Znaleźliśmy się dokładnie w tym miejscu, w którym byliśmy za czasów Pawła Janasa. Przegraliśmy imprezę z kretesem, w kiepskim stylu, mamy do dyspozycji mniej więcej tych samych zawodników. A najgorsze jest to, co wynikło z wczorajszej pożegnalnej na mistrzostwach konferencji Leo Beenhakkera. Nasz trener pytany wprost, dlaczego tacy gracze jak Lewandowski, Smolarek, Krzynówek grali o pięćdziesiąt procent słabiej niż w eliminacjach, odparł, że nie wie. "Lewandowski nie był Lewandowskim, Smolarek nie był Smolarkiem”... Wszystko było fantastyczne: atmosfera, przygotowania, team spirit. I nagle taki klops. Kultowe "Leo why?” aż cisnęło się na usta.

W żadnym wypadku nie mogą bowiem do nas trafić argumenty w stylu: "my nie mamy takich graczy jak Henry, Villa, van Nistelrooy”. To oczywiste, zawsze to wiedzieliśmy. Wypada też się nie zgodzić z utytułowanym Holendrem, który stwierdził, że wie, co to "polskie piekiełko”, bo był przez ostatnie dwa lata nieustannie atakowany przez media.

Leo, nie twórzmy syndromu oblężonej twierdzy. Takiego wsparcia, takiego uwielbienia publiczności i życzliwości ze wszystkich stron nie miał w Polsce żaden selekcjoner od czasów Kaziemierza Górskiego.

Gmoch, Piechniczek, Engel, Janas. Wszyscy oni wprowadzali naszą drużynę na salony, a mimo to później nie pozostawiano na nich suchej nitki. A tu, nawet po takiej klęsce jak ta w Austrii, selekcjonera spotyka jedynie fachowa analiza, rzeczowe szukanie przyczyn porażki. Publikowane są sondaże, według których aż 80 procent społeczeństwa jest za tym, aby Beenhakker pozostał na swoim stanowisku.

Tematu jego odejścia tak naprawdę nie ma. Na kpinę zakrawają zatem desperackie próby jego obrony. Kogo mamy bronić? Człowieka, który wciąż jest mocny? Prawie wszyscy zdają sobie sprawę, że obecny obraz polskiej reprezentacji to w najmniejszym stopniu wina Beenhakkera. Tu chodzi o rozwiązania systemowe, strukturalne, szkolenie młodzieży, mądre tworzenie piłkarskiej piramidy od najniższego stopnia. Reprezentacja to jedynie jej wierzchołek. Nasze okno wystawowe na świat. Szkoda, że w tym momencie zostało ono tak mocno przymknięte.