Zabawa rządu w prywatyzację – tak jeden ze związkowych liderów określił wczoraj rządowe plany rozszerzenia i przyspieszenia sprzedaży państwowych firm. Mamy więc groźby strajków w KGHM czy energetyce oraz cały demagogiczny anturaż towarzyszący wszelkim prywatyzacjom: hasła o pozbywaniu się strategicznych sektorów, złych inwestorach, wyprzedaży za bezcen i generalnej zwyżce cen wszystkiego, od prądu poczynając, i tak dalej, i tak dalej....

Na ile to wszystko będzie skuteczne? Niestety, po części już jest. Wiadomo, że państwo – doskonale się przecież znające na wydobyciu i przerobie miedzi – nie pozbędzie się kontroli nad KGHM. W samym rządzie nie brakuje sceptyków w kwestii prywatyzacji energetyki. Oczywiście w tym całym zamieszaniu nikt się nie przyzna do tego, że obrona rozdętych poza granice jakiegokolwiek biznesowego rozsądku przywilejów setek tysięcy pracowników państwowych firm oznacza także dosyć desperacką próbę złowienia setek tysięcy wyborczych głosów.

Także dlatego rządowa zabawa w prywatyzację może być niesłychanie trudna. Ale rząd Tuska nie ma specjalnie wyjścia, musi się udać. Po pierwsze dlatego, że zwłaszcza jeżeli Rada Ministrów ostatecznie dzisiaj zatwierdzi rozszerzenie planu prywatyzacji, to jego zaniechanie będzie oznaczało gigantyczną polityczną kompromitację. Po drugie – coraz bardziej wysuszony budżet dramatycznie potrzebuje tych pieniędzy. Jeżeli prywatyzacja się zawali, naprawdę nie za bardzo będzie wiadomo, skąd wziąć środki na łatanie dziur w państwowej kasie. Po trzecie w końcu, to banał, ale trzeba go powtarzać, nie ma najmniejszego sensu, żeby państwo – najgorszy właściciel świata – miało w swym portfolio kopalnie, rafinerie, banki, ubezpieczycieli, linie lotnicze i PKS-y.

Teraz trzeba to wszystko umiejętnie i korzystnie sprzedać. I tutaj pojawia się właściwie jedyna przyczyna, która może usprawiedliwić przyhamowanie prywatyzacji: brak inwestorów lub niekorzystna cena oferowana za sprzedawane przedsiębiorstwa. Chociaż w tym drugim przypadku należy pamiętać, że polityczne awantury w kwestii rzekomej zbyt niskiej ceny pojawiać się będą zawsze, niezależnie od tego, czy koniunktura jest dobra, czy zła.

A groźby strajków, pohukiwania związkowców o wyprzedaży narodowego majątku i strategicznych sektorów? Im mniej będzie determinacji ze strony rządu, im więcej w tej całej operacji będzie chwiejności i lawirowania, tym bardziej będą się nasilać. Przedsmak już mamy. I oby na tym przedsmaku się skończyło.