Reforma wymagała potężnego wysiłku: stworzenia zupełnie nowych placówek, szkolenia nauczycieli, programów. Towarzyszył jej bardzo duży pośpiech – jeszcze w marcu 1999 r. nie było wiadomo, gdzie będą wszystkie gimnazja.

W tym samym czasie wprowadzane były trzy inne wielkie reformy. Przy jednoczesnych gigantycznych zmianach w systemie emerytalnym, samorządach i służbie zdrowia mało kto skupiał się na oświacie. Wydawało się, że jest jednym z najmniejszych problemów. Protestujący pod Sejmem nauczyciele byli marginesem.

Reforma okazała się nie działać tak, jak chcieliby tego jej twórcy. Zamiast przedwojennej elity mamy przeciętne powszechniaki. Zamiast równania szans selekcję dzieci taką, jak kiedyś do liceów. Wszystko bez ustaw i dyskusji politycznych. Pospiesznie wprowadzany system wymaga korekt.

Od tamtego czasu nie udało się tak gładko wprowadzić już żadnej większej zmiany w oświacie. Przeniesienie sześciolatków do szkół spotkało się z takim oporem, że reformę trzeba było dwa razy odkładać. Racjonalnie byłoby myśleć, że podobne mechanizmy zadziałają w kontekście likwidacji gimnazjum. Warto jednak brać lekcje z historii. Bo jeśli PiS – według zapowiedzi – zacznie zmiany w wieku emerytalnym, służbie zdrowia i administracji, szkoły znów mogą się okazać najmniej ważną redutą.

A reforma znów może się stać karykaturą samej siebie.