Z Trójki pana zwolniono.

*Paweł Rabiej: Do Trójki poszedłem, bo moim idolem był Grzegorz Miecugow i chciałem pracować pod jego okiem. Udało się. Nauczyłem się dziennikarstwa, życzliwości, otwartości, poznałem mnóstwo ludzi. Co miałoby być miarą sukcesu? To, że zostałbym dyrektorem Programu III?

Prowadził pan "Businessman Magazine". Gazeta w zasadzie nie istnieje.

Istnieje. Tytuł jest. Restrukturyzacja, którą wtedy zrobiłem, dała dobre efekty. To przedłużyło sukces pisma o kilka dobrych lat, a proszę pamiętać, że to był czas, kiedy rynek pism biznesowych ulegał kompletnej rewolucji.

Festiwal Crackfilm?

Był porażką, która mnie wiele nauczyła. Był też sukcesem, bo ten ostatni festiwal do dziś wszyscy wspominają. Po tym zrozumiałem jednak, że nie należy ratować marek, które są na drodze do upadku. Trzeba im po prostu pozwolić umrzeć. THINKTANK, który stworzyłem ma się świetnie. A wracając do Trójki, to zwolniono mnie, bo napisałem książkę o Mieczysławie Wachowskim.

Paweł Zegarłowicz pana zwolnił.

Sądzę, że musiał mnie zwolnić.

Bo Lech Wałęsa naciskał?

Na pewno były naciski, by ani mnie, ani Ingi Rosińskiej, z którą pisaliśmy tę książkę, nie było na antenie Trójki. To jednak było radio publiczne.

A Wałęsa był wtedy prezydentem.

A Wachowski jego najbliższym współpracownikiem.

Agentem?

Raczej człowiekiem z resortu, funkcjonariuszem. Ostatnio kierował Instytutem Lecha Wałęsy. Z tego, co słyszę, to zniszczył go, zrujnował. Rozmawiałem z Wałęsą na bankiecie z okazji 25-lecia naszej wolności. Podszedłem i mówię, że wtedy nie chcieliśmy mu dokuczyć książką o Wachowskim, tylko opowiedzieć, co to za człowiek. A Wałęsa, że Wachowski to był łobuz i zaczął opowiadać różne historie na jego temat.

A dlaczego nie ukazała się pańska książka o Annie Walentynowicz?

Bohaterka odmówiła zgody na publikację. Nagle zaczęła mnie uważać za agenta Adama Michnika i "Gazety Wyborczej". Mówiła, że książka jej się podoba, tylko ja jej zdaniem jestem za blisko "GW", chociaż nie miałem z Czerską nic wspólnego. Potem obszerne fragmenty tej książki ukazały się w biografii Anny Walentynowicz napisanej przez Sławomira Cenckiewicza.

Zgodził się pan na to?

Maszynopis był u Walentynowicz i ona mu go udostępniła. On się powoływał na tę nieopublikowaną książkę i więcej w jego biografii było odnośników do
mojego nazwiska niż do Lecha Wałęsy. Cenckiewicz do mnie dzwonił, rozmawialiśmy o pani Annie, o jej życiu. Miała naprawdę piękną biografię. Pochodziła z Wołynia, trafiła do Gdańska, tam próbowała sobie ułożyć życie, tragiczna śmierć jej męża. Dojrzewała w niej samoświadomość, miała przełom, po którym stała się buntowniczką i nie reprezentowała już tylko siebie. Niesamowita biografia.

Środowiska niezwiązane z PiS robią z niej wariatkę. 

Bo ona pod koniec życia popadła w takie nuty. Jacek Kuroń mówił, że w życiu czasem jest tak, że zaczynamy szybować. Mnie też się to zdarzało. Pani Walentynowicz też poszybowała, do tego ludzie, którzy byli wokół, podsycali w niej przekonanie, że to ona tak naprawdę powinna być Wałęsą. Myślę, że ona czuła się zapomnianą liderką. Wałęsa był dla niej kimś przemyconym przez SB, człowiek bez właściwości. Żałuję, że ta książka się nie ukazała.

Może teraz jest dobry czas? 

Nie mam maszynopisu ani taśm z nagranymi rozmowami. A tam było dużo historii nagranych na świeżo. Pani Ania mówiła o roli Borusewicza, o roli Lecha Kaczyńskiego, o całym środowisku, które wydało z siebie lidera, jakim był Lech Wałęsa. Pamiętam, jak w 1992 r. jeździłem do Gdańska, do pani Walentynowicz. Ona żyła za jakąś groszową rentę. Byłem zszokowany. Przecież to bohaterka. Dla mnie też, dla tego młodego 20-letniego szczyla. Nie mogłem tego zrozumieć. Nie mam również książki, którą pisaliśmy razem z Hanną Gronkiewicz-Waltz o NBP, o denominacji, o złotówce. Fascynujące historie. Niestety, ukradziono mi komputer, w którym była ta książka.

*Paweł Rabiej - członek zarządu partii Nowoczesna, dziennikarz i publicysta.