Mira Suchodolska: Tak sobie myślę, że zazdrość, zwana czasem za Szekspirem zielonookim potworem, jest w sumie zjawiskiem pozytywnym. Nie mam tutaj na myśli stosunków damsko-męskich (choć i w tym kontekście to sprawa dyskusyjna), ale społeczne. Bo to ona, oprócz ambicji, nas napędza: żeby więcej mieć, umieć, bardziej się pokazać. W konsekwencji prowadzi do bogacenia się jednostek i państwa.

Janusz Czapiński*: Czyli tak zwanego wzrostu gospodarczego, zmitologizowanego we współczesnym świecie. I faktycznie, jeśli będziemy liczyć i mierzyć jakość życia społecznego liczbą dóbr, to tak jest. Ale przecież oboje wiemy, iż owa jakość nie polega tylko na posiadaniu, którym jesteśmy opętani. I gdyby to była jedynie kwestia odrabiania posuchy po PRL, kiedy to w gorączkowym szale staramy się zdobyć wszystko, czego nam tak brakowało, nasycić się luksusem – w porządku. Można by było pomyśleć, że kiedy już przybędzie nam tych dóbr, przestaniemy się zabijać, pędzić i będzie normalnie, że zaczniemy żyć, jak żyją ludzie w innych krajach – spokojnie, dla samego życia, a nie bogacenia się za wszelką cenę. Przestaniemy patrzeć z zazdrością na innych. Ale nie, tak się nie dzieje. Jestem przekonany, że gen zazdrości skrzyżowany z genem nieufności wobec innych, bo oba razem się napędzają i dają ten efekt, mamy głęboko zakorzeniony w naszej tkance narodowej.

A ja jestem przekonana, że niepotrzebnie znów się samobiczujemy. Zazdrość połączona z chęcią posiadania jest stara jak świat i dotyczy wszystkich nacji. Wystarczy otworzyć Pismo Święte, żeby znaleźć kilka dobitnych przykładów, np. historia o Jakubie i Ezawie – Jakub zazdrosny o pierworództwo i związane z nim władzę oraz majątek podstępem wyłudza je od bliźniaka. Zresztą Bóg mu sprzyja, bo też bardziej Jakub się do tego nadawał.

W Biblii możemy też znaleźć historię Kaina i Abla, tutaj w grę także wchodziła zazdrość. I wiemy, że ta opowieść nie skończyła się tak dobrze. A jeśli chodzi o Jakuba i Ezawa, to ja tę przypowieść traktuję jako przykład walki o władzę. Opowieść polityczną, a polityka jest usłana trupami, odkąd pamięć ludzka sięga. Jednak uważam, że to nie jest akurat przypadłość Polaków, my nie chcemy władzy, nie zależy nam na niej, nie chcemy brać odpowiedzialności. Proszę spojrzeć, co się u nas dzieje – do polityki od lat jest selekcja negatywna, batem nas by trzeba zapędzać. Ale co innego, jeśli chodzi o posiadanie. Wystarczy zaobserwować, jak iskrzą się oczy znajomych, kiedy sprawimy sobie coś nowego. Ale to nie byłoby aż tak złe samo w sobie, gdyby nie fakt, że tych, którzy mają więcej od nas, którzy coś osiągnęli, jesteśmy skłonni posądzać o najgorsze: że ukradli, załatwili, zgwałcili prawo i normy moralne. A przynajmniej poszli na skróty. Że są nieuczciwi i, generalnie, źli. To w efekcie powoduje bardzo przykry stan ducha, bo każdy w głębi serca chciałby być dobry i uczciwy. Jesteśmy przeświadczeni, że w ten sposób do niczego dojść się nie da i dajemy sobie wewnętrzne przyzwolenie na cwaniactwo, drobne kradzieże, oszustwa czy właśnie pójście na skróty. Oczywiście to nie jest tak, że gdzie indziej na świecie żyją same anioły. Problem w tym, że u nas jest to zjawisko powszechne. Nie zastanowimy się, jak to się stało, że sąsiada stać na lepszy dom czy lepszy samochód, a postawiwszy diagnozę, zakasujemy rękawy i bierzemy się do roboty. Raczej sięgniemy po ostre narzędzie, żeby przekłuć mu opony, żeby się tak bardzo nie pysznił.

Naprawdę tak pan uważa? Ja obserwuję coś całkiem innego: jako społeczeństwo ostro wzięliśmy się do roboty. I to widać po coraz lepszych autach, po coraz ładniejszych domach, po tym, jak wyglądamy. Proszę popatrzeć, jak bardzo poszliśmy do przodu cywilizacyjnie, ilu mamy wykształconych ludzi, jak zmienił się obraz Polaków na świecie.

To prawda, ale inni też się wzięli do roboty i są przed nami. I to nam nie daje spać, bo myślimy, jak bardzo odstajemy od czołówki. Zgoda, jesteśmy pracowici, wszyscy nas chwalą. I Anglicy, i Holendrzy, i Niemcy. Jeździmy do ich krajów, pracujemy, zarabiamy. Wracamy, stać nas na lepszy samochód czy apartament w szeregowcu za miastem. I gdyby było tak, że wróciliśmy z tej naszej harówki, zrobiliśmy rachunek sumienia, powiedzieliśmy sobie – zrealizowaliśmy swój życiowy cel. Ale gdzie tam. Lustrujemy okolicę i znów mamy powód do zgrzytania zębami, bo innym bardziej się udało. Albo włączamy TV i już mamy zepsuty dzień, bo tam widzimy osoby, które odniosły jeszcze większy sukces. I znowu wpadamy w psychiczny dół.

Ja, panie profesorze, nazywam to ambicją. To ona powoduje, że widząc sukcesy innych, mówimy sobie: ja także tego chcę.

Ambicja nie równa się zawiści, a będę się upierał, że to właśnie ona nas motywuje. Taki z życia wzięty przykład: jeśli tęsknię za garnkami z podwójnym dnem, zrobionymi z jakiegoś stopu, dlatego że zainwestowałem w nowoczesną, elektryczną kuchenkę, do której te garnki dobrze pasują i uda mi się, używając ich, zaoszczędzić sporo energii, wszystko w porządku. Bo to racjonalna decyzja. Ale jeśli jest tak, że zobaczyłem takie gary u znajomych i wykładam grubą gotówkę na ich zakup tylko po to, żeby nie czuć się gorszy – a mam zwyczajny piecyk gazowy – to już coś nie gra. A z przykrością stwierdzam, że funkcjonujemy właśnie w ten drugi sposób.

Jeśli będę miała dobre garnki, to istnieje duża szansa, że dokupię do nich dobrą kuchenkę. Od czegoś należy zacząć, żeby osiągnąć dobry rezultat. To nie szkodzi, że czasem od drugiej strony.

Odpowiem tak: jeśli 80 proc. młodych Polaków kontynuuje naukę na poziomie szkoły wyższej, mamy rekord świata. Podobnej sytuacji nie ma w żadnym innym kraju na świecie, może jeszcze w Australii. Dlaczego tak się dzieje? Są dwie możliwości. Pierwsza – studenci kalkulują: wprawdzie sytuacja na rynku pracy jest taka, a nie inna, jednak lepiej mieć dyplom licencjata, bo w przyszłości to on może zaważyć o możliwościach mojego rozwoju. Druga motywacja ma już skrajnie odmienny charakter: dziś nie mieć dyplomu to żenada, będą się ze mnie śmiali. I zapewniam, że to ten drugi model – związany z zawiścią – dominuje. Chodzi mi o to, że u nas trwa nieustający wyścig powodowany nie autentyczną potrzebą – czy to materialną, czy intelektualną – ale właśnie porównywaniem się z innymi ludźmi. Przeglądamy się w nich i chcemy dowartościować za wszelką cenę, bo sami od siebie nie jesteśmy w stanie.

Będę się upierała, że ten prosty, psychologiczny mechanizm działa także w innych nacjach. On ma, on coś zdobył, więc ja muszę stanąć na głowie. Tak samo mają Anglicy, Niemcy czy Amerykanie.

Ale nie w takim stopniu i nie w ten sposób, bo u nas często sprowadza się ten wyścig do tego, aby utrącić rywali, zaszkodzić im, donieść na nich. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że podobne zabiegi odbywają się wszędzie, np. w dużych korporacjach, gdzie ludzie walczą o miejsce przy korycie. Jednak w naszym kraju odbywa się to wszędzie, na każdym szczeblu, na ogromną skalę. Bierze się to po części z tego, że jako naród w głębi ducha jesteśmy niezwykle egalitarni. Uważamy, że każdemu należy się tyle samo. Jednak nie zmierzamy do tego stanu, zakasując rękawy, żeby doszlusować do lepszych, ale czynimy wysiłki, by tamtych ściągnąć do tego samego kociołka, w którym sami tkwimy. A jeśli nawet bierzemy się do roboty, to jest to podsycone frustracją – bo nigdy nie uda nam się dojść do czołówki peletonu. Dlatego ten wyścig nie ma końca i jest okupiony ogromnymi kosztami społecznymi, których nikt nie liczy.

Ja uważam to za paliwo, które nas napędza w gonitwie: nie mamy wykształconych, ustabilizowanych klas społecznych. W Niemczech jeśli jest pan lekarzem i ma konkretną praktykę, to wiadomo, że powinien mieć pan samochód określonej marki zmieniany co trzy lata. Jeśli przyszedł pan na świat w Anglii jako syn robotnika, to dom, który pan kupi, będzie w takiej, a nie innej dzielnicy. Zgodnie z zasadą wyżej d... nie podskoczysz. A u nas wszystko jest możliwe.

Prawdą jest, że polskie podziały nie są zakrzepłe, społeczeństwo jest mobilne, więc stąd nie kroimy swoich ambicji i aspiracji na wzór swojej grupy społecznej czy środowiska. Stąd pójście na całość i skakanie powyżej nerek. I to jest w pewnym sensie dobre. Możemy znaleźć wiele przykładów, kiedy dzieci z domów o niskim kapitale kulturowym przeskoczyły siebie. Sam jestem tego przykładem, pochodzę z rodziny, w której nie było ojca, a mama była nie półanalfabetką, ale po prostu nie umiała czytać. Mnie się udało. Ale ilu podobnych pogruchotało się w tych próbach? Skuszonych marzeniem, chęcią posiadania, zazdrością. Albo chociażby reklamami, które zwłaszcza dziś wyznaczają cele.

Staliśmy się społeczeństwem konsumpcyjnym, napędzanym przez reklamy, które mówią nam, co powinniśmy mieć, aby stać się szczęśliwi. Jaka superbryka sprawi, że nasza rodzina będzie bezpieczna, jaki proszek do prania powinien być sypany do pralki, abyśmy zyskali szacunek otoczenia. I tego się już nie zmieni.

Prawda, podobne opinie można wygłaszać o innych społeczeństwach konsumpcyjnych. Niemniej mam wrażenie, że tam łatwiej powiedzieć ludziom: stop. Ta lodówka, choć ma już pięć lat, tak samo dobrze chłodzi, jak najnowsza z katalogu. Ta moja stara pralka jest sprawna i nie trzeba jej zmieniać. Gdybyśmy mieli tyle pieniędzy, co Niemcy, nasz park AGD byłby najnowocześniejszy na świecie, najbardziej wypasiony. A i teraz mamy czym się pochwalić.

Może właśnie to jest ta spuścizna po PRL, o której pan wspominał. Odbijamy sobie chude lata.

Może, taki syndrom poobozowy. Ale byłbym szczęśliwy, gdyby się już skończył. Powinniśmy zacząć się zastanawiać nie nad lodówką, ale nad tym, co przyniesie nam radość i pomoże w życiu, żebyśmy przeżyli je jako ludzie spełnieni.

A nie ma pan wrażenia, że kryzys coś w nas zmienił? Już wiemy, że pieniądze są, a potem ich nie ma, więc próbujemy realizować się w inny sposób, nie tylko konsumując. Moda na bieganie czy jazdę na rowerze zastąpiła rywalizację, kto w jakie bardziej egzotyczne miejsce pojedzie. Coraz więcej osób pozbywa się niepotrzebnych rzeczy, znajdując radość w zadowalaniu się małym. Odkrywamy na nowo korzyści płynące z bycia blisko innych ludzi.

Także zauważam te trendy. Ostatnio popularny jest tzw. sharing, dzielenie się z innymi dobrami materialnymi. Słyszałem o alterkach, walucie, którą wymyślono, aby wymieniać się usługami czy przedmiotami. To jest początkujące zjawisko, aby je dostrzec, trzeba mieć silną lupę. Także w mojej Diagnozie Społecznej, którą właśnie opracowuję (zostanie ogłoszona w drugiej połowie czerwca – red.) jest zauważalne, że pomału wytraca się ten konsumpcyjny pęd. Zwłaszcza wśród warstw, które już czegoś się dorobiły, tracą na znaczeniu pieniądze. Widać to zresztą na osi czasu, począwszy od lat 90., że wraz ze wzrostem zamożności spada ich znaczenie i przestają być wymieniane na pierwszym miejscu wśród trzech rzeczy warunkujących udane życie. Dziś ważniejsza od nich jest praca, kiedyś było na odwrót. To, prawdę mówiąc, różni nas od innych nacji, gdyż zwykle jest tak, że im więcej ktoś ma, tym bardziej jest pazerny na mamonę. Jednak wśród priorytetów na podium stawiamy wciąż zdrowie, rodzinę i dzieci. Choć w tych dwóch ostatnich już widać zmiany procentowe, trend jest taki, że tracimy apetyt na trwałe związki i potomstwo.

Czyli przestajemy już mieć ochotę na to, żeby wypruwać sobie flaki, aby prześcignąć sąsiada w dobrach materialnych. Ale to widać choćby po konsumpcji wewnętrznej, która do tej pory była motorem wzrostu gospodarczego w Polsce, a teraz siada, co ministrowi finansów pewnie spać nie daje.

W każdym razie przestała rosnąć, co jest zagrożeniem dla planowanego budżetu. Myślę, że ta powściągliwość w wydawaniu to faktycznie skutek kryzysu i obawy o przyszłość. Jednak na ile jest spowodowana zmianą mentalności, a na ile odkładaniem w czasie zakupów? Chyba jednak to drugie.

A nie ma pan wrażenia, że nasz strach o przyszłość, tę niepewność jutra, władza wykorzystuje do realizacji swoich celów? Na przykład napuszczając jedne grupy społeczne na drugie, branżę na branżę? Nie lubimy nauczycieli, bo mają kartę. Zazdrościmy górnikom emerytur, a rolnikom KRUS-u.

Akurat zasada dziel i rządź na Polaków nie działa. Wprawdzie ciągle słyszymy mantrę, że rząd coś musi zrobić z tymi rolnikami czy górnikami, ale Kowalski ma to w nosie. Jego bardziej interesuje to, co się dzieje u sąsiada za płotem niż policyjna emerytura. No, chyba że sąsiad jest gliniarzem, wtedy co innego. Wprawdzie inne wrażenie można odnieść, czytając internetowe fora, ale tam zawsze udzielają się najbardziej sfrustrowane jednostki, badania zaś wykazują co innego. Ważne jest, że bardzo krytycznie, fatalnie i źle oceniamy stan państwa i jego gospodarki. Co, paradoksalnie, nie przeszkadza nam pozytywnie oceniać swojej domowej zagrody.

Uważamy, że jest nam dobrze?

Właśnie. I to w ekonomicznym wymiarze. Jeżeli w 1992 r. zaledwie 20 proc. gospodarstw domowych deklarowało, że są w stanie ze stałych dochodów zaspokoić swoje życiowe potrzeby, dzisiaj jest ich 75 proc. Ale państwa nie lubimy, oceniamy je nad wyraz krytycznie, nie traktujemy jako suwerennego bytu. Nie ufamy elitom, instytucjom. Polacy najgorzej w Europie oceniają swoich polityków. Proszę sobie wyobrazić, że większe zaufanie deklarują do Parlamentu Europejskiego niż Sejmu, całkiem inaczej niż tacy Niemcy czy Holendrzy. Mało tego, bardziej niż państwu polskiemu wierzymy Unii Europejskiej. To było dla mnie samego zaskoczenie, że jesteśmy w czołówce euroentuzjastów z poparciem dla Wspólnoty na poziomie ok. 80 proc.

Z czego się to bierze?

Z wmontowanego historycznie myślenia, że Polacy nie mogą być dobrym zbiorowym gospodarzem. W swojej zagrodzie jak najbardziej. Może jeszcze na poziomie gminy. Ale już nie wyżej. Co widać choćby po ostatniej modzie na referenda mające na celu odwołanie prezydentów miast, z Hanną Gronkiewicz-Waltz na czele. Nie wierzymy, że ktoś sprawujący władzę może postępować dobrze.

A może prezydent Warszawy i reszta towarzystwa na taką nieufność zasłużyli. Są włodarze miejscy, że wspomnę panów Dutkiewicza z Wrocławia czy Smogorzewskiego z mojego Legionowa, którzy cieszą się zaufaniem i są wybierani na kolejne kadencje.

No i Szczurek z Gdyni, on jest chyba najbardziej lubiany. Ale te osoby są po prostu świetne, żeby nie powiedzieć genialne, jeśli udało im się zburzyć obowiązujący w Polsce stereotyp, że wszyscy u władzy to nieudacznicy, łajdaki i złodzieje.

Cóż, tutaj kłania się selekcja negatywna obowiązująca w polityce, o której sam pan mówił.

I nie odwołuję swojego zdania. Wystarczy spojrzeć na garnitur polityków młodego pokolenia. Oni nie mają nic sensownego do powiedzenia, żadnych nowych idei do zaproponowania. Chcą tylko władzy.

Więc ta nieufność, którą pan od lat wytyka Polakom, ma swoje realne podstawy. W poprzedniej diagnozie zaledwie 13 proc. ankietowanych było skłonnych przypisać dobre intencje innym. A jak jest teraz?

Nic się nie zmieniło, a raczej ta nieufność społeczna jeszcze się nieco pogłębiła. To błędne koło nieufności samo się nie rozerwie, jeśli mu nie pomożemy. Doszliśmy do społecznej paranoi: ja nie ufam Polakowi, który ma mi wyświadczyć jakąś usługę, bo jestem przekonany, że mnie oszuka. Że warsztat samochodowy źle mi auto naprawi, a jeszcze podkradnie części, że ubezpieczyciel, u którego wykupię polisę, będzie chciał mnie oszwabić przy wypłacaniu odszkodowania, że producent, który robi ubrania, wyprodukuje je z najtańszych materiałów, bo będzie chciał jak najwięcej na mnie zarobić. Więc nie muszę się śpieszyć z zapłatą, sam się odegram, wykonując usługę, na innych, bo źle odczytuję intencje współrodaków. I tak to działa, utwierdzając nas w przekonaniu, że nasza nieufność ma racjonalne podstawy, że musimy się bronić, bo nikt nie chce być naiwniakiem i frajerem.

Ma pan pomysł, jak to zmienić?

Tak. Powtarzam to od lat: trzeba zrewolucjonizować formułę polskiej szkoły. Bo to w niej uczymy dzieci nieufności i zazdrości. Sadzamy dzieci w tak ustawionych ławkach, że mogą co najwyżej komunikować się z sąsiadem, a reszcie uczniów spojrzeć w plecy. Promujemy postawy skrajnie indywidualistyczne, zamiast stawiać na współpracę. Zamiast uczyć pracy w grupie i tego, że co dwie, trzy albo więcej głów, to nie jedna. Że razem da się coś zrobić szybciej i lepiej. Puszczamy w świat właśnie takich członków społeczeństwa, którzy nie potrafią się dogadywać z innymi, zamiast wspólnie zrobić z nimi jakieś zadanie, to co najwyżej odpiszą, bo zazdroszczą bardziej zdolnym stopni.

Rozmawiałam niedawno z prof. Jackiem Kurzępą, który kończy badania nad losami absolwentów szkół wyższych z Dolnego Śląska. I jemu wyszło, że zmienia się nastawienie młodych: cenią sobie współpracę z rówieśnikami, pielęgnują znajomości w tym dobrym kontekście, bo we współdziałaniu widzą swoją lepszą przyszłość.

To piękny wyjątek, bo średnia ogólnopolska jest diametralnie różna. Reguła jest taka, że absolwenci szkół, w których nawet doświadczenia na lekcjach chemii prowadzone są indywidualnie – każdy uczeń przy własnym palniku, jakby nie można było przy nim postawić kilku, żeby współdziałali, kombinowali – wychodząc do świata dorosłych, nie umie dogadywać się z innymi. Takie wychowanie zabija także innowacyjność wynikającą z burzy mózgów, na co zresztą skarżą się pracodawcy – nie tyle na merytoryczne przygotowanie do zawodu, ale właśnie na naszą wsobność, niechęć do współpracy z innymi. Pomijając genialne jednostki, bo one się oczywiście zdarzają, jesteśmy traktowani przez np. duże korporacje raczej jako roboty, które mogą przy swoim stanowisku wkręcać jakieś śrubki, niż wartościowi pracownicy, których można włączyć do kreatywnego zespołu. To się przekłada także na politykę, a dalej na jakość życia społecznego: każdy polityk jest depozytariuszem objawionej prawdy, z góry odrzuca to, co inni mają do powiedzenia, nie ma więc szans ani na dialog, ani na uzgodnienie ścieżki, którą razem można byłoby pójść, na jakikolwiek kompromis. Jeśli ktoś ma inne zdanie, jest głupcem, zdrajcą, złodziejem. Na poziomie bardziej przyziemnym działa to w identyczny sposób: osoba, z którą się nie zgadzamy, a tak się złożyło, że ma wyższą pensję, musiała w celu jej uzyskania postąpić niegodnie. Bo przecież my jesteśmy mądrzejsi, mieliśmy lepszy scenariusz, a jednak się nie udało. Stąd gniew, wściekłość, nienawiść. I takie jest nasze życie, taki też jest język, jakim porozumiewamy się na forum prywatnym i publicznym.

Jeśli chodzi o stosunek do polityki i polityków, to ja się nie dziwię. Wystarczy wziąć samą transformację, która, nie musimy się czarować, nie obeszła się sprawiedliwie ze wszystkimi. Garstka zyskała, wielu straciło, choć to właśnie oni nadstawiali karku.

Transformacja nie była sprawiedliwa, bo przy rewolucjach zawsze są ofiary i tego nie da się uniknąć, nikt nie wymyślił na to cudownego sposobu. Ale jednak bardziej sprawiedliwa niż na Ukrainie, niż w Bułgarii czy w Kazachstanie. Zaraz zapyta mnie pani: „I co z tego?”. Co to kogo obchodzi, że tam było więcej korupcji, że szwindli, że potworzyły się silniejsze oligarchie niż u nas.

Właśnie.

Ano to z tego, że mimo wszystko u nas odbyło się to w bardziej cywilizowany sposób, więc mamy bilans dodatni.

Klemens, biskup Rzymu w latach 88–97, w jednym ze swoich listów gani skłóconych Koryntian, którym z dobrobytu poprzewracało się w głowach i „wierzgają”. Proponuje pan, żeby Polacy godzili się z tym, co mają, co im zgotowano. Morda w kubeł i wykonuj rozkazy.

Broń Boże, jak najdalszy jestem od tego. Niech się buntują, niech zmieniają rzeczywistość, naprawiają ją tam, gdzie jest popsuta. Chodzi mi tylko o to, żeby robili to z głową. Współpracując z sobą, zamiast zazdrościć, nienawidzić się i nie ufać. Wszyscy mamy jakiś ideał przed oczyma. Chodzi o to, w jaki sposób go osiągnąć. Bo jeśli ma się przed oczyma tylko horyzont, nigdy się go nie osiągnie. Ale jeżeli wbijemy sobie na naszym polu kołek, w jakiejś nie za bardzo odległej perspektywie, to do niego dojdziemy. Potem można wbić następny i następny. I mieć satysfakcję z osiągniętego celu. My jesteśmy wpatrzeni w kosmos, dlatego marnujemy czas na wyścig, którego nie jesteśmy w stanie wygrać. Powiem bardziej konkretnie. Zaczęliśmy budowę infrastruktury drogowej od czegoś, na czym powinniśmy skończyć – od autostrad. Drogi ekspresowe są pięć razy tańsze, za to tak samo szybkie, tak samo pojemne i bezpieczne. Ale nie, my chcieliśmy mieć autostrady, bo Niemcy czy Włosi je mają. Więc ambicja czy zazdrość, silenie się na coś, co jest na tym etapie niepotrzebne i na co nas nie stać, tak jak z tymi garnkami. Jak się skończyła historia z autostradami, wiemy, nie potrafimy ich połączyć, skończyć, a ile ofiar padło po drodze? Ile jeszcze padnie?

Tacy jesteśmy: z szablami na czołgi. Romantycy. Pan profesor jest pozytywistą.

Bo szacuję koszty. Kiedy rozmawiam z pracownikami korporacji, nie młodziakami zachwycającymi się ładnym biurowcem i ekspresem do kawy w kuchni, ale ludźmi, którzy przepracowali już parę lat i oddali swoim firmom siły i zdrowie, czuję ich wściekłość. I zawód, że zmarnowali życie. Tak uwierzyli w to, że jeżeli będą mieć, poświęcą się, wezmą jeszcze jeden kredyt, który pozwoli im wybudować dom ładniejszy od domu sąsiada, kupić samochód, który teraz jest jedynie paliwożernym smokiem, będą szczęśliwi. A nie są. Nie potrafią gonić, bo wyczerpały się ich siły. I nie są w stanie zmienić niczego w swoim życiu, choć bardzo by chcieli. Bo mają kredyty, bo nie potrafią funkcjonować samodzielnie, bo powiedzenie sobie: mogę żyć za 50 zł dziennie, na co zarobię, choćby sprzątając mieszkania, przekracza ich wyobrażenia. I skończą żywot jako frustraci, bo nie osiągnęli swojego celu. Dalej zazdroszcząc, wpatrując się w horyzont.

Dobrze, że pan nikomu niczego nie zazdrości. Choć w to nie bardzo wierzę.

Może jestem nienormalny, ale zazdrość nigdy nie była paliwem, którym się napędzałem. Ku zdziwieniu zresztą co niektórych moich kolegów, którzy nie byli w stanie pojąć, dlaczego nie zależy mi na belwederskiej profesurze. A nie zależy mi, bo źródłem mojej aktywności zawsze była ciekawość. I ja nauczyłem się wbijać te kołki na moim polu: muszę zdobyć pieniądze na duże badania, muszę je zrobić, a jak tego dokonam, mogę odsapnąć i cieszyć się z dobrze wykonanego zadania. Mam czas na skonsumowanie satysfakcji, którego w normalnym wyścigu szczurów nie ma. A potem znów wbijam ten kołeczek i staram się do niego dojść.

Nie wmówi mi pan jednak, że w środowisku akademickim zjawisko zazdrości nie istnieje.

Oj, siedzi tu bardzo dobrze, ale ma inne oblicze. I nie kłuje tak w oczy innych. Bo profesor uniwersytecki jeździ samochodem takiej samej klasy, jak dobry murarz czy hydraulik. Ale zazdrość i rywalizacja istnieją, choć przekładają się na rzeczy bardziej niewymierne, jak liczba publikacji, krągłość teorii czy granty, dzięki którym można to wszystko uzyskać.

Więc zazdrość jest jednak dobra i przekłada się na postęp. Wiedziałam.

Gdybyśmy nie mieli celu, nie byłoby powodu, dla którego warto wstać rano z łóżka.

Uważamy, że każdemu należy się tyle samo. Jednak nie zmierzamy do tego stanu, zakasując rękawy, by doszlusować do lepszych, ale czynimy wysiłki, by tamtych ściągnąć do kociołka, w którym sami tkwimy

*Janusz Czapiński, psycholog społeczny, prof. Uniwersytetu Warszawskiego, kierownik badań Diagnoza Społeczna