Grzegorz Osiecki: Jaki jest cel PiS-u w jesiennych wyborach?

Mariusz Błaszczak: Dobra zmiana, czyli naprawa naszego kraju, na którą czeka wielu Polaków.

A co ma to umożliwić, celujecie w samodzielną większość?

Oczywiście liczymy na to, że przekonamy wyborców, że PiS ma najlepszy program. W najbliższy weekend mamy konwencję na Śląsku, na której jasno powiemy, co i jak chcemy zmienić. Liczymy, że dostaniemy poparcie, które umożliwi nam samodzielne rządy.

A jeśli ten scenariusz nie wyjdzie, to dojdzie do koalicji z Kukizem czy PSL?

Zobaczymy, jaki będzie skład parlamentu. Nie wiemy nawet, czy mamy do czynienia z partią, czy z ruchem wokół Pawła Kukiza. Jak to określić? Jeden człowiek i jedno hasło - JOW-y - to zbyt mało. Paweł Kukiz, jeśli chce ubiegać się o wejście do Sejmu, musi przedstawić swoją drużynę i musi pokazać, co chce zmienić i jak chce zmienić. Oczywiście łączy nas chęć przeprowadzenia zmian. Ale PiS w odróżnieniu od niego mówi, co chce zrobić.

A jeśli PiS nie będzie w stanie samodzielnie sformować rządu, to kto będzie podejmował decyzję o wyborze koalicjanta - kandydatka na premiera Beata Szydło czy prezes Jarosław Kaczyński?

Władze Prawa i Sprawiedliwości. Nigdy w PiS decyzje nie były podejmowane jednoosobowo. PiS to partia działająca w naszym porządku prawnym, ma swój statut i władze wyłonione w wyborach na jego podstawie podejmują takie decyzje.

Co z referendum? Jest dla was kłopotem?

Nie, to nie jest kłopot. PiS zawsze popierał obywatelskie projekty referendalne – to PO i Bronisław Komorowski lekceważyli miliony podpisów zbieranych przez Polaków. Niestety zaplanowane referendum jest propagandową, kampanijną zagrywką byłego prezydenta. Bronisław Komorowski między jedną a drugą przegraną turą zdecydował o wydaniu lekką ręką 100 mln zł w sposób budzący wątpliwości konstytucjonalistów. Ale jeżeli już prezydent uparł się i nie zamierza się wycofać z referendum, to proponujemy dodać do niego pytania, pod którymi podpisały się miliony obywateli naszego kraju: o wiek emerytalny, obowiązek szkolny dzieci sześcioletnich i kwestie dotyczące przyszłości Lasów Państwowych.

A dlaczego zwracacie się do prezydenta, by uzupełnił swój wniosek, a nie zaproponujecie własnego w Sejmie?

Skoro prezydent mógł z piątku na poniedziałek przeprowadzić referendum przez Senat, może też błyskawicznie podjąć taką decyzję. Jeśli nie chce lekceważyć obywateli, może zmienić swój wniosek w Senacie.

A jeśli nie zmieni decyzji, to przygotujecie wniosek dla Sejmu?

Najpierw poczekajmy na to, co zrobi prezydent. Mam nadzieję, że nie będzie chciał odejść z etykietką prezydenta notariusza PO. Ma szansę w ostatnich dniach sprawowania władzy, by się zreflektować.

PO sugeruje, że boicie się złożyć własny wniosek, bo może zostać uzupełniony o inne kwestie jak religia w szkołach.

To nie chodzi, czy my się czegoś boimy, czy nie. Twardym argumentem są podpisy 6 mln obywateli. Władza ma nie tracić energii na kolacje z ośmiorniczkami, tylko słuchać obywateli.

A jakie będą pytania?

Takie, jakie zadawali wnioskodawcy. To jest wspólne wystąpienie do prezydenta z autorami wniosków referendalnych.

Tylko czy jest sens zadawania takich pytań jak np. w sprawie wieku emerytalnego. To jak pytanie "Czy chciałbyś zawsze być młody piękny i dobrze zarabiać?".  Im niższy wiek, tym większe obciążenia pracujących. Czy pytanie pokaże taki związek?

Gdybyśmy się posługiwali logiką pana redaktora, to wiek emerytalny powinien wynieść 90 lat. A takiego wieku dożyje mała grupa ludzi, więc FUS i KRUS, by oszczędziły.

Tak, jak pan przewodniczący to opisuje, emerytury wprowadzał Bismarck. A my mówimy nie o tak drastycznych zmianach, ale o próbie nadążania za wiekiem emerytalnym, za wydłużającą się średnią życia i tzw. dalszym trwaniem życia na emeryturze.

Prawda, ale nam i inicjatorom wniosków chodzi o to, by ludzie sami mogli dokonać wyboru. Są osoby wykonujące ciężkie fizycznie zawody, w których ciężko pracować do 67 roku, np. pielęgniarki. Ale są również osoby, dla których praca po przekroczeniu wieku emerytalnego nie jest problemem. My mówimy: możesz pracować dłużej, możesz pracować po przekroczeniu 60. i 65. roku życia, ale to nie może być przymus.

Przy sześciolatkach też byłby wybór?

Tak. Tego wyboru dokonywaliby rodzice. Dziś mamy absurdalne obejście prawa, gdy rodzice, by nie posyłać sześciolatka do szkoły, idą do poradni psychologicznej po opinię o braku gotowości szkolnej dziecka.

Ale czy to państwo nie powinno decydować, że do I klasy idą albo sześcio-, albo siedmiolatki? Inaczej będzie się przedłużała dzisiejsza sytuacja, że mamy I klasę, w której są faktycznie dzieci z dwóch roczników. Na dłuższą metę to sytuacja szkodliwa dla wszystkich. Może zamiast tego wrócić do siedmiolatków w I klasie?

Obowiązek szkolny musi być i nikt go nie chce znosić. Rodzice zawsze mieli możliwość wysyłania dzieci do szkoły wcześniej, jako sześciolatki. Ważne, żeby rodzice mieli wybór.

Czemu nie chcieliście się zgodzić na nowelizację konstytucji w sprawie lasów, a teraz temat wraca w referendum?

Ważne było sformułowanie tego zapisu, które faktycznie otwierało furtkę do prywatyzacji. Bo w jednym zdaniu był zakaz, a w drugim stwierdzenie „o ile ustawa nie stanowi inaczej”. Czyli ustawą, do wprowadzenia której wystarczy zwykła większość, można było dokonać sprzedaży lasów. 

Czy jakaś lekcja wynika dla nas z greckiej tragedii?

Nauczka dla nas to nie przyjmować euro, bo póki co strefa euro jest chora.

Jednak ich problem brał się z tego, że ich wynagrodzenia i, przy okazji, dług rosły szybciej niż produktywność. Stąd można mówić, że żyli ponad stan. U nas jest odwrotnie - płace rosną wolniej niż produktywność

Nasze wynagrodzenia są zbyt niskie. Ja widzę źródła kryzysu greckiego w dbaniu przez UE o interesy banków francuskich, niemieckich, które kredytowały Greków. Gdy doszło do krachu, nie może być tak, że cała odpowiedzialność spada na Greków. Odpowiedzialność powinna być rozłożona na tych, którzy tych kredytów udzielali. To inna skala, ale to trochę podobne do sytuacji z frankowiczami. Oni także nie mogą być, jako jedyni, obciążeni z powodu kłopotów wynikających ze zwiększonego wzrostu ich długu. Wniosek więc jest taki: nie wchodzić do strefy euro, bo to oznacza ogromne kłopoty dla Polski.