Tydzień temu na zjeździe Zjednoczonej Prawicy (PiS i sojusznicy) w Przysusze przemawiał Jarosław Kaczyński. Bardzo ciekawy był fragmencik o krytykach rządu. Bo prezes ich – owszem – dostrzega. Ale radzi, by sobie nimi w ogóle nie zawracać głowy. - Można powiedzieć, że idziemy we właściwym kierunku, że te prawa Polaków realizujemy. Realizujemy wśród sprzeciwów – mówił prezes PiS. I zaraz dodawał: „Ale szanowni państwo, czy warto o nich (krytykach – red.) mówić? (...) Oni są przewidywalni. Nie ma sensu nimi się zajmować”.

Dokładnie to samo nastawienie opisał w niedawnym wywiadzie dla "Kultury Liberalnej" Piotr Skwieciński, wicenaczelny otwarcie sprzyjającego rządowi tygodnika "wSieci". Skwieciński mówił, że na prawicy wygrał po 2015 r. wariant, zgodnie z którym "zamykamy oczy i idziemy do przodu”. Zwyciężyło przekonanie, że taka strategia to dla PiS jedyna szansa. - Albo możemy iść bardzo radykalnie i rzeczywiście zmieniać Polskę, a wtedy władzę być może utrzymamy, albo możemy podzielić los AWS-u – porządzić trochę, a następnie oddać władzę, nic nie zmieniwszy – tłumaczył Skwieciński.

Lider obozu władzy Jarosław Kaczyński wyraża, a publicysta Piotr Skwieciński opisuje tu bardzo poważny i rzeczywisty problem obozu "dobrej zmiany". Świadome poświęcenie na ołtarzu krótkofalowej skuteczności najważniejszych mechanizmów samokontroli i autokorekty. Fundamentalnych dla bardziej długofalowego powodzenia projektów. Zapiekli i niestroniący od cynizmu antypisowcy powiedzą zapewne, że ich to nie zaskakuje. Po prostu po 2015 r. Kaczyński i jego środowisko zrzucili maski, pokazując swoje prawdziwe, autorytarne oblicze. Ja widzę w tym jakiś rodzaj samookaleczenia. Zupełnie jak u bohatera popularnego pod koniec lat 90. filmu "Pi", który wywiercił sobie dziurę w mózgu, żeby usunąć stamtąd zbytnio go angażujące uzdolnienia matematyczne.

Bardzo dobrze widać to dziś w mediach. Możemy godzinami rozprawiać o kryzysie etosu dziennikarskiego, o stronniczości nadawców/wydawców albo zmierzchu starych modeli biznesowych w prasie i telewizji. Media wciąż pozostają jednak ważnym bezpiecznikiem ładu społecznego. A co się dzieje, gdy takiego bezpiecznika zabraknie, mogliśmy się przekonać, gdy po 1989 r. zniszczeniu uległy instytucje reprezentujące interesy świata pracy, takie jak związki zawodowe i dialog społeczny. W pierwszej chwili nie było tego oczywiście widać, ale po dwóch dekadach już zdecydowanie tak. Dostaliśmy bowiem rynek pracy uśmieciowiony i folwarczny. A naprawa tego stanu rzeczy będzie kluczowym wyzwaniem dla polskich decydentów politycznych jeszcze przez kilka dekad.