Angela Merkel z wykształcenia jest fizykiem, ale intuicyjnie panuje nad sofistyką. Jest mistrzynią konwencji. Takiego definiowania pojęć, aby w danej chwili były zgodne z interesem Niemiec (na potrzeby chwili określanego np. jako interes Europy). Jej mowy są „podwójne” jak w dziele anonimowego sofisty z V w p.n.e., który wzorował się na Protagorasie.

„Europa musi zademonstrować solidarność, każde inne działanie będzie porażką”, deklaruje w połowie października, by wymusić na Europie system obowiązkowych kwot migranckich. Dorzuca do tego alternatywę: albo solidarność, albo koniec Schengen. Wtóruje jej szef parlamentu Europejskiego Martin Schulz, który dodaje, że „solidarność jest dzieleniem się odpowiedzialnością”.

Mniej więcej w tym samym czasie solidarności domaga się Polska. W kwestii Nord Stream II. Gazociąg jest w interesie Niemiec. Inwestycja gwarantuje niemieckiej gospodarce bezpieczeństwo i dochód z dzielenia energii. Dla Polski oznacza marginalizację i przekreślenie marzeń o budowaniu unii energetycznej.

W tym wypadku sofistyczna konwencja nakazuje pojęcie solidarności zrelatywizować. Tak by nie była ona „dzieleniem się odpowiedzialnością”, tylko, jak to miała określić Merkel na zamkniętym spotkaniu z posłami do PE z Europejskiej Partii Ludowej, „przedsięwzięciem czysto komercyjnym”.

Merkel jest również solidarna inaczej z państwami Europy Środkowej w kwestii polityki klimatycznej. Konsekwentnie od 1995 r. (wówczas jako minister środowiska RFN) lansuje ambitne plany redukcji emisji na poziomie 40 proc. do 2030 r., bez oglądania się na straty dla gospodarek państw, które dopiero co zrzuciły jarzmo komunizmu. W takim definiowaniu solidarności kluczowy jest fakt, że to właśnie RFN ma największy udział w światowym handlu zielonymi technologiami, a transformacja energetyczna (Energiewende) jest próbą szukania nowej filozofii dla niemieckiego eksportu.

Podobnie jest w kwestii bezpieczeństwa. Polska i Niemcy są razem w NATO. Analizując jednak stanowisko RFN, trudno nie zadać pytania o to, z czego wynika wyrozumiałość Berlina dla Rosji, a brak zrozumienia dla polskich postulatów budowy baz Sojuszu w Europie Środkowej? Z czego wynika solidarność z obawami Rosji (o zbliżenie Ukrainy do Zachodu), a brak solidarności z obawami Polski o bezpieczeństwo granic?

W tym wypadku również wszystko zależy od konwencji. Bazy NATO w Europie Środkowej to według Berlina złamanie aktu stanowiącego z 1997 r., który reguluje stosunki Sojuszu z Rosją. Niezależnie od tego, że Rosja, anektując Krym, w zasadzie wypowiedziała wspólnocie transatlantyckiej tę umowę – Berlin próbuje lansować tezę o konieczności stosowania się do zasad pozytywizmu prawnego. W tym wypadku przyjęta konwencja każe nie dostrzegać wojen, które od 1997 r. prowadziła Rosja – w Czeczenii, Gruzji, na Ukrainie i Syrii – oraz prowokacji w natowskiej przestrzeni powietrznej czy agresywnej polityki w Arktyce. Niemcy idą o krok dalej. W praktyce kończą z izolacją Rosji. Oczywiście dla dobra całej wspólnoty transatlantyckiej. Aby było bezpieczniej.

Gdy na pierwszej stronie Dziennika Gazety Prawnej pisaliśmy niedawno o tym, że zamachy w Paryżu i zagrożenie terrorystyczne w Niemczech pogrzebią bazy w Polsce i innych krajach Europy Środkowej, nie przypuszczaliśmy, że te obawy tak szybko się zmaterializują. Dziś, obserwując, jak Berlin docenia rolę Rosji w wojnie w Syrii (mimo że jej wojska zajmują się głównie walką z organizacjami finansowanymi przez CIA i naruszaniem przestrzeni powietrznej Turcji), wyraźnie widać, jak będzie definiowana solidarność w kwestii bezpieczeństwa. To definicja podwójna: korzystna – dla państw najbardziej zagrożonych terroryzmem (m.in. Niemiec i Francji) – i niekorzystna – dla państw, które nie mają licznych mniejszości muzułmańskich, a ich główną obawą jest Rosja (m.in. Polski i państw bałtyckich).

Warto o tym pamiętać, gdy po raz kolejny usłyszymy z ust kanclerz Merkel deklaracje, w których pojawia się słowo klucz: „solidarność”.