SS-man, przytrzymał głowę nieprzytomnego pod wodą, aż ten utonął” – wspominał Lebovic. W Kutnie wpędzono ich do wagonów i wywieziono do obozu w Dachau.

W KL Warschau pozostało ok. 400 więźniów, którzy mieli zająć się pracami porządkowymi. I to właśnie ich 5 sierpnia wyzwolili „zośkowcy”. Część ocalonych przyłączyła się do powstańców, zapisując się w pamięci AK-owców bohaterstwem. Co interesujące, kilku więźniów Gęsiówki przeniosło potem kanałami ze Starego Miasta do Śródmieścia rannego w nogi pułkownika Jana Mazurkiewicza, „Radosława”, który przygotował natarcie na Gęsiówkę.

Trudno dziś choćby w przybliżeniu ocenić, ile osób przeszło przez obóz. Rozkaz jego utworzenia w miejscu istniejącego wówczas jeszcze warszawskiego getta wydał Reichsführer-SS Heinrich Himmler. „Zburzenie getta i założenie obozu koncentracyjnego jest konieczne, gdyż inaczej nigdy nie osiągniemy spokoju w Warszawie” – wyjaśniał w piśmie z 16 lutego 1943 r. W czerwcu, kilka tygodni po tym, jak Niemcy zdławili powstanie w getcie warszawskim, Himmler wydał precyzyjne dyspozycje – lager miał zostać utworzony w więzieniu przy ulicy Dzielnej, czyli na Pawiaku. Jednak ostatecznie KL Warschau powstał nieco dalej, w więzieniu przy Gęsiej. „Obóz warszawski mieścił się w dawnym getcie, było w nim uwięzionych najpierw ok. 1800, później około 35 tysięcy – 40 tysięcy wyłącznie mężczyzn, ponieważ wszyscy byli zajęci przy oczyszczaniu getta” – zeznawał w powojennym śledztwie księgowy obozowej kuchni.

Kości jak białe muszelki

KL Warschau zaczął działać 19 lipca 1943 r. Pierwszy transport więźniów Niemcy przywieźli 31 sierpnia. Byli to Żydzi z obozu Auschwitz-Birkenau, przede wszystkim pochodzący z Grecji. Potem na Gęsiówkę trafiali także Polacy, głównie aresztowani w Warszawie. „Warunki bytowania w obozie koncentracyjnym na Gęsiej były straszne” – wspominał doktor Felicjan Loth, więzień Pawiaka, którego odesłano do opieki nad więźniami Gęsiówki. „Obóz był całkowicie nieprzygotowany na przyjęcie tak wielkiej liczby więźniów. Urządzeń higieniczno-sanitarnych żadnych. W barakach brak prycz, sienników, koców, menażek – wszystkiego. Kuchnia zupełnie niewystarczająca i pozbawiona zaplecza gospodarczego. W tych najprymitywniejszych warunkach Grecy, przyzwyczajeni do łagodnego klimatu południa, sterroryzowani przez rozwydrzonych kapo, którymi zostali doświadczeni więźniowie Buchenwaldu z pierwszego transportu, wyłącznie Niemcy i do tego w znacznej większości kryminaliści lub zboczeńcy, zaczęli masowo ginąć. (...) Już po pierwszych dniach pracy wszyscy mieli poobcierane do krwi dłonie, poobijane łokcie i kolana od gruzów, a plecy i głowy od kijów” – opowiadał lekarz, który tak naprawdę nie mógł nikogo leczyć. W obozie nie było żadnych medykamentów, brakowało nawet środków opatrunkowych.

Wikimedia Commons

„Cały obóz był przesiąknięty wonią spalonych ciał i kości ofiar. Mało kto wychodził żyw z baraku dla chorych” – opowiadał więzień Icchak Dawid Mehl. „Ja też byłem chory na tyfus i trafiłem do tego baraku. Tylko przypadkiem się stamtąd wydostałem. Po wyjściu stamtąd od razu stawiłem się do pracy. Do marca 1944 r. wymarło w obozie 75 proc. wszystkich Żydów. Pozostało zaledwie 1000 osób”.

Świadectwo ogromu zbrodni popełnionych w KL Warschau i jego otoczeniu, w ruinach getta, dają relacje i powojenne dokumenty z ekshumacji. Jadwiga Nowakowska, kierowniczka działu Grobownictwa Biura Informacyjnego Zarządu Głównego PCK, nadzorowała prace prowadzone w Gęsiówce. „Weszliśmy głównym wejściem od strony ul. Gęsiej na jeden z dziedzińców, który pokryty był jak plaża muszelkami spalonymi kośćmi ludzkimi. Wtedy już było wydobytych kilkadziesiąt zwłok. Popiołami ludzkimi wypełnione były studzienki kanalizacyjne, a także prochy rozsiane były na dziedzińcu. Poza tym zastaliśmy dół otwarty, wypełniony zarówno zwłokami, jak i popiołami ludzkimi. Była to ta sama rzeczywistość, jaką widziałam w Treblince” – relacjonowała w śledztwie Nowakowska. Opowiadała również, że na terenie warszawskiego obozu natrafiono na dwa krematoria. Starsze, koksowe, i nowe, elektryczne, którego Niemcy prawdopodobnie nie zdążyli użyć. W opuszczonej hali widziała również sześć lub osiem wielkich palenisk, na których spopielano zwłoki. Dobrze zapamiętała również barak, w którym SS-mani znęcali się nad więźniami.

„Na terenie samego więzienia wojskowego była cela tortur. Ze stropów zwisały cztery sztangi zakończone kołami, w które wkładane były ręce i nogi więźnia. Na wybetonowanym klepisku było rozpalane ognisko, nad płomieniami którego zawieszony więzień był bujany. (...) Przy ścianach więzienia urządzone było kasyno do gry czy też jak niektórzy nazywali – amfiteatr dla SS. Na ścianach tego kasyna wymalowane były palmy i widoki egzotyczne. W tym kasynie SS-mani urządzali sobie libacje, w trakcie których wypuszczali więźniów i polecali im biegać. Do biegających i bezbronnych więźniów SS-mani strzelali i niejednokrotnie ofiary zabijali” – zeznawała Nowakowska.

Siedem ton prochów

W dokumentach PCK można znaleźć więcej makabrycznych danych. Z zestawienia opracowanego przez jego pracowników wynika, że tylko w byłym więzieniu wojskowym i w jego najbliższym otoczeniu zebrano prawie siedem ton ludzkich szczątków i prochów. SS-mani przeprowadzali egzekucje jednak nie tylko w samym obozie i nie tylko na więźniach. Mieli do dyspozycji rozległy teren getta, całe kwartały miasta pokryte ruinami. Rozstrzeliwali tam również mieszkańców Warszawy, więźniów Pawiaka, Polaków schwytanych w łapankach. Tam też pozbywali się ciał ofiar.

Po wojnie na podwórzach przy ulicy Gęsiej, przy Nowolipiu, Nowolipkach i na boisku sportowym „Skry” znaleziono hałdy ludzkich prochów. Paleniem ciał zajmowali się więźniowie Gęsiówki. „W obozie było »komando trupie« złożone z 20 mężczyzn. Zwykli oni zbierać drewno ze spalonych budynków w getcie i ciągnąć je na Gęsią 45 i układać w wielkie stosy” – opowiadał więzień Mehl. „Każdego poranka po spisaniu trupów przez niemieckiego lekarza i skontrolowaniu ich ust, wyrwaniu złotych i platynowych zębów, ładowało »trupie komando« zmarłych na wózki i odwoziło na Gęsią 45. Tam układało stosy: warstwa drewna, warstwa ludzi, i podpalało”.

Ewa Królikiewicz złożyła w 1973 r. ważne zeznanie, które uzupełniło materiały śledztwa prowadzonego przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. 30 lat wcześniej miała szczególne zadanie – na polecenie dowództwa AK obserwowała ruiny getta i meldowała o przeprowadzanych tam egzekucjach. „W listopadzie 1943 r., około 7.30 rano, widziałam, jak czterech lub pięciu SS-manów z obozu Gęsiówka prowadziło ulicą Smoczą na Nowolipki grupę więźniów żydowskich” – opowiadała. „Więźniowie odznaczali się od innych przechodniów, gdyż ubrani byli w pasiaki i rzucali się w oczy. Doprowadzeni na plac na Nowolipie więźniowie ci przygotowywali stosy z drzewa do rozbiórki ze zburzonych domów. Mniej więcej w tym samym czasie zaczęto na plac zwozić ciężarową budą więźniów z Pawiaka. Budą tą dowożono każdorazowo po 50–60 więźniów, mężczyzn” – dodawała Królikiewicz, precyzując, że tego dnia przyjechało około 10 takich transportów. Wszystkich więźniów – jak mówiła – ustawiano w szeregu i rozstrzeliwano. „Żydzi z obozu Gęsiówka powrzucali ciała zamordowanych na przygotowane wcześniej stosy z drzewa, które obkładano nową warstwą drzewa i rzucano na nie zwłoki dalszych świeżo zastrzelonych więźniów”. Następnie Żydzi oblali stos benzyną i podpalili, a wtedy Niemcy zaczęli do nich strzelać. „Więźniowie ci próbowali uciekać do gruzów i kryć się. Wyłapano ich krzyczących i bezbronnych i zastrzelono”.

Egzekucje w ruinach nie były jedynym sposobem pozbawiania życia więźniów KL Warschau. Nie jest bowiem wykluczone, że na terenie obozu działała komora gazowa. Świadczyć o tym mogą znalezione po wojnie wśród baraków puszki z charakterystycznymi drobnymi kryształkami, przypominającymi cyklon B. Pojemniki pozbawione były etykiet, jednak ostry zapach pozwalał się domyślać, że zawierają środek do wytwarzania śmiercionośnego gazu. Na tym jednak nie koniec. Do dziś trwają spory, czy prawdą jest, że o wiele większe komory gazowe funkcjonowały tuż obok warszawskiego Dworca Zachodniego. Według ustaleń zmarłej kilka lat temu sędzi Marii Trzcińskiej, która w latach 70. prowadziła śledztwo w sprawie KL Warschau, w jednym z tuneli prowadzącym pod torami, przy obecnej alei Prymasa Tysiąclecia, gdzie dziś każdego dnia przejeżdżają tysiące samochodów, w czasie wojny miała działać potężna komora gazowa, z instalacją doprowadzającą gaz do środka i ze specjalnymi urządzeniami wentylacyjnymi. W aktach sprawy zachowały się relacje świadków mówiących o prowadzonej w tym miejscu eksterminacji.

Słychać było jęki

„W czasie okupacji i przed wojną aż do Powstania zamieszkiwałam w Warszawie przy ulicy Szujskiego, w odległości około 300 metrów od tunelu” – opowiadała Adela Koprowska, na zeznania której powoływała się sędzia Trzcińska. „Jesienią 1942 r. po raz pierwszy zobaczyliśmy samochody niemieckie zakryte. Wyglądały jak wojskowe. Wozy te prowadzili SS-mani w czarnych mundurach” – wspominała Koprowska. „Po przywiezieniu transportu słychać było jęki ludzkie. (...) Wwożono do tunelu jednorazowo cztery wozy, czasem mniej, czasem więcej. Jak oni ludzi gazowali w tunelu, to rozchodził się zapach gazu i czuć go było aż na ulicy Szujskiego” – podkreślała. „Osobiście wielokrotnie widziałem, szczególnie po nocach, jak z tego tunelu wynoszono trupy ludzkie” – dodawał inny świadek, kolejarz Feliks Jedynak. „Nie były to pojedyncze zwłoki, ale całe góry trupów” – dodawał.

Wikimedia Commons / Picasa

Maria Trzcińska w książce „Obóz zagłady w centrum Warszawy” oceniła liczbę zabitych w KL Warschau na ok. 200 tys. osób. Jej zdaniem znaczna część ofiar została zagazowana w komorach przy Dworcu Zachodnim. Tych ustaleń nie potwierdzają najnowsze badania. Bogusław Kopka, autor książki „Konzentrationslager Warschau. Historia i następstwa” i były pracownik naukowy Instytutu Pamięci Narodowej, widzi tę kwestię nieco inaczej. 150 tys. osób to szacunkowa liczba zabitych w Powstaniu Warszawskim, ok. 20 tys. to suma ofiar egzekucji przeprowadzonych od roku 1943 do połowy 1944. 30 tys. osób – zdaniem Kopki – straciło życie na Gęsiówce oraz w jej pobliżu. W tej liczbie uwzględnia na przykład ukrywających się Żydów oraz więźniów ewakuowanych z Pawiaka.

Z jego badań nie wynika również, by w tunelu przy dworcu działały komory gazowe. Zaznacza, że mówiące o gazowaniu ludzi zeznania, z których korzystała sędzia Trzcińska, zostały spisane kilkadziesiąt lat po wojnie, przez co są mniej wiarygodne. „Żadne dokumenty urzędowe wytworzone przez okupanta lub Polskie Państwo Podziemne ani relacje świadków zebrane w czasie wojny lub tuż po wojnie nie potwierdzają tego faktu” – pisze autor i podkreśla, że tajemnicza instalacja rzekomo doprowadzająca śmiercionośny gaz nie ma nic wspólnego z eksterminacją ofiar. To urządzenia wentylacyjne zainstalowane w tunelu w latach 60. i 70. Trop okazał się więc fałszywy.

Znalezienie obecnie jakichkolwiek pozostałości po obozie koncentracyjnym, działającym przecież niemal w centrum Warszawy, jest w zasadzie niemożliwe. Przy jego dawnej zachodniej granicy, która sięgała ulicy Okopowej, i gdzie kiedyś stała murowana wieżyczka strażnicza, dziś stoi nowoczesne centrum handlowe wraz z wysokim biurowcem. Teren, na którym w czasie wojny pobudowano obozowe baraki, po wojnie wypełniono osiedlem z szarymi socjalistycznymi blokami. A dokładnie tam, gdzie 70 lat temu „zośkowcy” szturmowali Gęsiówkę, dziś wznosi się gmach Muzeum Historii Żydów Polskich. Po KL Warschau i jego ofiarach nie pozostał już żaden ślad.

Przy pisaniu artykułu korzystałem z książek: Bogusław Kopka, „Konzentrationslager Warschau. Historia i następstwa”, Warszawa 2007; Maria Trzcińska, „Obóz zagłady w centrum Warszawy”, Warszawa 2002; „Pamiętniki żołnierzy baonu »Zośka«”, red. Tadeusz Sumiński, Warszawa 1986