Jak i inne gazety DZIENNIK z pożytkiem wydaje dodatek "Kultura". Jak rozumiem - nie jest to forum poświęcone debatom o przeznaczeniach stojących przed ludzkością. Gros miejsca zajmuje tu raczej program telewizyjny, znaleźć można recenzje filmów czy sztuk teatralnych, czasem książek. Raczej taki tygodniowy niezbędnik obywatela zainteresowanego uczestnictwem w kulturze. Dobra rzecz!

Sporym zaskoczeniem czy raczej niestosownością są więc sytuacje, w których ów dodatek pod pozorem takich sobie zwyczajnych informacji o wyświetlanych w TV filmach wciskać mi zaczyna na siłę jakąś ideologiczną ciemnotę. Tak stało się ostatnio przy okazji informacji o nadawanym przez Canal+ filmie o Opus Dei. Zamiast dowiedzieć się czegoś o samym filmie (w całostronicowej nocie nie podano mi nawet nazwiska jego autora), mogłem przeczytać zwykłą intelektualną napaść na tę instytucję, napisaną językiem antykościelnego fanatyzmu przez pana Tadeusza Bartosia. O działalności katolików z Opus Dei mogłem tam mniej więcej przeczytać to, co w "Protokołach mędrców Syjonu" o knowaniach żydowskich albo u Jędrzeja Giertycha o wszechświatowym masońskim spisku.

Mniejsza o to. Opus Dei, podobnie jak niegdyś templariusze, z racji istotnego znaczenia w Kościele katolickim, wzbudzało, wzbudza i pewnie wzbudzać będzie u niektórych żywiołową niechęć. I choć oczekiwałbym, aby dodatek kulturalny gazety codziennej nie publikował takiego badziewia, to machnąłbym jednak na to ręką i nie napisał ani słowa.

Ale piszę, bo tekst Tadeusza Bartosia ma także - zdumiewający w takiej sytuacji - wątek metafizyczny. Autor bowiem postanowił zająć się także pokrótce wyniesionym niedawno na ołtarze przez papieża Jana Pawła II świętym - Josemarią Escrivą de Balaguerem, kapłanem i założycielem Opus Dei. Opisał go zaś jako postać, której życie miało trzy wyraźne cele. Po pierwsze - sprzyjanie i wspomaganie zbrodni. Po drugie - "po trupach" zdobywanie pieniędzy. Po trzecie - stworzenie quasi-totalitarnej sekty, której centralnym zadaniem jest kontrola myśli innych ludzi, a przez to stworzenie "nowego człowieka". I to nawet nie skłoniłoby mnie do wzięcia za pióro, bo jak mówił o św. Josemarii podczas mszy kanonizacyjnej Jan Paweł II - "dla człowieka, który zamierza wiernie służyć sprawie Ewangelii, nie zabraknie niezrozumienia i trudności". Lecz Tadeusz Bartoś w swej charakterystyce świętego posunął się dalej. Zacytuję, bo - przyznam - ciarki przechodzą mi po plecach, gdy mam ową myśl tego autora streszczać.

"Droga, którą wskazuje de Balaguer, niewiele ma wspólnego z nauką Jezusa. On nie głosił, że należy iść po trupach do celu (…) Sprzymierzone jest raczej dzieło z księciem tego świata, hołd oddając władzy doczesnej, zapominając o Jezusowej nauce". I dalej: "Władza nad innymi, chęć wpływania na świat, potęga i prestiż to - w kontekście Ewangelii - raczej diabelskie pokuszenie. Jezus oparł się temu na pustyni. Nie oparło się jednak dzieło de Balaguera…".

"Dzieło księcia tego świata" oraz "raczej diabelskie pokuszenie" świętego Josemarii? Najwyraźniej w opinii Bartosia święty był ni mniej, ni więcej tylko narzędziem w ręku diabła. Nasuwa się zatem proste pytanie: jak to się ma do słów Jana Pawła II zawartych w bulli z dnia 6 października 2002 roku, że Josemaria Escriva "w całym kościele ma być pobożnie czczony jako jeden ze Świętych", oraz "by to, co ogłosiliśmy, miało ważność teraz i zawsze, i żeby nic nie było zarządzane przeciw temu"? Niezwykłość banalnej informacji o filmie zawartej w dodatku do DZIENINIKA polega właśnie na tym, iż po raz pierwszy w polskiej gazecie czytam tekst, dwukrotnie i explicite stwierdzający, że Jan Paweł II używając władzy papieskiej, mógł pozwolić nam modlić się za przyczyną "raczej" - jak pisze nękany skrupułami Bartoś - współpracownika diabła?

Dla porównania z ocenami Bartosia przytoczmy jeszcze krótką charakterystykę tego świętego wypowiedzianą przez Jana Pawła II. "Jego życie i jego orędzie zaprowadziły niezliczoną rzeszę wiernych - zwłaszcza świeckich, pracujących w najróżniejszych zawodach - do przemienienia najzwyklejszych zajęć w modlitwę, w służbę wszystkim ludziom i w drogę do świętości". To słowa ze wspomnianej bulli, warte skonfrontowania z tezą Bartosia o totalitarnej sekcie służącej do kontroli ludzkich myśli. I jeszcze główna teza homilii papieskiej wygłoszonej 6 października 2002 r. na placu św. Piotra: "Święty Josemaria nadal przypomina wam o potrzebie przezwyciężenia lęku przed kulturą materialistyczną, która grozi rozpadem istotnej tożsamości uczniów Chrystusa. Lubił on z mocą podkreślać, że wiara chrześcijańska sprzeciwia się konformizmowi i wewnętrznej bierności". Te słowa warto z kolei skonfrontować z tezą Bartosia o kulcie władzy, pieniądza i złotego cielca.

Nie warto, rzecz jasna, stawiać pytania, który z tych dwu opisów dotyczy duchowości świętego Josemarii, a który jest czystą mistyfikacją. To jest jasne. Współczesna wiedza psychologiczna pozwala nawet zrozumieć to, że byłemu księdzu - a takim jest właśnie autor recenzji - którego życie zdeterminowane musi być przez konflikt z instytucją Kościoła, różne rzeczy przychodzić mogą do głowy. Nawet to, że ów Kościół na ołtarze wynosi ludzi, którzy zostali opętani przez diabła.

Ale ja pytam publicznie o co innego. Co się dzieje w umysłach redaktorów dodatku "Kultura", którzy takie tezy takiego autora zamieszczają jako niewinną recenzję filmową obok programu TV na poniedziałek? Nie należę akurat do ludzi, którzy nazbyt łatwo publicznie zgłaszają pretensje o tzw. obrazę uczuć religijnych - by odwołać się do idiotycznego zresztą sformułowania prawa karnego - skądinąd bowiem wiara religijna nie da się zredukować do jakiegoś "uczucia". Dlatego na przykład swego czasu przyglądałem się z ironiczną rezerwą, jak radiomaryjni fanatycy walczyli z rzeźbą przedstawiającą papieża przygniecionego wielkim głazem. Ale tym razem nie chodzi o jakieś moje "uczucia". Chodzi o to, czy redakcja na serio chce wywołać przypuszczenie, że święci wyniesieni na ołtarze przez Jana Pawła II mogą być w istocie diabelskim nasieniem. I czy redakcja jest aby z pewnością świadoma tego, co czyni.

Tym bardziej że w sprawach religijnych nie jest to pierwszy wyskok redaktorów "Kultury". W numerze z 7 marca 2007 r. przy równie niewinnej okazji recenzji książki pana Marcina Ryszkiewicza o ewolucji - redaktor poinformował nas (gdyby ktoś nie wierzył, to jest to dokładny cytat), że: "półtora wieku po Darwinie wciąż pokutuje pogląd, że człowieka, istotę tak doskonałą, musiał stworzyć Bóg. Pogląd ten - wyznawany m.in. przez ministra Orzechowskiego - jest znacznie popularniejszy od tezy, że świat pływa na wielkich żółwiach". Tamtym razem redaktor nie miał tyle odwagi, by się pod tą tezą podpisać swym nazwiskiem. Krótko mówiąc, dodatek kulturalny "Dziennika" upowszechnia opinię, iż religia, której wartość poznawcza jest równa przypuszczeniu, że świat pływa na grzbiecie żółwi, jeśli coś robi jeszcze we współczesnym świecie, to "pokutuje", a redakcja ów czas pokuty postanowiła jakoś skrócić. Zastanawiam się już poza wszystkim innym, czy aby na pewno DZIENNIK pragnie ograniczyć w przyszłości krąg swoich czytelników do wojujących ateistów z niegdysiejszego Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej (tzw. TKKŚ)?

Moja teza brzmi: coś niepojętego dzieje się w duszach i umysłach redaktorów dodatku "Kultura". Jakieś pragnienie obrazoburstwa ich rozpiera. Kierownictwu DZIENNIKA radziłbym sprawdzić, czy w swoich gabinetach nie pobudowali już - wzorem wyznawców Robespierre’a - jakichś sekretnych ołtarzyków Istoty Najwyższej.

I proszę, aby nas - czytelników nie zlekceważyć, tylko publicznie i rzetelnie poinformować o tym, co tam się dzieje.