Warto sobie jednak zadać pytanie: kto w bitwie o Nord Stream 2 ma większy problem, Polska, która dywersyfikuje swoje dostawy, czy Rosja, której z roku na rok coraz trudniej na gazie zarobić. Porównajmy to z rosyjskim eksportem pszenicy. Obecnie Rosja jest jej największym na świecie sprzedawcą. Jej eksport wzrósł – w ujęciu ilościowym – o 36 proc. Jednak gdy weźmie się pod uwagę wartość eksportu, zmniejszyła się ona o 1,8 proc. Oznacza to, że Rosja sprzedaje coraz więcej, ale rosyjscy producenci zarabiają na eksporcie coraz mniej. Jeśli w ogóle. Państwo dopłaca do eksportu, np. poprzez dotacje do transportu. Buduje się dodatkowe magazyny. Dochodzi do czegoś, co ekonomiści określają mianem nieefektywnego inwestowania.

Gaz to nie pszenica, jednak zasada nieefektywnego inwestowania pozostaje ta sama. Weźmy przykład rosyjskiego Gazpromu. Niedawno minęło 25 lat od utworzenia gazowego giganta. Rosjanie analizują drogę, którą przez te lata przeszła korporacja. Konkluzje nie są wcale optymistyczne. Mimo tego, że przez ostatnich 18 lat gospodarka rosyjska z tytułu eksportu węglowodorów zasilona została astronomiczną kwotą 3,5 bln dol., to jej uzależnienie od eksportu ropy i gazu nie zmniejszyło się, lecz wzrosło. W 2000 r. 52 proc. rosyjskiego eksportu pochodziło z tego źródła. W 2017 r. ta wielkość wynosiła 55 proc.

Z punktu widzenia budżetu federalnego to uzależnienie jest również widoczne. W 2000 r. z tego źródła pochodziło 25 proc. dochodów, obecnie 40 proc. Oczywiście kwestia nie w procentach, ale w wielkości wpływów. Nie ulega wątpliwości, że Rosja w wyniku boomu na węglowodory dysponowała znacznie większymi pieniędzmi. Ale wbrew deklaracjom tamtejszych polityków nie zbudowała w czasach prosperity alternatywnych źródeł dochodów budżetowych. Nie przygotowała się na gorsze czasy, kiedy ceny albo popyt na rosyjski gaz będzie mniejszy. Nie zmieniła strukturalnie gospodarki. Wydaje się, że Rosja wszystko postawiła na jedną, gazową kartę.

Plany wieloletnie Gazpromu przewidują stały i znaczący wzrost eksportu na europejski rynek. Do roku 2035 – według analityków koncernu – w Europie spadnie wydobycie, a wzrośnie konsumpcja. W efekcie zakupy Europejczyków wzrosną z obecnych 300–325 mld m sześc. do 393–459 mld m sześc. To właśnie ze względu na te szacunki rosyjski gigant pragnie do 2027 r. oddać do eksploatacji osiem nowych obszarów wydobywczych. Z czego trzy – te zlokalizowane we wschodniej Syberii – mają wysyłać gaz do Azji. Reszta będzie zasilać Europę.

Z perspektywy kilku ostatnich lat widać, że fakt posiadania gazociągu nie oznacza jego wykorzystania. Gazociąg Sachalin – Chabarowsk – Władywostok do 2016 r. zapełniony był zaledwie w 40 proc. Później dane zostały utajnione. Wcale nie lepiej było w przypadku Nord Stream – w 2012 r. wykorzystano 67 proc. jego mocy przesyłowych, rok później 57 proc., następnie 35 proc., a w 2015 r. 29 proc. Dopiero w latach 2016–2017 rura zapełniona była niemal w 100 proc. Wpływ na taki rozwój sytuacji miał przede wszystkim kryzys gospodarczy i stopniowe przezwyciężanie jego skutków.

Podobnie wygląda sytuacja ze słynnym porozumieniem gazowym z Chinami (którego w praktyce nie ma), ale mimo to Rosja buduje gazociąg Siła Syberii. Buduje, płaci coraz więcej, jednak perspektyw zysku brak. Konsorcjum budujące rurociąg ma 20-letnie zwolnienie podatkowe, a Gazprom dostał podobne, tylko że 15-letnie. Mało tego, jak ujawnił były rosyjski wiceminister energetyki Władimir Miłow – zadłużenie rosyjskich firm z sektora wydobycia węglowodorów wobec Chin przekroczyło już 70 mld dol. Warunki kontraktów, zarówno kredytowych, jak i handlowych, są najściślej strzeżoną tajemnicą. Zdaniem Miłowa w obliczu odkrycia w Chinach ogromnych zasobów gazu szczelinowego Rosja nigdy nie zarobi na dostawach do Państwa Środka.

Jest również inny problem. Gazprom trudno zaliczyć do dobrze zarządzanych firm. O ile firma w 1999 r. wydobywała 546 mld m sześc, to osiemnaście lat później już tylko 472 mld m sześc. Równocześnie znacznie zwiększyła zatrudnienie – z 298 tys. do 467 tys. osób.

Paradoksalnie europejskie i amerykańskie sankcje pomogły Rosjanom, bo blokując ich dostęp do najbardziej zaawansowanych technologii, pozwalających na poszukiwania gazu i ropy w najtrudniejszych lokalizacjach (Arktyka, szelf Morza Czarnego i trudno dostępne lokalizacje na dalekiej Północy), wyhamowały ich nieograniczone apetyty inwestycyjne. Amerykański ośrodek analityczny Atlantic Council Report dowodzi, że sankcje ograniczając rosyjskiemu sektorowi energetycznemu możliwości dość ekstrawaganckich i kosztownych inwestycji, przyczyniły się do koncentracji wysiłków w podstawowych obszarach.

W rosyjskich kręgach opozycyjnych rozpowszechniony jest pogląd, że racjonalność wielu projektów Gazpromu jest zerowa, chodzi po prostu o to, aby dobrze i bardzo dobrze zarobić na budowie rurociągów, stacji sprężających gaz i całej towarzyszącej infrastruktury. Już w tym roku okazało się, że koszt zbudowania Tureckiego Potoku będzie o miliard dolarów większy od planowanego, a tylko naziemna (rosyjska) część Nord Stream 2 podrożała w ciągu ostatnich trzech lat o 25 proc. Na papierze wszystko – z rosyjskiego punktu widzenia – się kalkuluje. Nakłady na dostarczenie 1000 m sześc rosyjskiego gazu do Niemiec wynoszą ok. 400 euro, podczas gdy na skroplenie i dostarczenie podobnej ilości gazu amerykańskiego 500 euro. Różnica niemała, ale może się okazać, że w najbliższych latach na naszych oczach będzie ona topnieć. Co się wówczas stanie, jeśli procesowi temu będzie towarzyszył odmienny, niż szacuje Gazprom, rozwój europejskiego rynku?

Czynnikiem zmiany może być choćby znaczący wzrost udziału energii odnawialnej w bilansie energetycznym głównego odbiorcy i najważniejszego partnera Rosji – Niemiec, co zostało zapisane w obecnej umowie koalicyjnej. Znalazł się tam zapis, iż koalicjanci dążyć będą do jej wzrostu do poziomu 66 proc. w 2030 r. (z obecnych 33 proc.). Gdyby tak się stało, strategia Gazpromu stanie pod znakiem zapytania. W miejscu stabilnego wzrostu będzie co najwyżej stagnacja popytu.

Kolejny czynnik to Katar, który niedawno poinformował, że chce zwiększyć eksport gazu z poziomu 77 do 100 mld m sześc. Chodzi o gaz skroplony, ale w sporej części trafia on do Europy. O planach wzrostu eksportu przez producentów ze Stanów Zjednoczonych napisano już w polskiej prasie dziesiątki artykułów. Badane są też nowe, obiecujące pola u wybrzeży Cypru, planowany rurociąg z Algierii do Włoch i z Maroka do Hiszpanii. Generalnie rynek gazu skroplonego (LNG) powoli, ale w coraz większym stopniu staje się rynkiem światowym i tego trendu nie da się w dłuższej perspektywie zahamować.

Jeśli Rosja za pożyczone pieniądze (bo drugą nitkę buduje się za drogie kredyty) chce zbudować i utopić w Bałtyku, niech to zrobi. Polska i Europa muszą zadbać o to, aby musiała sprzedawać gaz tak tanio, że cała impreza okaże się nieopłacalna.