"Wałęsa mógł coś podpisać jako młody człowiek, mógł mieć epizod współpracy, ale nie zgadzam się z tezą, że to było prowadzenie na sznurku, że to była podwójna gra" - mówi Aleksander Kwaśniewski i zapewnia, że nie miał żadnych sygnałów od służb specjalnych o agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy.

"Nawet przez moment nie nabrałem podejrzeń, że to może być jakaś podwójna gra i moim zdaniem jej nie było" - przekonuje były prezydent w RMF.

Nie wyklucza jednak, że Wałęsa w młodości mógł dać się zwabić w sidła Służby Bezpieczeństwa. "To był epizod. Być może w sensie psychologii miał jakieś niewielkie znaczenie, natomiast z punktu widzenia oceny historycznej Lecha Wałęsy nie ma to znaczenia" - mówi Kwaśniewski.

Przypomina sobie, że o sprawie zaginionych materiałów z teczki Wałęsy usłyszał w 1996 roku, gdy ówczesny szef MSWiA otworzył kopertę z materiałami SB. "Czegoś tam brakowało - kilkunastu stron na sto kilkadziesiąt. Ale nie wiem, kto to czyścił. Może bardzo oddani współpracownicy, jeśli tak było" - stwierdza były prezydent i radzi Lechowi Wałęsie, by przed oskarżeniami o współpracę z esbecją zasłaniał się wyrokiem sądu lustracyjnego, który jednoznacznie stwierdził, że przywódca "Solidarności" nie był "Bolkiem".

"Lech Wałęsa tego powinien się trzymać. Jest wyrok" - mówi Aleksander Kwaśniewski i dodaje, że jest w podobnej sytuacji. W książce historyków IPN o przeszłości Lecha Wałęsy, która ukaże się w poniedziałek, jest bowiem napisane, że Aleksander Kwaśniewski był tajnym współpracownikiem SB o pseud Alek.

"Sąd lustracyjny wydał prawomocne orzeczenie, że Kwaśniewski to nie <Alek>" - przypomina były prezydent i przyznaje, że zastanawia się, czy w związku z publikacją IPN "podjąć jakieś kroki prawne".