Wizja systemu kanclerskiego, który dobrze się sprawdza w Niemczech i nieźle w Austrii, ze względu na o wiele wyższą kulturę polityczną, jest snem, który aktualnie rządząca partia śni po cichu co najmniej od 2007 r., kiedy wskutek wykończenia politycznych koalicjantów nie była w stanie utrzymać mniejszościowego gabinetu. Przegrała wybory, Polską zaczęła niepodzielnie rządzić PO. Teraz, gdy wszystkie karty ponownie trafiły w ręce Jarosława Kaczyńskiego, wizja silnej władzy wykonawczej wraca jak bumerang. Dzisiaj trudno by ją zrealizować, chyba że przekupi się kilkudziesięciu posłów i wywalczy arytmetykę pozwalającą na zmianę konstytucji. Ale po kolejnych wyborach, które PiS planuje wygrać konstytucyjną większością dwóch trzecich, zrealizować ją ma być łatwo.

Czego można się spodziewać po systemie kanclerskim? W warunkach demokracji dojrzałej, odpowiedzialnej i szanującej oponentów, której dzisiaj w Polsce nie mamy (żeby była jasność – nie mieliśmy jej również za PO), tylko dobrych rzeczy. Na przykład nie można poddawać pod głosowania postulatów odwołania poszczególnych ministrów. Wynika to z faktu niepodlegania konstytucyjnych ministrów Sejmowi, lecz jedynie premierowi/kanclerzowi, który w imieniu całego gabinetu odpowiada przed Sejmem. Oznacza to, że opozycja nie może próbować paraliżować prac poszczególnych resortów stawianiem wniosków o wotum nieufności i mobilizując większość parlamentarną do obrony ministra w głosowaniu plenarnym. Może próbować odwołać cały rząd na czele z premierem/kanclerzem, ale musi zbudować większość, która odwołując stary gabinet, automatycznie powoła nowy, co również jest w praktyce niewykonalne.

W krajach, gdzie konflikty polityczne nie są kwestią życia i śmierci, jak w Polsce, jest to model cementujący układ rządowy na czas od wyborów do wyborów, zdejmujący z rządu natychmiastową odpowiedzialność, np. za jednostkowe fatalne decyzje, egzekwowalną teoretycznie w okresie między wyborami. Gwarantuje spokój polityczny potrzebny do sprawnego rządzenia, w tym do wprowadzania kontrowersyjnych reform. I zagwarantuje go w Polsce. U nas jednak zrodzi też wielką polityczną patologię: da jeszcze bardziej scentralizowane prawo nominacji lub dymisji każdego członka gabinetu liderowi PiS i większości parlamentarnej. To on niepodzielnie i nieodwołalnie będzie kształtował politykę rządu z tylnego siedzenia, nie oglądając się na opozycję i jeszcze dobitniej lekceważąc jej rolę, a prezydent będzie jedynie ornamentem.

Pozycja prezydenta bowiem – i tak marginalizowanego obecnie w Polsce przez Jarosława Kaczyńskiego – jest w tym systemie dodatkowo ograniczona. Wybierany jest on zresztą nie przez obywateli w głosowaniu powszechnym, lecz przez Zgromadzenia narodowe (jedynym nominowanym w ten sposób prezydentem najpierw PRL, a potem RP był Wojciech Jaruzelski). Prezydent wita w tym modelu nieistotne zagraniczne delegacje, reprezentuje kraj na nieważnych międzynarodowych forach i bierze udział w imprezach bez znaczenia. Robi to, co nie na własne, ale prezesowe życzenie robi obecny prezydent, ale w ramach zmian konstytucyjnych będzie musiał robić to także każdy kolejny prezydent Polski.

System kanclerski to realizacja jednego z fundamentalnych zamierzeń Jarosława Kaczyńskiego, który w sile i bezkompromisowości władzy wykonawczej widzi sposób na walkę z każdym złem trawiącym od lat polską państwowość. Na razie PiS wykorzystuje te instrumenty, na których w ramach zastanego porządku prawnego może grać. Choć trochę przeciąga struny, otwierając konflikty ze środowiskami prawniczymi. Oczywiście po to, by „dobrej zmiany” nie zatrzymały intelektualne, w tym prawnicze, łże-elity i by rządzenie smakowało tak, jak powinno, i było skuteczne. Ale to wciąż półśrodki. Do pełni władzy potrzebuje własnego modelu, podporządkowanego gustom i potrzebom, a także przyszłościowym imaginacjom prezesa. Naczelnika, Nadpremiera i Kanclerza.

Dlatego przed Polską nie system zakładający wybór prezydenta – głowy rządu – w wyborach powszechnych, lecz kanclerski, który pozwoli Kaczyńskiemu, niewybieralnemu na ważne stanowiska w wyborach powszechnych ze względu na potężny elektorat negatywny, jeszcze długo zarządzać Polską według jego potrzeb. I na jego warunkach, o co chodziło mu zawsze.