Uszczelnienie systemu podatkowego jest fikcją?
Czytałem lipcowy raport MFW na temat Polski. Stwierdzono w nim, że 50 proc. wpływów uzyskanych z rzekomego uszczelnienia to czynniki jednorazowe, w 25 proc. jest to efekt dobrej koniunktury i dopiero pozostałe 25 proc. to efekty działań władz, m.in. na skutek ustaw przyjętych przez poprzedników. Propaganda mówiąca o tym, że w każdym roku tracono po 50 mld zł, jest kierowana do naiwnych. Nigdy nie osiąga się stuprocentowej ściągalności.

Czym wytłumaczyć w takim razie wysokie poparcie dla rządzących?
Działa mechanizm dotyczący każdego kraju – duża część społeczeństwa ma przekonanie, że poprawa sytuacji gospodarczej jest wynikiem działań obecnej ekipy. Zbyt mała jego część zdaje sobie sprawę z zagrożeń, jakie narastają – nie tylko dla gospodarki, ale również dla ustrojowych przemian, które odróżniają III RP od PRL. W demokracji i państwie prawa rządząca partia polityczna odgrywa rolę przejściowego lokatora w państwie. W dyktaturze staje się jego właścicielem, przejmując jego aparat, by zastraszyć ludzi. Nie jesteśmy na etapie Łukaszenki czy Putina, ale nie możemy lekceważyć wczesnych etapów tej choroby. Nie wiem, jaki wpływ na poparcie dla PiS ma agresywna i kłamliwa propaganda pisowskich mediów na czele z telewizją publiczną. Nie wykluczam, że duży, choć z moich obserwacji wynika, że zbliżają się one do ujemnej produkcyjności krańcowej (śmiech), czyli zaczynają odpychać coraz więcej ludzi. Jest jeszcze jeden czynnik. Kiedyś wyjawili mi go Rosjanie, gdy pytałem o wysokie notowania Putina. Ze śmiechem wyjaśnili, że nikt z ankietowanych nie wierzy, iż odpowiedzi są anonimowe. Wszyscy zakładają, że odpowiednie służby wiedzą, co kto mówi, zatem ludzie asekuracyjnie deklarują poparcie dla Putina. Nie wykluczam, że w Polsce zaczynamy mieć podobny efekt, który nazywam „efektem Putina”.

Ceny ropy spadają, a Putin wciąż jest w Rosji bardzo popularny.
To może być właśnie skutek "efektu Putina". W Polsce być może pod wpływem atmosfery wytworzonej przez pisowskie władze i przejęte instytucje państwowe część ludzi zakłada, że na wszelki wypadek warto deklarować poparcie dla rządu. Pamiętam czasy, w których w Polsce rekordy popularności bił Józef Zych z PSL, uważany wówczas wręcz za męża stanu. A z kretesem przegrał wybory w swoim okręgu. Pamiętam też, gdy Leszek Miller nie miał z kim przegrać. Nie mówię, że rządy PiS muszą się tak skończyć, ale warto o tym pamiętać. Demokratyczna opozycja winna lepiej koordynować swoje działania. Ale jej nie winię, że jeszcze nie odsunęła PiS od władzy. Ludzie, którzy tak robią, zwykle sami nie działają.

*/Współpraca Grzegorz Kowalczyk