Symulacja została przeprowadzona dla czterech osób, którym składka po osiągnięciu 60. roku życia pozwala na uzyskanie kolejno emerytury w wysokości minimalnej, świadczenia na poziomie 1500 zł, przeciętnej emerytury w wysokości 2231 zł oraz takiej na relatywnie wysokim poziomie 3000 zł.

Wyniki symulacji pokazują, jak rosłyby ich składka i świadczenie w zależności od momentu przejścia na emeryturę. W tym wyliczeniu nieważna jest płeć. Ważne, ile odłożyli na koncie w ZUS i kiedy przejdą na emeryturę, co jest związane z tak zwanym dalszym trwaniem życia, które oblicza GUS. Wyliczanie emerytury polega bowiem na podzieleniu uzbieranej i  waloryzowanej składki przez dalsze trwanie życia w miesiącach. Osoba, która w momencie ukończenia 60 lat uzbiera nieco ponad 228 tys. zł, po podzieleniu tej składki przez 259 miesięcy – bo taką szansę na dalsze życie daje jej GUS – otrzyma 880 zł miesięcznie, czyli emeryturę minimalną.

Wyniki jednoznacznie pokazują, jak mocno premiowane jest późniejsze przechodzenie na emeryturę. Ktoś, kto w 60. roku życia otrzymałby emeryturę w wysokości 880 zł, już po roku miałby ją wyższą o 72 zł miesięcznie, czyli w ciągu roku zyskiwałby blisko 1000 zł. Gdyby przeszedł na emeryturę po pięciu latach, jego świadczenie miesięcznie byłoby wyższe o 470 zł, czyli rocznie o  ponad 5 tys. zł. To kwoty zauważalne nie tylko w budżecie emeryta.

Tę zależność najlepiej pokazują dane ilustrujące, jak rośnie świadczenie w zależności od wieku przejścia na emeryturę. Już odłożenie decyzji o rok oznacza 8-proc. podwyżkę. Przy pracy dłuższej o pięć lat emerytura byłaby wyższa niemal o połowę, a przy siedmiu latach – aż o 77 proc. Zaproponowane w projekcie prezydenckim obniżenie wieku emerytalnego – do 60 lat dla kobiet i  65 lat dla mężczyzn – dla tych, którzy skorzystają z tej oferty, będzie oznaczało zgodę na świadczenie niższe o 8 proc. (od jesieni tego roku wiek emerytalny będzie wynosił 61 lat dla kobiet i 66 lat dla mężczyzn).

A warto zauważyć, że nasza symulacja jest oparta na założeniu, iż na koncie w ZUS pracuje tylko składka uzbierana do 60. roku życia. Same mechanizmy waloryzacji rocznej, a przed przejściem na emeryturę także kwartalnej, powodują, że np. zapis na koncie w ZUS w  wysokości ponad 500 tys. zł osoby, która w wieku 60 lat wypracowałaby składkę na przeciętną emeryturę, po pięciu latach powiększy się aż o 170 tys. zł. Jeśli niedoszły emeryt legalnie w tym czasie pracuje, cały czas dodaje do tej kwoty składkę od wynagrodzenia. A jeśli zarabia 2 tys. zł, składka wynosi około 4,7 tys. zł rocznie. Przy czym pod koniec kariery zawodowej wpływ składki na ostateczną wysokość świadczenia jest dużo mniejszy niż waloryzacji, bo np. roczna waloryzacja od konta, na którym zapisano 212 tys. zł, to ok. 10 tys. zł. Tego dotyczy drugi wniosek z symulacji: pod koniec kariery zawodowej mechanizmy podwyższające emeryturę działają z największą siłą. Z tego punktu widzenia odłożenie przejścia na emeryturę o dwa, trzy lata podbije ostateczne świadczenie o 20–30 proc.

Symulacja pokazuje także mechanizm, który powoduje, że emerytury kobiet są znacząco niższe niż mężczyzn. Skoro ich wiek emerytalny jest niższy o pięć lat, to panie, które skorzystają z przywileju wcześniejszego odpoczynku, będą mieć emeryturę niemal o połowę niższą niż mężczyzna, który zarabiał tyle samo, ale później otrzyma świadczenie. Obniżenie wieku emerytalnego może spowodować, że wiele z nich zdecyduje się wziąć niższe świadczenie i będzie dorabiać – legalnie lub na czarno. Tyle że po siedemdziesiątce, gdy sprawność spadnie, pozostaną bez dorobionej pensji, za to z niższym świadczeniem, i zapewne zapukają do drzwi pomocy społecznej.

Prawo i Sprawiedliwość proponuje właśnie dwa istotne rozwiązania w polityce społecznej: program 500 plus, który ma być ratunkiem dla zastraszająco niskiej dzietności, oraz obniżenie wieku emerytalnego. Oba są kosztowne. Skutki tego pierwszego na rynku pracy i w gospodarce, jeśli się powiedzie, zobaczymy pod koniec lat trzydziestych tego stulecia. Drugi dodatkowo obciąży finanse publiczne, zanim zadziała pierwszy. Jak widać, oba są ze sobą niespójne.

Powyższe wnioski pokazują, że obniżenie ustawowego wieku przechodzenia na emeryturę nie jest dobrym rozwiązaniem zarówno z punktu widzenia finansów publicznych, jak i emerytów. Nie oznacza to, że nie da się go wprowadzić. Dopychając kolanem, podwyższając wydatki od 9 mld do 13 mld zł rocznie, da się to zrobić. Pozostaje tylko pytanie o  sens. Zdecydowanie bardziej rozsądne byłoby wykorzystanie części tych pieniędzy na wsparcie pracowników w wieku okołoemerytalnym na rynku pracy lub dofinansowanie opieki zdrowotnej dla nich, by jak najdłużej mogli zachować aktywność zawodową. Sprzyja temu szybko spadające bezrobocie. W zasadzie już mamy rynek pracownika.

Na pewno są też osoby, które nie będą mogły dłużej pracować, są wyeksploatowane lub nie cieszą się dobrym zdrowiem. Dla nich powinny być renty, a może zmodyfikowane emerytury częściowe. Ale obniżanie wieku wszystkim to proszenie się o kłopoty, także dla tych, którzy mają się urodzić w wyniku 500 plus. ⒸⓅ