Posłem się nie jest, posłem się bywa – te słowa zaczyna rozumieć coraz więcej młodych polityków i być może właśnie z tego powodu decydują się na karierę naukową. Można by powiedzieć: zwykła asekuracja. Tadeusz Iwiński z SLD tak podsumowuje masowe doktoraty młodszych kolegów: nowe wybory to zazwyczaj tsunami. W Polsce jest 12 posłów i jeden senator Romaszewski, którzy są nieprzerwanie w parlamencie. Młodzi politycy wiedzą, że polityka to rzecz przejściowa, trzeba mieć zawód – dodaje Iwiński. Jednak pobudki, jakimi kierują się politycy, gdy podejmują decyzje o doktoracie, są o wiele bardziej skomplikowane. Zabezpieczenie w postaci drugiego zawodu to niejedyny powód rozkwitu kariery naukowej wśród polityków. Jest jeszcze jeden o wiele bardziej istotny. Sondaże! Co ciekawe, politycy doktoryzują się partyjnie. Im bardziej partii spada poparcie, tym więcej pojawia się w niej doktorów.

Asekuranci i neowykształciuchy

Tuż przed wyborami w 2007 r. naukowy zryw przeżyło Polskie Stronnictwo Ludowe. Próby napisania doktoratu podjęło wtedy kilku ludowców, w tym premier Waldemar Pawlak, Jan Bury i Janusz Piechociński. Doktorami są wiceszef PSL Marek Sawicki i prawnik Józef Zych. Otwarte przewody doktorskie mają z kolei Jan Bury i Janusz Piechociński.

Dziś zaś coraz więcej posłów doktoryzuje się w Prawie i Sprawiedliwości. Politycy lewicy też nie pozostają w tyle. Posłowie Platformy drwią, że skoro sondaże lecą na łeb na szyję, to cóż mają robić ich polityczni przeciwnicy – pozostaje tylko się dokształcać i szukać nowego zawodu.

Na pierwszym kongresie po wyborach Jarosław Kaczyński powiedział, że PiS będzie chciało odzyskać ludzi młodych i wykształconych. W ostatnim wywiadzie dla „Dziennika” przyznał z kolei, że PiS popełniło błędy wobec środowisk akademickich. Widać, że jego słowa wcale nie pozostały bez odzewu. Do serca wzięło je sobie wielu polityków PiS – zaliczają się do nich m.in. Joachim Brudziński, Mariusz Kamiński, Adam Hofman, Paweł Kowal, Jan Ołdakowski, Maks Kraczkowski i Adam Rogacki. A tematy ich prac są przeróżne. Poczynając od żeglugi morskiej, kończąc na komisjach śledczych i upadłości konsumenckiej.

Polityk PO drwi z PiS-owskiej manii dokształcania: – Pamiętajmy, kto poszedł na wybory w 2007 r. Byli to ludzie młodzi i wykształceni, i to właśnie oni byli gwoździem do trumny PiS. Teraz niby przypadkowo młodzi politycy PiS-u zaczynają się doktoryzować, a tematy ich pracy są przeróżne – od Sasa do Lasa. To jakieś kpiny – śmieje się członek Plaformy. W nieoficjalnych rozmowach politycy doszukują się przemyślnego planu Jarosława Kaczyńskiego. – Podobno to właśnie on dał młodym PiS-owcom zadanie do wykonania, a mianowicie doktorat przed rokiem 2010, a więc przed nowymi wyborami – śmieje się poseł z Platformy.

Ziemniaki i golf

Nie tylko politycy PiS mają szerokie zainteresowania naukowe. Jak się okazuje, w każdej partii jest przynajmniej kilku posłów, którzy wyróżniają się pracami doktorskimi na dość wyrafinowane tematy. Oto najciekawsze z nich:

Łukasz Gibała, polityk Platformy, zajął się badaniem teorii logiki w latach 60. Temat jego pracy to „Semantyka światów możliwych. Elementarność a modalność metafizyczna”. – Badałem istnienie światów równoległych, możliwych. Takich, w których np. ja jestem Murzynem. Być może żyjemy nie tylko tu i teraz, ale równocześnie w innym świecie. Zająłem się również wyjaśnianiem znaczeń „może”, „konieczne”, „przygodne”, „mógłbym”. Badałem prawdziwość twierdzeń – dodaje polityk Platformy.

Tadeusz Iwiński z lewicy zajął się natomiast badaniem świata jak najbardziej realnego, choć nieco może egzotycznego. Jego temat to „Polityka kolonialna Portugalii po II wojnie światowej”. W tamtym czasie, gdy pisałem doktorat, czyli w latach 70., Portugalia była największym mocarstwem kolonialnym i właśnie to mnie zafascynowało – mówi Iwiński.

Tematem pracy doktorskiej Jana Ołdakowskiego z PiS jest „Obraz państwowości, nowego państwa w propagandzie Armii Krajowej i delegaturze rządu na kraj”. – Chciałem pokazać, jaki był zamysł Armii Krajowej na państwo. To było smutne pokolenie, które szło bardzo precyzyjnie przygotowane na to, że nowa Polska ma być państwem socjalistycznym. To było powstanie z pomysłem na państwowość, a ton rozpaczliwego klękania był dorobiony później – tłumaczy Ołdakowski.

Joachim Brudziński z PiS zajął się natomiast opisywaniem polityki morskiej. Temat pracy doktorskiej to „Polska żegluga morska w latach 1970 – 1982”. Zawsze fascynowała mnie potęga gospodarki morskiej. W pracy będę opisywał złote lata polskich armatorów – mówi Brudziński.

Marek Sawicki, obecny minister rolnictwa, przyjął za temat „Efektywne wykorzystania osłon w uprawie ziemniaka wczesnego w rejonie środkowego Podlasia”. Podobny temat wybrał Kazimierz Plocke (PO), bowiem jego praca dotyczyła efektywności produkcji ziemniaka paszowego. – Były to badania porównawcze. Chodziło o to, co jest bardziej opłacalne dla rolników, czy produkowanie ziemniaka i sprzedaż na rynek, czy też przetwarzanie go przez trzodę chlewną – kończy polityk Platformy.

Joanna Senyszyn z lewicy podjęła zagadnienie „Ekonomiczna efektywność ferm hodowlanych w przemyśle mięsnym”. – Lubiłam poznawać nowe obszary, ponieważ kończyłam międzynarodowe stosunki ekonomiczne. Wcześniej pracę magisterską pisałam na temat „Kapitały obce w afrykańskim górnictwie rud metali nieżelaznych”, więc stwierdziłam, że doktorat będę pisać zupełnie o czym innym – mówi posłanka lewicy.

Andrzej Person, senator Platformy Obywatelskiej, pisze natomiast doktorat o historii golfa. – Golf, ze sportu elit, stał się rozrywką dostępną także dla klasy średniej. Pierwszy raz w Polsce powstaje doktorat na ten temat. Nie bez powodu zająłem się tym tematem. W swojej karierze byłem już prezesem Polskiego Związku Golfa, czynnie uprawiam sport – tłumaczy Person. W celu poznania historii golfa rozmawiał m.in. z nieżyjącym już Joe Wójcikiem, organizatorem turniejów w Chicago w czasach wielkiego kryzysu. Pomógł mu też poseł PO i reżyser Kazimierz Kutz, opowiadając o tym, jak jeżdżąc do szkoły, obserwował golfistów grających w katowickim Giszowcu. Tam pole golfowe powstało dzięki amerykańskim inżynierom, którzy przyjechali budować kopalnie.

Karol Karski z PiS wybrał zaś temat „Rozpad Związku Radzieckiego a prawo międzynarodowe”. – Był poważny problem naukowy, ale także praktyczny związany z tym, czym był rozpad ZSRR. Chciałem udowodnić, że ZSRR rzeczywiście się rozpadł. Poruszyłem tam zagadnienia dotyczące tego, czy obecna Federacja Rosyjska jest w stanie ponosić odpowiedzialność międzynarodową z tytułu naruszenia prawa międzynarodowego, czy jest automatycznym sukcesorem umów międzynarodowych – wyjaśnia poseł PiS.

Prestiż i śmieszność

Ze zjawiskiem masowych doktoratów związanych jest kilka politycznych anegdot, jak np. ta o Michale Ujazdowskim, byłym pośle PiS, obecnie niezrzeszonym, wspominana przez Jana Ołdakowskiego: Michał był przez znajomych nazywany „budyniem”, zaraz gdy obronił doktorat, zyskał przydomek „doktor Oetker”. Jego znajomi zawsze się z niego śmiali, że kiedy tylko nie wychodziło mu w polityce, zaczynał się dokształcać. Kiedy nie wszedł do Sejmu w 1993 r., podejmował pracę naukową, pracował przez lata na SGH. Zawsze się śmieliśmy, że kiedy jest gorzej w polityce, to wtedy Michał pisywał artykuły do gazet albo o konserwatyzmie, że konserwatysta może być nowoczesny, albo o Adlofie Bocheńskim – śmieje się Ołdakowski.

Jak się okazuje, obiektem drwin stał się obecnie również Karol Karski – po słynnej podróży na Cypr zwany w Sejmie „doktorem Meleksem”. Największy ubaw mają jednak studenci Uniwersytetu Warszawskiego, których „dr Meleks” Karski uczy międzynarodowego... prawa karnego. Studentów zupełnie rozbawiło, kiedy poseł zasugerował, że za burdą na Cyprze stoją... rosyjskie służby.

O doktorat powalczył też Waldemar Pawlak. Do tej pory nazywany jest głównym asekurantem w polityce. – Kiedy Waldemar Pawlak uznał, że w polityce nic nie uzyska, tak naprawdę nie tyle zrobił doktorat, co zajął się kształtowaniem siebie od nowa. Dużo czytał w internecie, uczył się nowych technologii, zdobywania wiedzy, przeszedł taką nową edukację. Z doktoratem tylko trochę miało to wspólnego. Zmuszał się do czytania, żeby być jak brzytwa. Z doktoratem jednak nie wyszło i prestiż polityka intelektualisty okazał się nieosiągalny – mówi polityk PSL.

Natomiast Kazimierz Marcinkiewicz nie zdążył się doktoryzować, ale zdążył wciągnąć do polityki swoją panią promotor. Co więcej – mianował ją ministrem finansów. Być może była to swoista rekompensata za nieoddanie pracy doktorskiej.

Starsi koledzy w kilku słowach podsumowują zryw związany z nagłym dokształcaniem przez młodszych posłów. Joanna Senyszyn: – To swoisty snobizm, bo magistrów jest coraz więcej, a mieć przed nazwiskiem stopień doktora to większy prestiż. Przyczynił się do tego również rozwój prywatnego szkolnictwa – prywatne szkoły magistra nie zatrudnią na stałe, najwyżej dadzą mu zlecenie za bardzo marne grosze. Natomiast doktorzy są potrzebni do uzyskania przez szkołę wyższą uprawnień, stąd mając doktorat, można się zatrudnić w prywatnej szkole, nawet będąc posłem – tłumaczy posłanka lewicy. Stanisław Żelichowski dodaje: – Gdy polityk przez całe życie ma tylko do wyboru: czy nacisnąć czerwony, zielony czy żółty przycisk, to mu wszystkie komórki padają. Czynne są tylko te trzy od zielonego, czerwonego i żółtego. Wiec jak robi doktorat, to jakieś komórki wzbudzi i jest normalny, dlatego się nie dziwię. A Tadeusz Iwiński dorzuca: – Poziom doktoratów w Polsce w ostatnich latach znacznie się obniżył. Habilitacja to jest dopiero wyzwanie.

Czekamy zatem na habilitacje.