Ostatni tekst Roberta Krasowskiego "Jakiej prawicy Polacy potrzebują? A jakiej nie" przeczytałam z sympatią i zainteresowaniem, ale nie bez zastrzeżeń. Jakkolwiek bowiem całkowicie podzielam krytyczne spojrzenie autora na prawicowy folklor silnych wartości, to z trudem przychodzi mi przełknięcie jego zrezygnowanej retoryki, której oddziaływanie dobrze oddaje metafora koca gaśniczego.

Postawę polityczną Roberta Krasowskiego można określić jako sceptyczny konserwatyzm, którego ideą, a zarazem upodobaniem jest gasić wszelki polityczny entuzjazm – tak prawicowy, jak lewicowy - i wykazywać szkodliwe następstwa wiary w jakiekolwiek projekty społeczne traktowane przezeń jako przejawy nieodpowiedzialnej dziecinady. Choć więc Krasowski występuje ze swoich ulubionych pozycji prawicy heglowskiej (a trzeba pamiętać, że jest to opcja, którą wybrał jeszcze jako wierny uczeń Marka Siemka za czasów swoich studiów na warszawskiej filozofii), to jego połajanki pod adresem prawicy silnych wartości chrześcijańskich, za którą stoi projekt radykalnej ewangelizacji społeczeństwa za nic mający rozdział Kościoła od państwa, nie różnią się w tonie od języka współczesnych liberałów. Ci także swoją rolę pojmują wyłącznie w charakterze koca gaśniczego - gdziekolwiek pojawi się zarzewie projektodawstwa, gdziekolwiek rozpali się płomyk silnej, afirmatywnej retoryki, tam natychmiast wyłaniają się liberalni strażacy zaalarmowani kolejną groźbą fanatyzmu.

Nie chcę być tutaj źle zrozumiana: w żaden sposób nie staję po stronie prawicy tożsamościowej głoszącej konieczność wyrazistych wyborów ideowych, które przeciwstawić się mają strasznemu triumwiratowi "relatywizmu, postmodernizmu i hedonizmu", jaki rzekomo zapanował w liberalnej kulturze Zachodu. Robert Krasowski ma absolutnie rację, postrzegając w tej zwyrodniałej formie prawicowania grożący nam pożar wartości, który - jeśli go nie powstrzymać - może strawić dokonania zachodniej cywilizacji. Nie przymuszam także Roberta do przyjęcia wiary liberalnej właśnie jako wiary, a więc zestawu silnych przekonań na temat jednostki i społeczeństwa: jego głos w wewnętrznym sporze prawicy jest samodzielny, uprawniony i w pełni czytelny jako wyraz jego sceptycznego stanowiska. Twierdzę tylko, że strategia koca gaśniczego, u której podstaw tkwi przekonanie, że kult silnych wartości należy zwalczać tylko przez ich osłabianie, jest na dłuższą metę nieskuteczna. Twierdzę także - to już w ramach szerszego postulatu adresowanego do polskich liberałów - że strategia ta nie oddaje sprawiedliwości zachodniemu liberalizmowi, który sam - w swej najszlachetniejszej postaci - także jest projektem. I to bynajmniej niesłabym.

Szare na szarym
Niepełna skuteczność strategii gaśniczej wynika z dwóch powodów. Pierwszy, prostszy, jest natury psychologicznej, a raczej psycho-społecznej, zbyt często lekceważonej przez politycznych sceptyków - czy to konserwatywnych, czy liberalnych: ich język nie porywa. To zresztą mało powiedziane: nie tylko nie porywa, ale wręcz zasmuca. Można powiedzieć, że uczestniczy ona w założycielskim błędzie Sokratesa, który porodził Platona. Słynny demon wewnętrzny Sokratesa, który zawsze tylko mówił "nie", nie podpowiadając żadnych pozytywnych rozwiązań, znużył Platona, jego wielkiego ucznia, do tego stopnia, że ten natychmiast stworzył pierwszy radykalny projekt społeczny pod postacią "Państwa". Teza o reaktywnym pochodzeniu platońskiej utopii, która narodziła się z odrzucenia ducha sokratejskiego sceptycyzmu, jest dobrze znana i ma wartość ponadhistoryczną: to wzorzec, który powtarza się do dziś. Kiedy więc liberalna cywilizacja zachodnia zaczyna przemawiać wyłącznie językiem sceptycznym, to wówczas na zasadzie reakcji rodzi wielki głód ideowości, która siłą rzeczy zwraca się przeciw tej cywilizacji. Teksty młodych publicystów "Rzeczpospolitej", które Robert Krasowski wziął za przedmiot swojej polemiki, są tego doskonałym, wręcz klinicznym przykładem. Ich zawartość argumentacyjna jest bliska zeru, swą atrakcyjność natomiast czerpią one niemal wyłącznie z faktu, że są częścią syndromu: przemawia przez nie czysty głód idei, którego nie może - ale i nie chce - zaspokoić nasza współczesna liberalna cywilizacja, nazwana przez Michała Szułdrzyńskiego "szarą normalnością". Szułdrzyński nawet nie ukrywa, że nie o argumenty mu chodzi, lecz o niemalże biologiczny konflikt natury pokoleniowej: 30-latki tęskniące za nowym, afirmatywnym językiem silnych wartości mają już dość jęczących starców, których dojrzałość wyraża się wyłącznie w pochwale naszej małej liberalnej stabilizacji (czy też raczej destabilizacji). Całkowicie solidaryzuję się z Robertem Krasowskim w jego przekonaniu, że nie sposób przemilczeć takiego wyzwania - mam jednak wątpliwości, czy należało przyjąć bez reszty ramy tak nakreślonego sporu i wziąć na siebie rolę starca-mędrca, który jak to zwięźle ujął Hegel, snuje swą normalizującą refleksję, pisząc "szarym na szarym", a więc unikając wyrazistych kontrastów czerni i bieli.

Znany ze swej dialektycznej przekory Krasowski kupił pojęcie "szarej normalności" i przedstawił jej dogłębną i przekonującą apologię. Problem w tym jednak - i to jest drugi powód, dla którego skuteczność strategii gaśniczej jest ograniczona - że apologia ta może przekonać już i tak przekonanych, czyli co najwyżej przypomnieć im, dlaczego tak niechętnie reagują na odradzający się wokół nich dyskurs silnych wartości. Nie przypadkiem będą to ludzie pokolenia starszego niż dziarskie 30-latki z "Rzeczpospolitej", dla których wybór uspokojenia, normalizacji i schłodzenia ideologicznych napięć wiąże się z pamięcią i zakodowanym w niej doświadczeniem totalitaryzmu - dla zachodnich liberałów i liberalnych konserwatystów będzie to głównie pamięć o faszyzmie, dla ich wschodnioeuropejskich kolegów dodatkowo wzbogacona pamięcią o komunizmie. To banał - ale na pamięć nie można liczyć, zwłaszcza u młodszych generacji, ponieważ pamięć i historia to niestety dwie zupełnie różne rzeczy: pamięci nie sposób nauczyć i ta nieuchronna klęska pedagogiczna jest jednym z faktów, które sceptycy powinni przyjąć z właściwą sobie rezygnacją, nie buntując się zanadto przeciw tej oczywistości. Argument z pamięci po prostu nie działa: nie tylko nie gasi głodu ideowości, ale wręcz przeciwnie, jeszcze go podsyca, wzmagając resentyment młodych, którzy czują się wykluczeni z kręgu doświadczeń rozpamiętywanych przez mądrych starców. Nierzadko zatem zdarza mi się słyszeć niecierpliwe i niechętne uwagi lewicowej młodzieży z kręgu "Krytyki Politycznej", która dość ma słuchania o nędzach i prześladowaniach epoki PRL, i - całkiem do nich symetryczne - bunty młodych prawaków, gdy przypomina im się grozę wojen religijnych, których doświadczenie ufundowało zachodni liberalizm (my, czyli 40-latki, jeszcze pamiętamy, jak destrukcyjne dla jedności antykomunistycznej opozycji okazały się przedwczesne spory o aborcję, które wybuchły w roku ’89 - oni, czyli 30-latki, już nie). Stąd też zupełnie naturalny sojusz młodych, dla których wiekowe kryterium wykluczenia z pamięci okazuje się ważniejsze od podziału na lewicę i prawicę. Co skądinąd pokazuje, że także głód wartości i wyrazistej pozycji, która pozwalałaby zaistnieć młodym dobijającym się do wrót agory, okazuje się ważniejszy od wartości samych; właściwie to wszystko jedno - mocna lewica czy mocna prawica - liczy się sama moc, sam czysty woltaż politycznego napięcia: "Tym, co łączy ideową lewicę i prawicę - pisze Szułdrzyński w tekście o złowieszczym tytule "Szara normalność nie potrwa długo" - jest niechęć do postmodernistycznego liberalizmu - takiego, który uważa, że jest ostateczną odpowiedzią na rozwój myśli politycznej". Starzy sądzą, że już wszystko przeżyli i stworzyli liberalną wersję końca historii jako ostatecznego rozejmu? Jeszcze czego. My, młodzi, też chcemy żyć i przeżywać, i nic nas od tego nie odwiedzie. Jest w tym niestety pewna racja: najczystsza, niemal biologiczna w swej prostocie racja życia, które tego rodzaju spór pokoleniowy odnawia z regularnością pór roku - choć jednocześnie racja niezwykle nużąca. Póki jednak pozostajemy lojalnymi uczestnikami gry w demokrację - a zakładam, że mimo drobnych różnic wszyscy publicyści DZIENNIKA podzielają tę wyjściową ideę - nie sposób odebrać młodym prawa głosu, czyli - by sparafrazować znane i kontrowersyjne hasło ostatnich wyborów - zabrać dziecku dowód.

"Cywilizacja śmierci"
Dlatego proponuję inne wyjście. Zamiast wdawać się w odwieczny, niezmiennie odnawialny spór niewinności z doświadczeniem, chciałabym zastanowić się, czy rzeczywiście ów "postmodernistyczny liberalizm", który rzekomo kończy polityczny żywot Europy, jest tak doskonale wyprany z silnych i wyrazistych idei. Czy istotnie "zlaicyzowana Europa, zatroskana o to, by woda w kranach była ciepła" jest takim żałosnym "wyjątkiem na mapie świata, którym rządzą coraz to szersze projekty i silniejsze wartości"? Krasowski słusznie punktuje to zdanie Szułdrzyńskiego jako szczególnie kuriozalne: gdzie bowiem tak bujnie rozkwitają owe szersze projekty? Może w "demokracji suwerennej" Putina, gdzie postkomunistyczna władza gładko układa się z władzą Cerkwi? A może w Ameryce, która w imię wartości prowadzi nieudaną wojnę w Iraku, jednocześnie ratując swą ekonomię ścisłą współpracą z Chinami i ignorując ich skandaliczne praktyki wobec Tybetu? A może właśnie w Chinach, które wdrażają kapitalizm na sposób kontrolowany, czyli - prosto rzecz ujmując - godząc się na modernizację, ale bez demokracji? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że Europa Szułdrzyńskiego drażni, bo młodemu człowiekowi ogarniętemu gorączkowym głodem idei, gotowemu poświęcić swe życie dla jakiegoś dobra Europa nie ma do zaoferowania nic oprócz właśnie wartości zwykłego, codziennego życia. On chce przeżywać wzniosłe uniesienia ideowe, chce wielkiej totalnej mobilizacji, w której wykaże swą bohaterską gotowość na śmierć w imię Boga, ojczyzny albo konserwatywnej rewolucji - a Europa podsuwa mu ciepłą wodę w kranie, cierpliwie tłumacząc, że jest ona koniecznym warunkiem dobrego życia i szczęścia. Interesy młodego publicysty "Rzeczpospolitej" i Europy, starego doświadczonego kontynentu, rozmijają się więc zupełnie.

Tak jest jednak tylko z pozoru. W istocie bowiem projektem zachodniego liberalizmu realizowanego przez Europę rządzą bardzo silne pozytywne wartości - tyle że są to wartości niedostrzegalne dla tych, dla których wartość równa się gotowość na śmierć, czyli gotowość na ostateczne poświęcenie własnego życia. Jednym z największych i najgroźniejszych błędów, jakie pokutują w pokoleniu JP II bezkrytycznie wsłuchanym w nauki polskiego papieża, jest odziedziczone po nim przekonanie, że owa "postmodernistyczna Europa" to nic innego jak "cywilizacja śmierci". Przyznaję, że osobiście pozostaję zupełnie głucha na wzniosłe tony, w jakich wyrażają się silne, ponadjednostkowe identyfikacje z narodem albo tradycją, za to najzwyczajniej w świecie wzruszam się ideowo, kiedy słyszę Deklarację praw człowieka i obywatela albo amerykańską Deklarację niepodległości, która mówi o "niezbywalnych prawach" każdej jednostki do życia, wolności i dążenia do szczęścia. Pozorna "szara normalność" liberalnego społeczeństwa, gdzie od nikogo nie wolno żądać, by poświęcił swoje życie dla jakkolwiek pojmowanej sprawy, opiera się na bardzo silnym pozytywnym wyborze ideowym. Nikt nie wymyślił lepszej ochrony dla życia jednostki od tej - tak niefortunnie nazywanej - "cywilizacji śmierci".

To zatem, co w oczach prawicowej młodzieży wydaje się jedynie "postmodernistycznym" bałaganem, tak naprawdę jest przejawem wciąż pracującej, wciąż niewyczerpanej logiki i idei, które legły u podstaw nowoczesności. Świetnym przykładem tego nieporozumienia jest osławiony klip autorstwa Jacka Kurskiego, ilustrujący antyeuropejskie wystąpienie prezydenta. Umieszczenie w nim epizodu z gejowskim małżeństwem miało służyć prezentacji Europy w poręcznym sloganowym skrócie jako miejsca, gdzie "wszystko ujdzie", albo upadłej sfery, w której "skoro nie ma Boga, to wszystko jest dozwolone". Tymczasem nic mniej trafnego. Z perspektywy "liberalizmu wartości", jaką próbuję tu naprędce przedstawić, walka o legalizację związków gejowskich nie tylko nie jest przejawem absolutnego odpuszczenia kwestii moralnych, ale też nie byłaby w ogóle możliwa, gdyby nie towarzyszył jej silny, etyczny, ideowy - i nierzadko heroiczny - wybór, za którym stoi wiara w potęgę liberalnej emancypacji. Skoro bowiem jednostka ludzka uzyskuje prawo do stanowienia o własnym szczęściu, to ma również prawo rzucić wyzwanie tym tradycjom, które jej tego prawa nie dają. Sytuacja ta nie ma zatem nic wspólnego ani z bezbożnym osuwaniem się w chaos, ani z dezintegracją tradycji, ani z piętnowaną przez konserwatystów wolnością negatywną, której działanie jest ponoć czysto negatywne. Nic z tych rzeczy. Sytuacja ta jest relacją pozytywnej, opartej na silnej wartości samostanowienia walki o uznanie. Wolność do zalegalizowania związku przez parę gejowską nie jest więc czystym negatywnym przejawem wolności od tradycji i religii, które takich związków zakazują, lecz aktem wolności pozytywnej do uznania i rozpoznania jej praw. Przednowoczesny ład polegał na niezmiennej reprodukcji boskich reguł, którym jednostka - niczym na prokrustowym łożu z góry zadanych ról - musiała się bezwzględnie podporządkować. Nowoczesny ład natomiast może się wydawać bałaganem z tamtej, tradycjonalistycznej perspektywy - w istocie jednak jest porządkiem, tyle że bardziej dynamicznym. Tu każda jednostka jest potencjalnie nośnikiem nowego roszczenia, które może zmienić sposób porządkowania życia społecznego; tu instytucje powołane są do tego, by służyć jej potrójnemu prawu do życia, swobody i szczęścia, by wchodzić w negocjacje i zawierać kompromisy - a nie po to, by istnieć i niezmiennie trwać tylko ku swej własnej chwale.

Kompromis, czyli życie
Osobom wychowanym w tradycji liberalnej uwagi te muszą wydawać się nieskończenie banalne. Problem w tym jednak, że takich osób w Polsce prawie nie ma, ponieważ nie ma u nas liberalnego wychowania. Język liberalny praktycznie nie istnieje - jeśli nie liczyć interwencji "gaśniczych", które mają charakter raczej negatywny. Dlatego też takie pojęcia liberalnego słownika jak tolerancja, negocjacja i kompromis, na których opiera się dynamiczny ład liberalny, brzmią w uszach głodnej ideowości młodzieży odstręczająco "miękko": zgodnie z logiką naszych niewychowanych w liberalizmie młodych tolerancja, negocjacja i kompromis to ślepe uliczki, które prowadzą tylko do osłabiania tradycyjnego ładu i namnażania społecznego chaosu. Wystarczy jednak tylko zmienić nieco optykę, by zobaczyć, że za tymi słowami stoją równie silne wartości - nie te jednak, za które warto umierać, lecz te, dla których warto żyć.

To nie przypadek, że najciekawsza dziś obrona postawy liberalnej - jako tej nade wszystko zdolnej do negocjacji i kompromisu - pochodzi od pisarza praktykującego swój liberalizm w szczególnie niesprzyjających warunkach współczesnego, rozdartego wojną domową Izraela, gdzie bardzo łatwo pomylić ideowość z fanatyczną gotowością na śmierć: "Jestem wielkim zwolennikiem kompromisu" - pisze Amos Oz w niedawno wydanej u nas książeczce "Jak uleczyć fanatyka". "Wiem, że słowo »kompromis« ma okropną reputację w idealistycznych kręgach w Europie, zwłaszcza wśród młodzieży. Kompromis uważa się za brak integralności, zasad moralnych, brak konsekwencji i uczciwości. Kompromis śmierdzi, jest oszukańczy. Nie w moim słowniku. W moim świecie słowo »kompromis« jest synonimem słowa »życie«. A gdzie jest życie, tam są kompromisy. Przeciwieństwem kompromisu nie jest prawość ani idealizm, nie jest też determinacja ani poświęcenie. Przeciwieństwem kompromisu jest fanatyzm i śmierć… Jeżeli w moich powieściach jest jakieś metapolityczne przesłanie, to zawsze tak czy inaczej odnosi się ono do kompromisu, bolesnego kompromisu i do potrzeby wybrania życia, nie śmierci, »niedoskonałości życia«, a nie »doskonałości chwalebnej śmierci«".

Czy idealistyczna młodzież pisująca do "Rzeczpospolitej" uzna, że ta pochwała życiowego kompromisu to tylko naiwna moralistyka, na dodatek tchórzliwa, bo unikająca konfrontacji z postawami politycznie radykalnymi i wyrazistymi? Pogarda dla życia - dla jego istotowej, nieusuwalnej "niedoskonałości" wymykającej się sztywnym porządkom - to trwały rys myśli antynowoczesnej wyłaniający się w niezmiennej postaci od wieków po obu stronach barykady, tak na lewicy, jak na prawicy. W istocie odruch ten nie ma w sobie nic awangardowego, nic nowego, jakby tego pragnął Michał Szułdrzyński. Nic starszego pod słońcem od tej pogardy młodych do życia, którzy chętnie by je poświęcili w imię swych zaborczych, silnych wartości. Tymczasem prawdziwy projekt czyniący ład liberalny, a wraz z nim Europę chwalebnym wyjątkiem w świecie uparcie realizuje się tuż pod ich nosem. Szkoda, że tego nie widzą…

p

Agata Bielik-Robson, filozofka zajmująca się filozofią podmiotowości, postsekularyzmem, myślą judaistyczną oraz wpływem psychoanalizy i formacji romantycznej na filozofię. Pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, wykłada w Collegium Civitas, Szkole Nauk Społecznych PAN i Ośrodku Studiów Amerykańskich