Jeszcze pięć miesięcy temu triumfował, gdy jako pierwszy polski premier po 1989 roku dostał od wyborców mandat na następną kadencję. Dziś jego rząd źle ocenia 61 proc. Polaków (dobrze 28, sondaż CBOS z ubiegłego tygodnia). Awantura o listę leków refundowanych, protest lekarzy, uliczne manifestacje przeciw ACTA, problemy ze Stadionem Narodowym – przecież nie z takimi kryzysami świetnie radził sobie przez poprzednie cztery lata. Afera hazardowa, która niejeden rząd zmiotłaby z powierzchni ziemi, jemu uszła na sucho. A dziś nawet świetne dane z gospodarki nie przebijają się do świadomości społecznej. Rząd jest zły i basta.

Źródłem tego nagłego zwrotu jest jedna liczba: 67. Zapowiedź z expose wydłużenia wieku emerytalnego i jego zrównania dla kobiet i mężczyzn rozjuszyła wyborców. Ekonomiści od dawna powtarzali, że taki krok jest konieczny, ale politycy – zarówno rządu, jak i opozycji – zręcznie unikali tematu. Doświadczenie podpowiadało wyborcom, że i tym razem na gadaniu się skończy. Aż Tusk wszedł na mównicę i ogłosił: zaryzykuję. Polacy chórem odpowiedzieli: nie. Od tego momentu skończyło się pobłażanie, zaczęła bezpardonowa walka.

Reformę emerytalną trzeba przeprowadzić, demografia jest nieubłagana. Nawet jeśli 85 proc. Polaków się jej sprzeciwia. Donald Tusk wziął na siebie to ryzyko. Żyjemy dłużej, musimy dłużej pracować. Możemy zacisnąć zęby i pogodzić się z nieubłaganym albo liczyć, że ktoś, gdzieś, kiedyś znajdzie pieniądze, byśmy mogli zachować status quo. Problem w tym, że za trzydzieści lat nie będzie na to stać nawet naftowych szejków.

Pierwsze 100 dni było dla rządu Tuska koszmarem. I to nie jest jedyna zła wiadomość: następne nie będą lepsze. Ale jeśli przeprowadzi tę reformę, zrobi coś, czego nie ośmielił się zrobić polski polityk od dawna: zerwie z filozofią „po nas choćby potop”.