Ernest Bryll: Irlandzki test siły Unii

Irlandia jako jedyny kraj wywalczyła sobie prawo do decydowania o zmianach w unijnym prawie w ogólnonarodowym i - co nie bez znaczenia - obowiązkowym referendum. Przyjmując Irlandię, Wspólnota widziała, co brała, i zgodziła się na taką regulację. Irlandczycy przywykli już do tego, że nic nie dzieje się w Unii Europejskiej bez ich głosu, i naprawdę nie może ich obchodzić fakt, że inne kraje sobie analogicznego prawa do referendum nie zagwarantowały.

Dziś cała Europa się zastanawia, jak to możliwie, że Irlandczycy głosują nad czymś, co wszędzie indziej załatwiają politycy w parlamentarnych i rządowych gabinetach. Pojawiają się głosy o "czarnej owcy" Unii Europejskiej, która, mając zaledwie kilka procent ludności, chce decydować o być albo nie być traktatu z Lizbony. Nie chcę przesądzać, kto ma rację, ale mogę powiedzieć, kto ma prawo: Irlandia je ma i dziś je wykorzystuje. Reszta Europy nie może jej tego odmówić i za to się na nią obrażać.

Cała ta eskalacja paniki, że samowola Irlandii rozpocznie efekt domina, w efekcie którego zawali się cała Unia, wynika tak naprawdę z głębokiego psychologicznego kryzysu, w jakim znalazła się Europa. Wspólnota powstawała jako związek państw, które chciały się bogacić; związek producentów węgla i stali. Dopiero z czasem rozrosła się w organizację więcej niż ekonomiczną: organizację wcielającą w życie idee zjednoczonej Europy powstałe jeszcze w Cesarstwie Rzymskim. I zaczęły się schody: okazało się, że dostatnie państwa duchowo do takiego kształtu Unii nie dorosły. Zbyt łatwo popadają w arogancję wobec krajów pozaeuropejskich, a w miarę rozwoju Unii także wobec mniejszych państw członkowskich.

Okazało się, że z członkostwem jest tak jak dawniej ze szlachectwem w Pierwszej Rzeczypospolitej: jest szlachta starsza i młodsza; ważna i mniej ważna. Ta druga powinna siedzieć cicho i słuchać starszych i silniejszych. W Unii też nie udało się dotąd wcielić w życie zasad wspólnoty. Wciąż nie wszyscy są równi, nie wszyscy dostają takie same dotacje. Co za tym idzie, w dostatnich, starych krajach Unii budzi prawdziwe zdumienie to, że członkowie przyjęci później zabierają głos. I choć ten opis może przypominać farsę, jest jednak jak najbardziej poważnym problemem. W historii wiele już wielkich inicjatyw europejskiej (i nie tylko) jedności rozbijało się o arogancję, kłótnie o pierwszeństwo siedzenia, o wysokość stołków i wielkość praw.

Od Irlandii, ale i od innych krajów oczekuje się dziś, by siedziały cicho zadowolone, że je w ogóle w ramy Wspólnoty przyjęto. I szczerze mówiąc, podobnie zachowuje się cała brukselska biurokracja wobec unijnych obywateli: powinni cieszyć się z członkostwa w Unii, nie zabierać głosu i pełnię praw do decydowania dać wizjonerom w Brukseli. Jeden z polskich polityków odpowiadał na przykład na pomysły ogólnopolskiego referendum, że byłoby to oddanie głosu ludziom, którzy nic z traktatu lizbońskiego nie rozumieją; bo jest to ogromny dokument, którego nie rozgryźli nawet eksperci, więc jedyne wyjście, by decyzję podjęli politycy. Myślenie - biurokracji o obywatelach, a krajów starej Unii o krajach przyjętych później - przesiąknięte arogancją musi doprowadzić do kryzysu. Odczuwa się już dziś coraz głębszy fałsz w relacjach narodów wewnątrz Unii.

Oczywiście, są narody silniejsze, wpłacające do wspólnej kasy więcej niż inne, i mają one niejako naturalne prawo do większego wpływu na kształt Unii. Ale jeśliby mądrość tych narodów dorównywała ich realnym wpływom, nie podkreślałyby one swojej wyższości na każdym kroku, zwłaszcza gdy nie mają racji. I chyba o to w tej awanturze wokół Irlandii chodzi.

Ja sądzę, że Irlandczycy podejmą ostatecznie decyzję na "tak". Wciąż ekonomiczne pozytywy członkostwa przeważają nad psychologicznym dysonansem. Jednak wątpliwości Irlandczyków co do traktatu są pierwszym poważnym symptomem, że coś w ramach Unii nie gra. Pogłębia się podział na lepszych i gorszych, a w Irlandii panuje wręcz przekonanie, że zwolennicy integracji - premier i rząd - nie dają obywatelom pełnej informacji o porozumieniach zawieranych z Brukselą. Według prasy irlandzkiej dotyczą one na przykład nieelekcyjnego prezydenta UE, wspólnego ministra spraw zagranicznych, wreszcie wzmocnienia głosu narodów silniejszych kosztem głosu Irlandii. Nie wiadomo, gdzie tkwi prawda, ale jeśli już w ludziach narodziło się przekonanie, że biurokracja unijna po cichu ustala zasady funkcjonowania Unii, to grozi to poważnym zwątpieniem - nie tylko Irlandczyków - w jej sens. W ten sens tak samo zaczynają wątpić i ci bogaci: Francuzi czy Niemcy, którzy przestali widzieć korzyści, a zaczynają dostrzegać koszty. Frustrację kompensują sobie pogardą dla wschodniej albo południowej "dziczy". A przecież Unia złożona z krajów, które po cichu się nienawidzą i sobą pogardzają, straci rację bytu.

Niejedna wspaniała koncepcja upadła przez arogancję rządzących. Polacy rozumieją to chyba nawet lepiej niż inni. A z biurokracją unijną jest tak, że rozrasta się ona bez miary i przypisuje sobie coraz większe prawo do decydowania za obywateli. Co my, obywatele, właściwie wiemy o traktacie lizbońskim, który w naszym imieniu podpisano? Praktycznie nic. Nikt nam tego nie tłumaczy. Arogancja podpowiada, że tłumaczyć tłuszczy niczego nie trzeba. Irlandczycy w przedreferendalnych sondażach dali wyraz swemu niezadowoleniu. To poważne ostrzeżenie dla Brukseli, że zbliżamy się do punktu krytycznego i jeżeli Wspólnota wkrótce nie odbuduje swojej psychologicznej siły, zacznie się jej powolne obumieranie.

*Ernest Bryll, poeta, pisarz, dziennikarz, dyplomata - był ambasadorem Polski w Irlandii

p

Hugo Brady: Irlandzkie "nie" dla traktatu to "nie" dla arogancji rządzących

Irlandzkie referendum w sprawie ratyfikacji traktatu lizbońskiego poprzedziła intensywna kampania propagandowa. Przez ostatnie dwa tygodnie zarówno rząd, jak i przeciwnicy traktatu przywiedli niemal wszystkie argumenty za i przeciw przyjęciu dokumentu. Zabrakło w nich jednak rzeczy podstawowej, i to po obu stronach, wskazania czym traktat lizboński w istocie dla Irlandii i w ogóle dla Europy jest, co z niego wynika dla życia obywateli. Zamiast listy zysków i strat otrzymaliśmy z jednej strony niepopartą odpowiednią informacją zachętę do głosowania na "tak", z drugiej podsycanie lęków, które nie łączą się bezpośrednio z przyjęciem lub nie samego traktatu.

Już sama forma ratyfikacji traktatu reformującego, czyli referendum będące w Irlandii wymogiem kostytucyjnym sprzyja manipulacji opinią publiczną. I niestety, o wiele łatwiej jest przestraszyć czy choćby zaniepokoić ludzi, niż przekonać ich, że zmiany są pożądane.

Ponad 80 proc. Irlandczyków nie rozumie proponowanej reformy Unii, ale część z nich rozumuje w sposób następujący: skoro rząd zachęca nas do głosowania na "tak", a wcale nie tłumaczy nam, o co chodzi w traktacie, to znaczy, że coś przed nami ukrywa. Dla większości Irlandczyków opowiedzenie się w referendum za traktatem jest jak podpisanie umowy, której się nie przeczytało. Oddanie głosu na "tak" może w ich mniemaniu doprowadzić do tego, że pewnego dnia ktoś taką umowę wyciągnie i każe dostosować się do zapisanych drobnym drukiem ustaleń, o których nie mieliśmy zielonego pojęcia, kiedy składaliśmy podpis. Nie chodzi nawet o to, że traktat lizboński to obszerny i nieczytelny dla przeciętnego obywatela dokument. Sądzę, że zaniepokojony niechęcią Irlandczyków do wprowadzenia zmian rząd, zamiast pokusić się o wyjaśnienie, za czym tak naprawdę mieliby się opowiedzieć obywatele, skupił się na przekonywaniu, że trzeba powiedzieć "tak". A powiedzenie ludziom, jak mają głosować, bez wytłumaczenia dlaczego, nigdy nie przyniesie oczekiwanych rezultatów.

Czy niechęć Irlandczyków do przyjęcia traktatu oznacza, że są oni przeciwni dalszej integracji UE? Nie sądzę, żeby większość Irlandczyków wiedziała, co dalsza integracja miałaby oznaczać. Dla Irlandczyków, podobnie jak dla Polaków tożsamość narodowa jest niesłychanie ważna. Przeciwnicy traktatu mocno obstają przy tym, że Unia może na różne sposoby zagrozić irlandzkiej suwerenności. Znowu, zamiast rzeczowej argumentacji, mamy granie na narodowych sentymentach, które z przyjęciem lub odrzuceniem traktatu niewiele mają wspólnego. Wieszczenie, że Irlandię po przyjęciu ustaleń z Lizbony czekać ma zależność od Brukseli, trafia na podatny grunt. Irlandczycy są niezwykle przywiązani do swojej niezależności i łatwo skłonić ich do myślenia w kategoriach "my" - Irlandczycy i "oni" - reszta Europy. Takie kategoryzacje, mimo działania na rzecz wytworzenia europejskiej tożsamości, są silne nie tylko w Irlandii.

Dla przeciętnego Irlandczyka, jeśli odłożymy na bok kwestię narodowej tożsamości, mają znaczenie sprawy dużo bardziej przyziemne. Skoro ludzie nie wiedzą, co takiego zawiera traktat, to łatwo ich przekonać, że zmiany mogą być tylko na gorsze. Widmo podniesienia podatków, choć nie ma to z reformą Unii nic wspólnego, jest takim właśnie straszakiem. Bardzo łatwo wzbudzić sprzeciw wobec traktatu, jeśli głosi się, że to przez Brukselę będziemy musieli płacić więcej.

Irlandczycy, choć wstąpienie do Unii obudziło w nich celtyckiego tygrysa, nie mają poczucia, że tylko Wspólnocie zawdzięczają dzisiejszy dobrostan. A tym bardziej trudno wymagać od nich, że w imię europejskiej lojalności powinni poświęcić własne interesy. Skoro po odrzuceniu projektu unijnej konstytucji przez Francję i Holandię traktat renegocjowano, Irlandia chce pokazać, że jej głos ma takie samo znaczenie. Obywatele każdego z państw członkowskich, nawet jeśli czują się Europejczykami, będą zadawać przede wszystkim pytanie, ile mój kraj może zyskać, jeśli zgodzę się na takie zmiany. Przyszłość Europy jest czymś odległym i abstrakcyjnym, liczy się moja przyszłość jako Irlandczyka, Francuza czy Polaka. Nawet jeśli jesteśmy proeuropejscy, samo nasze nastawienie nie wystarczy, żeby zagłosować za traktatem. Trzeba jeszcze wiedzieć, w jakim stopniu jest to dla mnie korzystne. A tej wiedzy, podkreślam, Irlandczycy nie mają.

Jeśli Irlandia odrzuci traktat lizboński, to powinniśmy się liczyć z poważnym europejskim kryzysem. Wydaje mi się jednak, że Irlandczycy mają tego świadomość. Dlatego znaczna część z nich głosuje w dzisiejszym referendum nie tyle przeciwko samej reformie Unii, co przeciwko niedoinformowaniu. To powinno dać do myślenia zarówno rządowi Irlandii, jak i politykom pozostałych państw członkowskich oraz brukselskim urzędnikom. W dzisiejszym referendum to nie traktat lizboński jest przedmiotem sporu. Rzecz idzie o to, w jakim stopniu proponowane ustalenia są zrozumiałe dla tych, których bezpośrednio dotyczą - dla samych obywateli Unii. Głosując na "nie", Irlandczycy biorą pod uwagę możliwość zagłosowania na "tak", jeśli referendum zostanie powtórzone, a oni sami uzyskają dodatkowe informacje na temat zmian, które traktat przynosi. Ewentualny sprzeciw Irlandczyków trzeba interpretować jako protest przeciwko niewiedzy, a nie definitywnie za odrzuceniem zmian w strukturze Unii.

*Hugo Brady, ekspert Centrum Reformy Europejskiej w Londynie. Pracował dla irlandzkiego ministerstwa spraw zagranicznych i zajmował się reformą instytucjonalną UE w Instytucie Spraw Europejskich w Dublinie. Był również dziennikarzem w "Sunday Business Post" oraz w irlandzkiej telewizji i radiu RTE