Na stronie Sejmu pojawiły się właśnie projekty rozporządzeń do rządowego projektu ustawy o przeciwdziałaniu zagrożeniom przestępczością na tle seksualnym. Głównym założeniem inicjatywy, sygnowanej przez szefa resortu sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę, jest utworzenie rejestru pedofilów, który w przypadku sprawców tych najcięższych przestępstw ma być publiczny.

Zlokalizuj przestępcę

Na mocy art. 24 ustawy powstać ma jednak również mapa zagrożeń tego rodzaju przestępstwami. Za jej prowadzenie odpowiadać będzie komendant główny policji. Projekt ustawy jest lakoniczny: wiadomo, że mapa ma być publicznie dostępna i zawierać informacje o miejscach szczególnego zagrożenia przestępstwami przeciwko wolności seksualnej. Z projektu rozporządzenia ministra spraw wewnętrznych i administracji w sprawie sposobu jej prowadzenia dowiadujemy się zdecydowanie więcej. Mapa ma więc uwzględniać dane o:

● miejscu popełnienia przestępstw przeciwko wolności seksualnej i obyczajności, wymienione w rozdziale XXV kodeksu karnego – za okres 24 miesięcy,

● faktycznym miejscu pobytu skazanych figurujących w rejestrze sprawców przestępstw na tle seksualnym, ze wskazaniem nazwy ulicy, a w przypadku jej braku – nazwy miejscowości.

Każdy zainteresowany – podając miejscowość, kod pocztowy czy nazwę ulicy – będzie mógł więc sprawdzić np., czy jego dziecko w drodze do szkoły nie przecina ulicy, na której mieszka skazany za propagowanie pedofilii.

Eksperci zastanawiają się jednak, po co te dane upubliczniać.

– Chyba po to tylko, żeby straszyć ludzi. Ustawa zgodnie z jej założeniami miała zaś poprawić poczucie bezpieczeństwa. Nie sądzę, by informacja o miejscu popełnienia przestępstwa oraz miejscowości i nazwie ulicy, na której mieszka np. pedofil, przyczyniła się do tego – komentuje dr Piotr Kładoczny, karnista z Uniwersytetu Warszawskiego.

Fałszywa identyfikacja

Przy tym upublicznianie nazw miejscowości i ulic nie dotyczyłoby jedynie sprawców najcięższych przestępstw seksualnych. Znajdą się na niej bowiem dane o skazanych z szerokiego katalogu spraw (patrz: infografika).

– Większość z nich popełniana jest w czterech ścianach – domach, akademikach. W przypadku tych sprawców mapa nie spełni więc swojego celu – zauważa Zbigniew Krüger, adwokat z kancelarii Krüger & Partnerzy.

Tym bardziej że rozporządzenie nie wskazuje, czy z mapy wynikać będzie, za jakie dokładnie przestępstwo skazana została osoba mieszkająca w danej lokalizacji.

Również Maciej Strączyński, sędzia i prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, krytykuje projekt.

– To rozwiązanie za daleko posunięte. Nie można zapominać, że w Polsce mamy ulice, gdzie są dwa domy, i takie, na których jest ich 200. Gdzieniegdzie więc mapa nie będzie stanowić tak naprawdę żadnej informacji. Ale w innym miejscu wskaże człowieka niemalże wprost. Być może nawet błędnie – zauważa.

Jego zdaniem mapa może prowadzić do naruszenia dóbr osobistych, np. niesłusznie pomawianego mieszkańca feralnej ulicy.

– To chwyt pod publiczkę i jak każdy taki jest niebezpieczny. Wartość merytoryczna tego typu ostrzeżeń jest dla mnie zerowa – dodaje sędzia Strączyński.

Podobnie uważa profesor Józef Gierowski, psycholog i biegły sądowy z Uniwersytetu SWPS w Katowicach.

– W społeczeństwie pojawią się działania odwetowe, poszukiwanie sprawców takich przestępstw. Nastąpi ich stygmatyzacja, wykluczenie społeczne i inne trudne do wyobrażenia działania wyrzucające ludzi z jakichkolwiek aktywności. No i wymierzanie sprawiedliwości poza systemem, jak to ma miejsce w USA – twierdzi Gierowski.

Sprzeciw lekarzy

Na opisywane problemy zwraca uwagę również Polskie Towarzystwo Seksuologiczne. W uchwale sprzed kilku dni jego zarząd główny negatywnie zaopiniował propozycję. Zakwestionował nie tylko pomysł mapy, ale i rdzeń projektu, a więc publiczny rejestr sprawców, którzy dopuścili się przestępstwa zgwałcenia ze szczególnym okrucieństwem na szkodę małoletniego poniżej 15. roku życia lub przestępstw na tle seksualnym w warunkach recydywy.

W ocenie PTS nie należy tworzyć jakichkolwiek publicznych rejestrów przestępców seksualnych, i to z kilku powodów.

– Po pierwsze, długotrwała ewaluacja skuteczności takich rejestrów funkcjonujących w innych krajach wyraźnie i spójnie pokazuje, że nie przyczyniają się one do spadku poziomu recydywy seksualnej – wskazuje prof. Zbigniew Lew-Starowicz, prezes PTS.

Po wtóre, rejestry nie powodują obniżenia ogólnego poziomu przestępczości seksualnej. Ich istnienie w znaczny sposób natomiast zmniejsza możliwości prowadzenia terapii sprawców.

– Dzieje się tak, ponieważ dla sprawców mających figurować w rejestrze, zwłaszcza tych, którzy będą tam figurować dożywotnio (sprawcy określeni w art. 106a kodeksu karnego), nie będzie perspektywy powrotu do społeczeństwa – zauważa profesor Lew-Starowicz.