Nie od tego jest sylwester, by dać nam muzykę ambitną lub, jak mawiają niektórzy, „do przeżywania”. Można było liczyć jednak na to, że TVP2, Polsat oraz TVN, które ogromnym strumieniem wydają pieniądze na promowanie i lansowanie debiutantów, sięgną po któreś ze swych dzieci. Wydawało się, że nie po to organizuje się talent show, nakazuje się śpiewać we wspaniały sposób skoczne i spokojne przeboje, by potem oddać artystów do wytwórni fonograficznych i spoglądać, jak sobie radzą. Brak nowych twarzy sprawia zaś, że stare nudzą nas bardziej, niż wynikałoby to z poziomu ich występów. Po prostu widzimy je za często.

Przedstawicieli talent show zobaczyliśmy, ale nie od tej strony. Na scenie w sposób profesjonalny, niepodlegający warsztatowej krytyce swe „wykony” przedstawili jurorzy, w tym m.in. Agnieszka Chylińska i Michał Szpak. Tych, którzy ich niegdyś wzruszali do bycia Królową łez, było jakby mniej – choć trzeba oddać Szpakowi, że zdobył się na piękny ukłon w stronę Marty Gałuszewskiej z „The Voice Of Poland”.

Z wszystkich scen słyszeliśmy te same gatunki, co od lat. Panował pop, czasem rock, czasem obecne z nami od trzech dekad disco polo. Na to ostatnie nie zdobyło się jeszcze TVN, choć patrząc na to, jak coraz śmielej romansuje z gwiazdami gatunku w programach typu reality show czy telewizjach śniadaniowych wydaje się to tylko kwestią czasu.

Bez względu na to, czy Dariusz Kozakiewicz świetnie wygrywał solówki Perfectu, czy w trudnych warunkach wokalnie szarżowały Beata Kozidrak lub Kayah, tłum pokazywany na obrazku (a przecież realizator transmisji ma do dyspozycji wybór kadru) był statyczny lub delikatnie znudzony, kiwając głową podśpiewywał tekst znanej od lat piosenki. „Kobiety są gorące” oraz „Słodkiego miłego życia” brzmiały smutno, bez emocji, podobnie jak „Neverending Story”, od odhibernowanego Limahla, który nawet nie udawał, że trzyma melodię i fałszując niemiłosiernie oderwał się na chwilę do grania koncertów m.in. w tropikalnych resortach dla emerytów, by zaśpiewać na sylwestrze dla Polaków. Inny, wychwalany pod niebiosa gwiazdor, czyli wokalista Modern Talking Thomas Anders widywany jest w Polsce coraz częściej, nie gardząc występami na tzw. dniach miast.

Nudą wiało, gdy wykonywany był przebój roku „Despacito” (tu zawiódł mocno ponoć przepłacony gwiazdor) i gdy Ewelina Lisowska śpiewała w środku nocy o biegu w stronę słońca.

W takich warunkach gwiazdami wieczoru zostali Sławomir, Boys oraz – oczywiście – Zenek Martyniuk. Czy trzeba było sięgać po disco polo, by zmusić ludzi do tańca, a tych, którzy byli przed telewizorem, na chwilę chociaż wyrwać z letargu? Czy zebrana przy telewizorze publiczność nie bawiłaby się tak samo przy wykonywanych przez debiutantów hitach? Możliwe, ale o tym się nie przekonamy, bo wyścig o nazwiska jest od lat przy programowaniu sylwestra ważniejszy od poziomu rozrywki.

Następnego dnia rankiem przez sieci społecznościowe przewaliła się awantura o to, czy wypada, by z zapałem godnym odpalania „Kevina” w święta, słuchać w Nowy Rok topu wszech czasów w radiowej Trójce. Co ciekawe, format ten się rozrasta - jeśli dużo słuchaliśmy radia, to pomiędzy 24 grudnia a 1 stycznia mógł to dla nas być n-ty top wszech czasów, bo swoje zaprezentowały nam rockowe stacje radiowe, a także Radio Zet. To ostatnie jako jedyne otworzyło się na nowe gatunki i stylistyki, co zaowocowało żartami z tego, że Antek Smykiewicz z hitem „Pomimo burz” pobił „Schody do niebaLed Zeppelin. Wspomniany klasyk od lat okupuje szczyt trójkowej listy wraz z „Brothers In Arms” oraz „Bohemian Rhapsody”, co wywołuje wojny i dzieli nawet tych, którzy na co dzień lajkują posty tych samych partii politycznych.

Co roku podział przebiega między Mamoniami i tymi, którzy zauważyli, że w ostatnich dwóch, trzech dekadach bardzo dużo na scenie muzycznej się zmieniło. Dane z serwisów streamingowych, które traktować należy jako najbardziej obiektywny wskaźnik gustów, pokazują jasno: to, co oglądamy w sylwestra, i to, co jest na topie wszech czasów jednej z wielu stacji, które go przeprowadziły, to coraz mniejszy procent tego, czego słuchamy. Pop, rock i disco są razem, sumarycznie wciąż najpopularniejsze, ale to tylko trzydzieści kilka procent tego, czego słuchamy, wybierając sami, świadomie.

Obecnie w mediach niemal całkowicie pominięty jest hip-hop (nawet w swych łagodniejszych odmianach), mimo że sięga po niego nawet co czwarty Polak. Nie uświadczy się też muzyki alternatywnej, której – według danych z serwisów streamingowych – słucha około 20 procent z nich korzystających. Sięgający po te gatunki już dziś odrzucają media standardowe. W streamingu poznają codziennie nowych wykonawców, dając szansę i debiutantom. To dzięki sieci i streamingowi głowy podnoszą coraz to nowe twarze. A wtedy pojawiają się pytania: kim jest artysta, który trafia na pierwsze miejsce listy OLIS (np. Kękę, Paluch, Nocny Kochanek) albo jest w najczęściej odtwarzanych w Youtube, w Spotify czy na Tidalu - dlaczego ja go nie znam, dlaczego nie mówi o tym radio czy telewizja.

W dyskusjach o ślepocie mediów jedno zdanie, będące tytułem piosenki i wiersza Gil Scott-Herona, powtarzane jest coraz częściej. „Revolution will be not televised” – „Rewolucja nie będzie transmitowana”. Moment, by wyłączyć odbiorniki, przytrafi się nam szybciej niż myślimy – nie musimy czekać do następnego nudnego sylwestra w telewizji.