Pod koniec tygodnia rząd chwalił się dokonaniami pierwszych stu dni. Ale kilka kluczowych zapowiedzi z kampanii zostanie najpewniej zmodyfikowanych ze względu na zbyt duży koszt dla budżetu.

Podatek od handlu: nikt nie jest zadowolony

Podatek od sprzedaży detalicznej to na razie największa porażka rządu. Nie tylko opóźnia się jego wprowadzenie – co pod dużym znakiem zapytania stawia realizację planu pozyskania 2 mld zł do budżetu – ale wywołuje też duży rezonans społeczny. Rząd po raz pierwszy musiał zmierzyć się z protestem konkretnej grupy zawodowej i to takiej, o którą zabiegał w wyborach. Podatek miał być jednym z filarów finansowania programu PiS, partia stawiała go w swoim programie obok podatku bankowego.

– Ministerstwo Finansów w poniedziałek lub we wtorek przedstawi nowy projekt. Co do głównych założeń, to powinny być one zbieżne z tym, co ustaliliśmy na spotkaniu z handlowcami – zapowiada minister Henryk Kowalczyk, szef Stałego Komitetu Rady Ministrów.

Podkreśla, że to właśnie handlowcy jako pierwsi otrzymają projekt i będą się mogli wypowiedzieć w tej sprawie.

Co się w nim znajdzie? Przedstawiciele MF zapowiadają rezygnację z opodatkowania handlu w internecie. Jeśli projekt będzie odpowiadał kupieckim postulatom, to zapewne zobaczymy projekt ze stawką liniową z wysoką kwotą wolną. Posłowie z parlamentarnego zespołu na rzecz wspierania przedsiębiorczości i patriotyzmu ekonomicznego chcą np. stawki 0,9 proc. z wolną kwotą 200 mln zł obrotów rocznie. Przy takiej konstrukcji podatek płaciłyby rzeczywiście tylko największe sklepy.

Wiadomo już, że w projekcie znajdzie się nowa definicja sieci franczyzowej zwolnionej z podatku (zapowiadało to wcześniej MF – podatek nie będzie pobierany od podmiotów powiązanych kapitałowo ani osobowo). Ministerstwo Finansów zrezygnuje też ze specjalnej wyższej stawki opodatkowania handlu w weekendy – a przynajmniej w soboty. Do ostatniej chwili resort wahał się, czy zostawi specstawkę dla obrotów uzyskiwanych w niedziele.

Podatek najprawdopodobniej nadal będzie dotyczył tylko sprzedaży detalicznej na rzecz konsumentów (osób fizycznych). Jak wskazywaliśmy już w DGP, może to być potencjalna luka w nowych przepisach. Sklep nie naliczy bowiem daniny przy sprzedaży hurtowej na rzecz przedsiębiorców. Nie jest jednak jasne, w jaki sposób i czy w ogóle ma obowiązek weryfikować, czy jego klient kupuje towar na cele osobiste, czy firmowe.

Ustawa frankowa: gorący kartofel

Mało prawdopodobne, by bez zmian ostał się projekt przewalutowania kredytów walutowych, jaki we wstępnej wersji zaprezentowała Kancelaria Prezydenta. Komisja Nadzoru Finansowego zbiera dane od banków na temat potencjalnych skutków finansowych tej ustawy. Narodowy Bank Polski wyliczył je już na około 44 mld zł strat w całym sektorze bankowym.

Przedstawiciele kancelarii w nieoficjalnych rozmowach przyznają, że gdyby wyliczenia NBP potwierdziła KNF, to projekt trzeba będzie zmienić.

– Najważniejsze dla prezydenta jest utrzymanie stabilności systemu finansowego. Prezydent nie zaproponuje niczego, co mogłoby tę stabilność zaburzać – mówi nasz rozmówca z kancelarii. Jego zdaniem obecny projekt należy traktować tylko jako punkt wyjścia do dyskusji. Dyskusja zresztą już trwa, m.in. wśród ministrów rządu.

W rządowych gabinetach rozważane są kierunki, w jakich mogłyby pójść zmiany. Główny cel: ograniczyć jego koszty. Można to zrobić, m.in. zagęszczając sito dla uprawnionych – np. tylko do kredytów na pierwsze mieszkanie. Albo wprowadzić zaporę w postaci jakiegoś poziomu wskaźnika LTV, czyli wielkości kredytu do wartości nieruchomości. Innym wskaźnikiem mógłby być debt to income – czyli wskaźnik relacji zadłużenia z tytułu kredytu do dochodów. Wyeliminowałoby to z systemu osoby zamożne i najmniej obciążone długiem.

Ograniczenie kosztów będzie głównym celem nie tylko z powodu obaw o stabilność systemu, ale też ze względu na doraźne potrzeby polityki rządu. Wywołanie strat w bankach na poziomie 44 mld zł (jak wyliczył NBP) oznacza, że budżet nie dostanie z sektora ani grosza podatku dochodowego. A do tej pory sektor wpłacał go niemało, według danych Związku Banków Polskich w 2014 r. niemal 4 mld zł. I bez tego ubytku budżety w następnych latach będą napięte, bo Ministerstwo Finansów próbuje pogodzić plan utrzymania deficytu poniżej 3 proc. PKB z finansowaniem uchwalonych już programów, jak Rodzina 500+.

Drugi problem to delewarowanie, jakie może nastąpić po wprowadzeniu ustawy w życie. Zniknięcie zysków oznacza, że banki nie będą miały z czego powiększać kapitałów własnych (zwykle robią to właśnie z wypracowanych zysków). Żeby wypełnić wskaźniki bezpieczeństwa mierzone np. wartością kapitałów do aktywów, bank musiałby ograniczać wzrost wartości tych aktywów – czyli w praktyce nie udzielać nowych kredytów. To kłopot, bo program wicepremiera Mateusza Morawieckiego zakłada raczej udział banków w finansowaniu przedsięwzięć rządu.

Wyższa kwota wolna: tak, ale...

W sprawie podwyższenia kwoty wolnej są dwa pewniki. Po pierwsze wzrośnie od przyszłego roku. Po drugie na pewno nie będzie to wzrost do zapowiadanego w kampanii wyborczej poziomu 8 tys. zł. Resort finansów liczy w tej chwili, na jaki ubytek dochodów z tytułu podniesienia kwoty wolnej będzie mógł sobie pozwolić w przyszłym roku. Docelowy poziom, czyli jej podwyżka do 8 tys. zł, to dochody z PIT niższe o ponad 20 mld zł. Z czego niemal połowa to ubytek w dochodach budżetu. Reszta w samorządach.

Przyszłoroczny budżet by tego nie wytrzymał. Resort finansów wylicza, jak może wyglądać ścieżka dochodzenia do kwoty wolnej na docelowym poziomie. Wstępne szacunki mówią o podwyżce o prawie 1,5 tys. zł w przyszłym roku. W kolejnych latach mogłaby ona rosnąć o podobną wielkość, co oznacza, że docelowy poziom mógłby zostać osiągnięty w 2019 r.

Jeszcze rok temu PiS rozważał wprowadzenie trzeciej stawki PIT. Choć z tego zrezygnował, w kolejnych latach będzie szukał dodatkowych dochodów z powodu napiętej sytuacji budżetowej. Dlatego możliwe, że podwyżka kwoty wolnej będzie połączona z wprowadzeniem jej degresywności. Czyli bogatsi podatnicy odczują korzyści z tej zmiany w mniejszym stopniu lub nawet wcale. Kierunkowe decyzje w sprawie wprowadzenia kwoty wolnej powinny być znane w tym półroczu, a sama ustawa uchwalona jak inne dotyczące podatków dochodowych do listopada.

Niższy wiek emerytalny

Kolejny sztandarowy postulat – czyli obniżenie wieku emerytalnego – PiS miałby uchwalić w tym roku. – Chcemy, żeby harmonogram prac był tak skoordynowany i przeprowadzony, aby rzeczywiście ten projekt zaczął obowiązywać w przyszłym roku – mówiła w piątek premier Beata Szydło. Ale podobnie jak w przypadku kwoty wolnej nie wiadomo, jaki będzie jej ostateczny kształt. W Sejmie posłowie pracują nad prezydenckim projektem, który spełnia kampanijną obietnicę obniżenia wieku do 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn. Oficjalne stanowisko rządu głosi, że gabinet Beaty Szydło popiera projekt w tej formie. Ale w rządzie zapał do tego rozwiązania tracą politycy odpowiedzialni za politykę gospodarczą. W takiej formie oznacza on duże koszty dla finansów publicznych z powodu wyższych emerytur i niższych składek. Dlatego nieoficjalnie krążą pomysły wprowadzenia różnych ograniczeń, np. przez wprowadzenie zakazu łączenia emerytury z pracą czy stopniowego zmniejszania pensji i zwiększania świadczenia przy łączeniu emerytury z pracą. Ala na razie to luźne koncepcje. Rząd czeka bowiem, czy jakiś rodzaj porozumienia będzie możliwy w tej sprawie w Radzie Dialogu Społecznego między związkami, które chcą jako dodatkowego kryterium stażu, a pracodawcami. Zresztą w tym roku ma nastąpić przegląd emerytalny i rozwiązanie finalne może być jego efektem.