Rynki znaczą dzisiaj o wiele więcej niż premierzy i to świat finansjery może wpływać na zmianę władzy w danym kraju, ale odwrotnie już byłoby trudno. Żaden premier, nawet dużego kraju w Europie, nie jest władny zdymisjonować prezesa wielkiego globalnego banku, jest na to zbyt słaby. Ale nerwowa reakcja rynków na posunięcia europejskiego rządu (jak było w Grecji) może skutkować obaleniem ekipy rządzącej. Zwłaszcza jeśli ten kraj jest mocno zadłużony, ale jaki dzisiaj nie jest? Sprawdza się stare powiedzenie, że ten ma władzę, kto ma pieniądze.

Władzę polityczną, lokalną, jaką mają rządy narodowe, podmyła globalna władza świata finansów. Możemy sięspierać, czy to źle, czy dobrze, nie da się dyskutować z faktami. Politykom taką zmianę układu sił niełatwo zaakceptować, a większości ich wyborców – trudno nawet zrozumieć. Rozumujemy po staremu – skoro jest źle, niech rząd to poprawi. Wyborcom ciężko też zrozumieć, że władza coraz mniej może. Rzeczą ludzką jest także, że tych zmian wolelibyśmy nie zaczynać od siebie. Nawet wtedy, gdy sporo od nas samych zależy.

Duże bezrobocie nie skłania wyborców do rozważań, na ile osoby daremnie szukające pracy przystają do oczekiwań rynku i pracodawców. Chociaż wiadomo, że z armii 2 mln bezrobotnych co najmniej połowa już aktualnych oczekiwań nie spełnia. Nie tylko nie ma wystarczających kompetencji, ale nawet gotowości do porannego wstania i udania się do firmy. Z tego stanu wyuczonej bezradności wyrwać tych ludzi będzie bardzo trudno. A mimo to wysoki wskaźnik bezrobocia zawsze będzie obciążał konto rządu. Każdego rządu. Wyborcy będą oczekiwać od polityków, że stworzą nowe miejsca pracy, a politycy, zwłaszcza aspirujący do przejęcia władzy, będą im te gruszki na wierzbie obiecywać.

Kiedy Janusz Palikot obiecywał, że zacznie budować fabryki, traktowaliśmy to jak kolejny niepoważny wybryk. Ale teraz budowę fabryk obiecują już liderzy Prawa i Sprawiedliwości, których trzeba traktować poważnie. Sondaże pokazują, że za dwa lata mogą rządzić. Zadłużony budżet z pewnością budowania nowych fabryk nie udźwignie. Na razie PiS ustami Adama Lipińskiego zapowiada, że przyszły rząd jego partii skłoni do niezbędnych inwestycji kontrolowane przez państwo spółki Skarbu Państwa, sięgnie także po pieniądze z OFE.

Nie chcę się rozwodzić nad programem PiS, którego jeszcze nie ma. Jak się jednak dobrze zastanowić, to podobny program, tyle że w miękkiej wersji, już realizuje rząd Platformy i PSL. I nawet nikt, łącznie z tajemniczymi rynkami, go za to nie krytykuje. Chodzi o rozbudowę elektrowni Opole, której początkowo prezes PGE był przeciwny, ale potem zmiękł. Premier bowiem miał w tej sprawie inne zdanie. Rządowi bardzo na niej zależy. I słusznie. Ma na to kilka bardzo ważnych argumentów.

Po pierwsze – Polska ma stare i niewydolne moce energetyczne. Jeśli ich nie zmodernizujemy i nie powiększymy, grozi nam zgaszenie światła. Dzisiaj sobie tego nie wyobrażamy, ale za kilka, kilkanaście lat to niebezpieczeństwo nabierze realnych kształtów. Rząd, który by o tym nie myślał, nie byłby wart władzy. Żeby jednak światło nie zgasło jutro, zacząć trzeba rozbudowę już teraz. Jest i drugi argument. Kontrakty na rozbudowę bloków energetycznych w Opolu są ratunkiem dla największych polskich firm budowlanych, które przewróciły się na wcześniejszych interesach z państwem – budowie autostrad i stadionów. Kolejne zamówienia publiczne, tym razem na bloki w elektrowni Opole, są najbardziej racjonalną i rynkową formą pomocy. Naprawieniem przez państwo tego, co samo zepsuło.

Więc dlaczego prezes PGE budować nie chciał? Bo też miał swoje racje i istotne argumenty. Polityka energetyczna państwa nie należy do kompetencji prezesa spółki, nawet tak wielkiej jak PGE. To domena rządu. Prezes spółki nie musi się martwić o to, że za kilka lat nie będzie prądu. Ale musi kierować spółką zgodnie z kodeksem handlowym. Z punktu widzenia prawa największym przewinieniem zarządu jest działanie na szkodę spółki. Z wcześniej robionych analiz wynikało, że inwestycja w rozbudowę elektrowni Opole jest dla PGE nieopłacalna. Mogłaby być uznana za działanie na szkodę spółki.

Zderzyły się dwie racje. Obie bardzo znaczące. W sprawie Opola wymyślono konsorcjum z Kompanią Węglową. Gdyby, mając w perspektywie długoletni kontrakt na odbiór węgla, PGE obniżyła ceny węgla, opłacalność inwestycji dałoby się wytłumaczyć. Nieco to naciągane, ale kompromisowe. Grunt, że budowa ruszy.

Przykład PGE daje wyobrażenie dylematów, które będą musiały rozstrzygać rządy. Ten i każdy inny. Racje społeczne, polityczne nie zawsze będą szły w parze z rynkowymi. Gwałt na kodeksie handlowym dla potencjalnych prezesów wielkich spółek oznacza duży konflikt z prawem, nawet koniec kariery w biznesie. I słusznie, reguły rynku trzeba szanować, bo rynek się zemści. Ale zignorowanie istotnych potrzeb społecznych może oznaczać koniec rządu. Zemszczą się wyborcy. Trzeci wariant może być najgorszy – może nim być zmuszanie wielkich spółek do działań wyłącznie populistycznych, służących utrzymaniu popularności partii rządzących, a nie żadnym racjom społecznych ani ekonomicznym. Takich fabryk boję się najbardziej.

Rynki znaczą dziś o wiele więcej niż premierzy. Ale poprawy sytuacji ludzie domagają się od rządu