Stanisławski w swoim tekście skupia się na wyliczeniu różnic pomiędzy Kosowem a Krymem. Zasadniczą jest – jego zdaniem – fakt, że na Krymie nie dochodziło do rzezi na ludności cywilnej (rosyjskiej), co uzasadniałoby konieczność rosyjskiej interwencji.

Nie do końca się zgadzam. W przypadku Kosowa, w którym byłam wielokrotnie na przestrzeni kilkunastu lat, trwała oczywiście akcja pacyfikacyjna prowadzona przez siły serbskie: zarówno policję, jak i jednostki paramilitarne na ludności albańskiej. Ale to nie był ten propagowany przez część mediów czarno-biały obrazek, pokazujący złych Serbów i dobrych Albańczyków. Najsłynniejsza akcja, czyli odkrycie masowych grobów w miejscowości Racak okazała się mistyfikacją. To nie były, jak początkowo to przedstawiano (a był to jeden z bezpośrednich powodów wymuszających decyzję o nalotach NATO w 1999 roku na Jugosławię), ciała bezbronnych, niewinnych cywilów. Były to zwłoki zabitych wcześniej w starciach z Serbami członków Wyzwoleńczej Armii Kosowa, przebrane w ubrania cywilne. 

Źle się stało, że większość krajów unijnych i USA uznały Kosowo. Bo to także sygnał, że integralność terytorialna nie jest już jedną z ważniejszych wartości. Polska była wtedy jednym z nadgorliwców unijnych, minister Sikorski uczynił nawet falstart. Błyskawiczne uznanie Kosowa przez Warszawę powstrzymywał jedynie prezydent Lech Kaczyński, który widział dalekosiężne skutki tej decyzji. Alarmowałam już wtedy, że Kosowo posłuży Rosji jako precedens w przypadku „niesfornych” byłych republik radzieckich: z Gruzją i Ukrainą na czele.

Uczciwie mówiąc, Rosja grała Kosowem od początku bardzo cynicznie i przemyślanie. Pomimo, że oficjalnie deklarowała solidarność z Serbią i wyrażała oburzenie, tak naprawdę już wtedy pewnie obmyślała, jak wykorzystać taką piękną katastrofę. I zrobiła to już w zaledwie pół roku później. Gdy inspirowane przez Kreml Osetia i Abchazja ogłosiły swą niepodległość, Rosja natychmiast powołała się na casus Kosowa i prawo samozwańczych regionów do niepodległości. Podobnie czyni to teraz w przypadku Krymu.

Wojciech Stanisławski uważa, że nie można porównać tych dwóch regionów, bo secesja Krymu nie była poprzedzona czystkami etnicznymi. Abstrahując już od argumentów, które przytoczyłam na początku tekstu, brutalnie powiem : nie szkodzi. Z rosyjskiego punktu widzenia i, niestety nie można mu odmówić zasadności, istotne jest to, że już raz wspólnota euroatlantycka zgodziła się naruszyć zasadę poszanowania integralności terytorialnej państwa. A powody? Czy tak trudno jest, w razie czarnego scenariusza, sfabrykować dowody? Amerykanie udowodnili w przypadku inwazji na Irak, że w razie potrzeby można nawet reaktory jądrowe znaleźć w państwie, które chcemy zaatakować. Podsumowując, obecna sytuacja na Krymie i Ukrainie jest w dużej mierze konsekwencją błędnej polityki Zachodu na Bałkanach.

W 1999 i 2008 roku Serbia i Kosowo niespecjalnie obchodziły polskich polityków. Raz, że to nie nasz obszar zainteresowania, dwa że Serbia jest tradycyjnie postrzegana jako sprzymierzeniec Rosji. Na niechętny do Serbii stosunek złożyły się zatem nieprzychylne w stosunku do Rosji emocje oraz chęć zaskarbienia wdzięczności Stanów Zjednoczonych. Oba czynniki były infantylne, bo pierwszy to niczym dziecinne „na złość mamie odmrożę sobie uszy” (a czemuż to każdy krok Rosji ma być a priori i wręcz dogmatycznie zły?), a drugi to naiwny idealizm. Zabrakło realizmu i dalekowzroczności. Szkoda, bo teraz wszystkie potknięcia może nam wytknąć Rosja.