Dziennik.pl: Jak ocenia Pan wizytę kanclerz Angeli Merkel w Warszawie?

Arkadiusz Mularczyk: To była wizyta pokazująca, że Polska jest istotnym partnerem dla Niemiec. Sprawy które nas dotyczą są nie tylko strategiczne dla Polski, ale również dla całej Unii Europejskiej. Musimy dyskutować o sytuacji wewnątrz UE, o Nord Stream 2, czy relacjach z Rosją, lecz także o reparacjach wojennych. To już słyszalny temat zarówno w Europie jak i na świecie. Niemcy po II wojnie światowej nie uregulowały wobec Polski zobowiązań ani w postaci reparacji państwowych, ani odszkodowań indywidualnych. Temat spychano z agend międzyrządowych, a dyplomacja niemiecka doprowadziła do sytuacji w której po wojnie nie zawarto traktatu pokojowego. Nigdy nie odbyto poważnych rozmów państwowych na ten temat. Dziś przywróciliśmy tę kwestię jako coś co należy do końca uregulować. Myślę, że jest to też w interesie naszych zachodnich sąsiadów. Ten problem bardzo przeszkadza Niemcom, gdyż nadwątla ich wizerunek jako państwa prawa, które chce ustanawiać reguły gry wewnątrz Unii Europejskiej. Czy państwo uchylające się od naprawienia swych zbrodni wojennych ma moralne prawo ustalać zasady relacji międzynarodowych? Warto też zauważyć, że podobne postulaty do naszych podnoszą inne państwa, nie tylko europejskie.

Jednak w trakcie wizyty kanclerz Merkel sprawę jedynie zasygnalizowano i nic nie wiadomo na temat jakichkolwiek konkretnych rozmów. Kwestia reparacji traci na istotności?

W parlamencie działa specjalny zespół, któremu przewodniczę. Intensywnie pracujemy, a eksperci szacują straty wojenne. Badamy różne aspekty II wojny światowej i relacje polsko-niemieckie na tym tle. Trzeba jasno powiedzieć, że państwo polskie i Polacy w zakresie reparacji i odszkodowań było przez Niemcy dyskryminowane. Dziś musimy odrobić zadanie zaniedbane od lat, czyli sporządzić możliwie szczegółowy raport o naszych stratach wojennych. Dokładne wyliczenie może być dla rządu podstawą do rozmów o charakterze międzynarodowym. Dziś mamy stare raporty, które trzeba zaktualizować. Trudno, żeby w oparciu o dokumenty z 1947 roku Pan Premier Morawiecki wysuwał jakieś żądania, czy roszczenia wobec strony niemieckiej. Z tego co wiem, temat jest jednak poruszany podczas rozmów na najwyższych szczeblach.

Rząd wspiera prace parlamentarzystów nad raportem?

Otrzymujemy wsparcie instytucjonalne – przede wszystkim ze strony Instytutu Pamięci Narodowej, Głównego Urzędu Statystycznego, czy archiwów państwowych. Chętnie współpracujemy ze wszystkimi, którzy mają wiedzę i zasoby przydatne do obliczania strat.

Kiedy raport zostanie ukończony?

Chcemy przedstawić go jeszcze w tym roku. Podjęliśmy decyzję, że nasze prace będą opierały się na raporcie BOW z 1947 roku. Dane tam zebrane będą stanowiły bazę do aktualizacji strat wojennych. Chcemy go uzupełnić o znane dziś materiały i lepsze metody liczenia strat. Od tamtej pory na świecie miały miejsce różne konflikty wojenne, które dostarczyły nową wiedzę w tym obszarze. Bogatsi o te doświadczenia będziemy mogli doprecyzować własny raport.

Czy problem reparacji nie zmienia koncepcji polityki zagranicznej ministra Jacka Czaputowicza? Będąc w Berlinie przyznał, że to nie jest pierwszorzędny temat.

Mamy świadomość, że oprócz reparacji istnieją także inne kluczowe kwestie dla naszych relacji z Niemcami. Reparacje są ważne, ale to nie znaczy, że mamy porzucić inne bieżące wewnątrzunijne i bilateralne tematy. Rozumiem, że sprawa odszkodowań nie będzie zawsze wysuwana na pierwszy plan, ale to wciąż nierozwiązany problem. I wiedzą o tym zarówno władze polskie, jak i niemieckie.

Jak w tym kontekście ocenia pan expose Ministra Czaputowicza?

Myślę, że mamy teraz najlepszy czas do tego, aby skutecznie podnieść sprawę reparacji. Polska i Niemcy uczestniczą w jednolitym systemie politycznym i prawnym – jesteśmy członkami Unii Europejskiej, NATO, Rady Europy i ONZ. Blisko współpracujemy, dlatego nasze postulaty muszą być wysłuchane. Możemy też szeroko oddziaływać na państwo niemieckie. Takiej możliwości nie było, gdy znajdowaliśmy się za żelazną kurtyną. Dziś możemy wreszcie rozwiązać i uregulować ten problem z korzyścią dla Polski. Choć wiemy, że nie rozwiążemy go od razu i na pewno potrwa latami to jestem przekonany, że Niemcy wiedzą, iż dalsze upieranie się przy swoim stanowisku przyniesie im poważne szkody wizerunkowe na arenie międzynarodowej.

O jakim rzędzie kwot możemy dziś mówić w kontekście reparacji?

Dziś możemy opierać się jedynie na raporcie z 1947 roku, który szacował straty na 258 mld złotych tj. ówczesnych 48 mld dolarów. Jeśli jedynie zwaloryzujemy te kwoty do wartości dolara z 2017 roku to wychodzi nam 858 mld dolarów.

To zawrotna kwota.

Nie, ona wynika ze zniszczenia prawie 40 proc. naszego majątku narodowego. Patrząc na niemiecki budżet suma taka nie powinna robić wrażenia. W skład wyliczeń wchodzi utracony potencjał gospodarczy, majątek, infrastruktura, dobra kultury i sztuki. To zresztą szacunek zaniżony, gdyż nie uwzględnia strat ludzkich, roszczeń indywidualnych ani Kresów Wschodnich, które utraciliśmy po wojnie.

W jaki sposób moglibyśmy uregulować te należności? W grę wchodzi zaangażowanie jakichś organizacji międzynarodowych?

Kluczem jest równoległe podjęcie szeregu działań na wielu różnych płaszczyznach. Nie będę dziś jednak mówił o szczegółach, bo zapewne Niemcy byliby tą wiedzą żywo zainteresowani. W obecnym systemie prawno-międzynarodowym jest wiele możliwości działań o charakterze prawnym i politycznym, które pozwolą nam zmusić Republikę Federalną Niemiec do poważnych rozmów. Analizujemy różne scenariusze.

Czy rozmawiali Państwo w tej sprawie z naszymi partnerami międzynarodowymi? Moglibyśmy liczyć na ich poparcie?

Sprawa budzi zainteresowanie, szereg państw czeka na rozwój wydarzeń. Gdy byłem w Grecji słyszałem, że oni również mają swój raport. Wiele krajów z uwagę przygląda się polskim działaniom, gdyż polityka okupacyjna Niemiec i kolonializm przyniosły im wielkie zyski, ale spowodowały też wielkie straty w państwach europejskich i afrykańskich. Problematyka roszczeń reparacyjnych jest naprawdę żywa i wiele innych państw również aktywnie działa. Z perspektywy 70 lat widać jak Niemcy traktowały poszczególne kraje w diametralnie różny sposób.

Czy liczba państw, które zgłaszałyby się do Niemiec w sprawie reparacji nie ogranicza naszych szans? Niemcy będą obawiać się, że gdy tylko wypłacą pieniądze Polsce to lada chwila ustawi się kolejka innych krajów.

Od lat 50. Niemcy wypłacały reparacje wielu krajom. Trwało to nawet do lat 90. Polska przez ten czas była pomijana. Dziś jest ostatni moment, żeby to zmienić.