Dwóch koszmarnych historii nic nie łączy. Poza jednym: w obu policja analizowała billingi dość opieszale. Do – niewykluczone – kluczowych tropów w nich ukrytych dochodziła po miesiącach albo i latach. Dlaczego? Bo materiału było za dużo, a siły analityczne nie te. Albo też dlatego, że organom ścigania na wynikach takiej analizy nie zawsze zależało.

A jeśli tak, to oznacza to, że prawo służb do wiedzy o tym, kto, skąd, do kogo dzwonił i ile czasu rozmawiali, nie służy temu, co powinno. Jeśli bowiem oddajemy część wolności i prywatności mundurowym, to po to, by czuć się bezpieczniej. I mieć pewność, że w chwilach krytycznych – gdy na szali jest życie – służby błyskawicznie wydobędą niezbędne dane i będą potrafiły z nich skorzystać.

W 2014 roku sama tylko policja pytała o dane abonentów, o wykazy połączeń i lokalizacje, z jakich były wykonywane, 1,7 mln razy. W jakich sprawach? Kogo dotyczących? Kto wyrażał na tę inwigilację zgodę? Tego się nie dowiemy. Nadmierną dowolność w sięganiu po billingi piętnują Najwyższa Izba Kontroli, generalny inspektor ochrony danych osobowych, prokurator generalny. Przepisy regulujące te uprawnienia służb równo rok temu wyrzucił do kosza Trybunał Konstytucyjny. I co? I senatorowie proponują, że dżumę wyleczą cholerą: nadzór nad poczynaniami organów ścigania nadal ma być iluzoryczny, a sięganie po billingi – w zasadzie swobodne. Dość wskazać, że będzie się można posługiwać nimi np. w postępowaniach o nielegalny wyrąb.

Tego dziurawego, pisanego na kolanie projektu łatwo dziś bronić. Bo czasy mamy niebezpieczne, wojnę tuż za ścianą, a tylko nieco dalej szaleństwo Państwa Islamskiego. Każdy wiele odda za poczucie bezpieczeństwa i pewność, że policja z ABW czuwają. Ustawa jednak nie odpowiada na pytanie, nad czym czuwać powinny szczególnie: nad bezpieczeństwem terrorystycznym? Nad drewnem w lesie? Czy nad tym, co akurat przyjdzie im do głowy?