Magdalena Rigamonti: Chwalił się pan już, że dla pieniędzy poszedł pan do milicji.
Jerzy Dziewulski
: Bo tak było. I potem jak jakiś facet przychodził do mnie i mówił, że on chce też być gliniarzem, że chce zmieniać świat, tropić przestępców, ścigać bandytów, to go przeganiałem. Idealistów w policji nie potrzeba. Idiocie idealiście zawsze się wydaje, że praca w policji wygląda jak w filmie. A tak nie jest. Policjant musi być najemnikiem. I to dobrze opłacanym. Ja zarabiałem taką kasę, że nie wiedziałem, co z nią robić.

Każdy milicjant tak zarabiał?

Wywiadowca – tak. Wówczas brałem 2460 zł. Duże pieniądze. Po tym mancie, które mi spuszczono, nie poszedłem do sądu. Zrobiliśmy za to karną ekspedycję z kolegami gliniarzami i po kolei wykańczaliśmy tych, którzy mnie pobili i spuścili manto. Karetki ich zabierały. Gdybym poszedł do sądu, to by mnie traktowali jak śmiecia. Pluliby na mnie. Nie byłbym partnerem do walki.

Pamiętam, jak przed laty zadzwonił pan do mnie.

Wtedy, kiedy pisała pani o abp. Sławoju Leszku Głodziu.

Tak.

Dawno to było. Miałem z Głodziem na pieńku, bo to on upił Kwaśniewskiego w drodze do Charkowa. Wtedy byłem szefem ochrony prezydenta, choć oczywiście niektórzy w to wątpili. Tu jest dokument z MSZ dotyczący wizyty prezydenta w Niemczech. I tu jest napisane: szef ochrony Jerzy Dziewulski. Potem zostałem doradcą Kwaśniewskiego ds. bezpieczeństwa.

Kto wątpił?

Jakiś idiota z BOR głupoty wygaduje. To była rzeczywiście przedziwna sytuacja, bo szef ochrony prezydenta nie był pracownikiem Biura Ochrony Rządu.

Tylko gliniarzem.

I posłem.

Wybrał pana Kwaśniewski?

Nie, sytuacja była bardzo trudna – myśmy wtedy nie wierzyli BOR.

O, to jak teraz. Dlaczego? To był 1995 r.

Nie mogę pani tego do końca powiedzieć. Wszystko wskazywało na próbę podjęcia zamachu na Kwaśniewskiego.

Kiedy?

W czasie kampanii.

Kto chciał tę próbę podjąć?

Nie mogę mówić, ale to nie są gołe słowa, mam dokumenty policyjne w tej sprawie, są przesłuchania świadków, są tropy. Myślę, że policja stanęła wtedy na wysokości zadania. Nie mieliśmy zaufania do BOR.

BOR był w to zamieszany?

Nic więcej nie powiem. Zresztą tajemnica była tak strzeżona, że nie wiedzieli o tym ani Kwaśniewski, ani szefowa jego sztabu wyborczego Danuta Waniek. Nie chcieliśmy po prostu wywoływać paniki.

Kto wiedział?

Były komendant główny policji, były komendant wojewódzki policji, ja i jeszcze kilka osób. To był czas kampanii. Poza tym, gdybyśmy powiedzieli o tym głośno, to zaraz by na nas przeciwnicy naskoczyli, że kombinujemy, picujemy, chcemy wyłudzić głosy na współczucie. Moi ludzie wiedzieli, że sytuacja jest szczególna.

CAŁA ROZMOWA W PIĄTKOWYM MAGAZYNIE DGP