Mieliśmy w XX wieku do czynienia z dwoma ustrojami, które określamy tym mianem, czyli bolszewizmem i nazizmem. Warunki niezbędne do tego, by określać jakikolwiek ustrój totalitarnym, to rządy jednej partii, terror fizyczny stosowany w celu wymuszenia pożądanych zachowań obywateli oraz kontrola nad ich umysłami. W tym rozumieniu można powiedzieć, że w pełni nigdzie totalitaryzm nie został zrealizowany, bo takiej kontroli, jaką opisuje George Orwell w „Roku 1984”, nad ludzkimi umysłami i duchowością nie udało się osiągnąć. Jeżeli jednak posługujemy się pojęciem totalitaryzmu, to dlatego by odróżnić dyktaturę, despocję, autorytaryzm i inne niedemokratyczne formy sprawowania władzy od tej szczególnej, wyjątkowej i charakterystycznej tylko dla dwu wymienionych przypadków.

Dlatego jeżeli nawet ktoś uważa – a nawet ojciec Rydzyk ma do tego prawo – że wolność słowa jest w Polsce naruszana, to ma wiele słów na opisanie tej sytuacji, ale na pewno „totalitaryzm” tu nie pasuje. Nie byłoby co się głupotami przejmować, gdyby nie potencjalne konsekwencje takich wypowiedzi i używania w życiu publicznym słów i pojęć bez zrozumienia, albo z niecnymi intencjami. Otóż takie nadużywanie słów może prowadzić do reakcji społecznej, jakiej nadużywający nie przewiduje. Mianowicie ludzie przekonani, że między pełnią demokracji i liberalnej wolności a jakimikolwiek jej ograniczeniami nie ma żadnych form pośrednich, będą skłonni traktować każde ograniczenie wolności przez władzę jako upadek demokracji i pojawienie się totalitaryzmu. A to jest bardzo niebezpieczne dlatego, że demokracja zawsze jest niedoskonała i zawsze w demokracji musi dochodzić do ograniczenia swobody obywateli w imię interesu wspólnoty politycznej.

Wynika to nie z natury demokracji, lecz z tego, że jesteśmy razem i każdy z osobna skłonni do realizowania własnego interesu, i interes ten stawiamy na pierwszym miejscu. Nazywa się to egoizmem, a czasem bywa ubierane w ładniejsze słowa. Egoizm musi być do pewnego stopnia ograniczony, bowiem w przeciwnym wypadku wszyscy byśmy wszystko sobie wyrywali powodowani naturalną chęcią posiadania i dominowania. Ograniczenia te mają charakter prawny – tu nikt nie mówi o totalitaryzmie – oraz pozaprawny, jak na przykład w przypadku nadużywania wolności słowa. Z nadużywaniem wolności słowa jest kłopot. Amerykańscy zwolennicy wolności słowa walczyli o prawo dla neofaszystów do gromadzeń i głoszenia ich poglądów. Wygrali, ale neofaszystom, kiedy ich zachowanie okazało się legalne, odechciało się głosić swoje poglądy.

Innymi słowy, lepiej zezwalać na maksimum wolności słowa, ale istnieją wyjątki, których nie da się prawnie uregulować. Tak jest z nadużywaniem pojęcia totalitaryzmu, tak jest z mówieniem raz, że Ślązacy to piąta kolumna, i po kilku tygodniach, że to esencja polskości. Inaczej mówiąc, czasem używa się słów i wypowiada poglądy w sposób jawnie cyniczny i fałszywy. Ojciec Rydzyk dobrze wie, że w Polsce nie ma totalitaryzmu, ale mówi takie głupstwa, licząc na emocjonalny, a nie racjonalny efekt. I do pewnego stopnia osiągnie swój cel, zawsze znajdą się ludzie nie dość rozsądni, by jego słowa zignorować. Otóż problem, jaki tu się pojawia, wygląda następująco: czy istnieje wolność świadomego publicznego mówienia kłamstw i głupstw. Prawnie taka wolność jest naturalnie zagwarantowana, ale media powinny jednak jednoznacznie piętnować takie wypowiedzi, a nie je wyśmiewać czy uważać za nieistotne. Kłamstwo jest karalne, chociaż niekoniecznie więzieniem, ale co najmniej wykluczeniem z debaty publicznej, którą psuje nieodwracalnie.